close
Zostań współwydawcą zbioru esejów Timothy’ego Gartona Asha ! WSPIERAM
close
Nowa książka Timothy’ego Gartona Asha ! forward
close
Kultura Liberalna solidarnie z Ukrainą

KULTURA LIBERALNA > Pytając > Węgierska lewica czeka...

Węgierska lewica czeka na mesjasza

Z VIKTOREM SZIGETVÁRIM rozmawia Dariusz Kałan

Węgierska lewica czeka na mesjasza

Z Viktorem Szigetvárim* rozmawia Dariusz Kałan**

Dariusz Kałan: Czy kiedykolwiek przez ostatnie dwa lata pomyślał pan: „Cholera, to jednak nasza wina, że oni doszli do władzy”?

Viktor Szigetvári: Oczywiście. Ale na imponujące zwycięstwo Fideszu w wyborach w 2010 r. i w konsekwencji porażkę Węgierskiej Partii Socjalistycznej (MSzP), która rządziła nieprzerwanie od 2002 r., złożyło się kilka czynników. Przede wszystkim światowy kryzys, który obalił większość lewicowych rządów w Europie, a na Węgrzech spowodował duże spustoszenie w gospodarce. Kiedy rząd Ferenca Gyurcsánya zaczął w końcu reagować, reformy, jakie podjął, okazały się zbyt bolesne dla społeczeństwa. Jestem świadomy, że my również popełniliśmy wiele błędów. Kolejne lewicowe rządy łamały przedwyborcze obietnice, nie potrafiły zatrzymać malejącego poparcia, do tego doszły znane afery, jak ta z taśmami Gyurcsánya. Węgierska lewica utraciła wiarygodność. Nasze niepowodzenia i niekorzystna koniunktura zewnętrzna doprowadziły do tego, że ludzie zaczęli wątpić w sens systemu, który został zbudowany dwadzieścia lat temu. Myślę, że tamte wybory przegraliśmy nie tylko my, ale razem z nami większość ugrupowań, które budowały demokrację na Węgrzech po 1989 r.

Lewica chyba nie wyciągnęła wniosków z tej porażki. Partią rządzą wciąż ci sami ludzie, którzy doprowadzili ją do wyborczej klęski.

Kiedyś mawialiśmy, że partia lewicowa może popełnić dwa błędy: postawić na nowych ludzi, bo wszyscy będą się zastanawiać, kim są i co tu właściwie robią, lub postawić na starych, za którymi ciągną się jakieś kontrowersje z przeszłości. Wybraliśmy model pośredni. Od dwóch lat mamy nowego lidera, 38-letniego Attilę Mesterházyego. W porównaniu z poprzednią dekadą obecne kierownictwo to w dwóch trzecich nowe twarze. Jeśli w MSzP rządzą wciąż ci sami ludzie, to co powiedzieć o Fideszu, który nie odnowił przywództwa od roku 1988?

I jak dziś radzą sobie socjaliści w kraju silnych rządów Viktora Orbána?

Nie podzielam opinii niektórych komentatorów zachodnich, którzy uważają, że na Węgrzech skończyła się demokracja. Jej jakość została znacznie obniżona, ale sama demokracja wciąż się broni. Politycy Fideszu obiecywali, że rozpoczną nową erę w węgierskiej historii. Tymczasem ich błędy, kłamstwa i nieprzygotowanie do rządzenia nie różnią się niczym od tego, co obserwowaliśmy wcześniej. I to jest smutne, bo zmarnowali tak ogromne poparcie społeczne. Lewica jest poobijana, podobnie jak nasze społeczeństwo. Całe Węgry znajdują się w kryzysie moralnym, gospodarczym, intelektualnym, mają problem z dobrym przywództwem. Jednak MSzP jest w innym stanie niż SLD w Polsce po utracie władzy w 2005 r. Mimo że w partii doszło do podziałów, a poparcie dla niej spadło, socjaliści wciąż są drugim największym ugrupowaniem w kraju. To bardzo silna marka. Na węgierskiej scenie politycznej, także z powodu specyficznego systemu wyborczego, nie ma miejsca na inną partię lewicową.

Co z tego, skoro szanse na pokonanie Fideszu w wyborach w 2014 r. są niewielkie. Socjaliści walczą ze skrajnie prawicowym Jobbikiem o pozycję głównej partii opozycyjnej. I ostatnio przegrywają tę batalię, bo są znacznie mniej wyraziści od radykałów.

Gdybyśmy rozmawiali w kwietniu 2000 r., czyli w połowie kadencji pierwszego rządu Orbána, mówiłbym, że Fidesz to partia niepokonana. Cieszyła się bardzo wysokim poparciem, a w kraju kwitła gospodarka. Jednak dwa lata później Fidesz przegrał wybory. I nie dlatego, że popełnił jakieś rażące błędy, ale z tego powodu, że socjaliści wyciągnęli lekcję z wcześniejszych porażek. Otwierają się na środowiska centrowe, zaczęli interesować się Europą, zmienili retorykę. Obecny problem socjalistów polega na tym, że nie są w stanie gospodarować niezadowoleniem umiarkowanej klasy średniej, której w większości nie podobają się rządy Orbána. Mamy swoich stałych wyborców o przekonaniach mniej lub bardziej lewicowych, ale nie potrafimy zyskać poparcia centrystów. To oni dali nam zwycięstwo w 2002 i 2006 r. i to oni je odebrali, głosując dwa lata temu na Fidesz lub zostając w czasie wyborów w domach.

W jaki sposób socjaliści chcą ich do siebie przyciągnąć?

Na pewno nie przez skręt w stronę obyczajowej liberalizacji w stylu Zapatero czy Palikota. To nie jest dobry sposób na pokonanie prawicowego populizmu. Lewica w naszym kraju dochodziła do władzy, bo miała trzy rzeczy: dobrą organizację, dobry program oraz poparcie centrowych wyborców, liderów opinii i młodzieży. Teraz będzie o tyle trudniej, że Fidesz używa niedemokratycznych metod, aby zastopować ambicje swoich politycznych rywali. Zbyt duży przechył ideologiczny skazuje nas na jeszcze większą marginalizację. Nie sądzę, aby największym problemem węgierskiej lewicy były teraz kwestie ideologiczne czy odnowa przywództwa. O wiele istotniejszy jest brak woli i ambicji, aby zbudować nową narrację, atrakcyjną dla wyborców centrowych. Dziś nawet prawica w Europie wie, że nie wolno zbliżać się zbyt blisko ściany. Proszę spojrzeć na Davida Camerona w Wielkiej Brytanii, który mówi językiem Blaira i w wielu sprawach zachowuje się tak jak on.

A może jest tak, że w dobie zaciskania pasa lewica nie jest już do niczego potrzebna? Kraje zmagające się dziś z największym załamaniem gospodarczym były przecież przez długie lata rządzone przez socjalistów. Ferenc Gyurcsány był pierwszą ofiarą kryzysu. Później dołączyli do niego premierzy Hiszpanii i Portugalii.

No tak, ale zapomina pan o Grecji, Irlandii czy Włoszech, gdzie politykę gospodarczą prowadzili akurat konserwatyści. Nie sądzę więc, aby kryzys obnażył słabość lewicowej doktryny ekonomicznej. Zresztą – bądźmy szczerzy – w żadnych z tych państw nie była ona realizowana w stu procentach. W Europie ciągle jest zapotrzebowanie na lewicę. Tylko w ostatnich miesiącach powróciła do władzy we Francji, Rumunii, Słowacji, Słowenii i Danii. Pytanie brzmi: jaka powinna być? Nie zgadzam się na lewicę przesadnie zideologizowaną. Myślę również, że model „trzeciej drogi” nie do końca się sprawdził, głównie w gospodarce. To Blair, Schröder i zapatrzeni w nich politycy z innych krajów wprowadzili radykalną deregulację, której wady zostały potem obnażone przez kryzys. Lewica w Europie nie ma jeszcze na siebie pomysłu. Ile interwencjonizmu, ile wolności – o tym dyskutują lewicowi liderzy w Niemczech czy Hiszpanii. Wielu czeka także na to, jakie reformy wprowadzi François Hollande we Francji.

Tymczasem z zadowoleniem patrzę na rozwój społeczeństwa obywatelskiego na Węgrzech. Przeciwnicy Orbána są coraz bardziej aktywni, komunikują się za pomocą internetu, spotykają na manifestacjach. Myślę, że to są te obszary, na których socjaliści powinni być bardziej aktywni.

Kiedy mówi się o przebudowie lewicy na Węgrzech, prawie zawsze pada nazwisko: Gordon Bajnai. W środowiskach lewicowych Bajnai nazywany jest – chyba nieco ironicznie – mesjaszem.

To prawda. Bajnai to niezależny technokrata. Jest świetnie wykształcony, znany na Zachodzie. Nigdy nie był posłem ani członkiem jakiejkolwiek partii. Był dobrym ministrem w lewicowych rządach, a w kwietniu 2009 r. został premierem gabinetu technicznego. W ciągu roku zainicjował wiele reform gospodarczych i zacieśnił współpracę z instytucjami europejskimi. Bajnai przez dwanaście miesięcy zrobił więcej dla węgierskiej gospodarki niż Fidesz przez dwa lata. Wygrał nawet ranking na najlepszego premiera w ostatnim dwudziestoleciu. Duże grupy węgierskiej klasy średniej, niezadowolone z obecnych rządów, czekają na kogoś, kto przedstawiłby gotowe recepty na nasze bolączki, a potem rozwiązał wszystkie problemy ich i kraju. Ale to błędne myślenie i więcej mówi o naszym społeczeństwie niż o Bajnaiu. W polityce nie ma mesjaszów, bo nikt niczego nie zdziała sam, bez wsparcia otoczenia. Jednak rozumiem, że w tym określeniu kryje się nadzieja na to, że przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi w 2014 r. uda się sformować silny obóz centrolewicowy, który mógłby rzucić wyzwanie Orbánowi. I Bajnai przez wielu jest uważany za jego przyszłego lidera.

Ale lewica ma już lidera. Szefem socjalistów jest Mesterházy. A jest jeszcze były premier Gyurcsány, który jesienią 2011 r. odszedł z MSzP i założył własną partię.

Obaj są realistami. Gyurcsány dokonał rozłamu, ale wydaje mi się mało prawdopodobne, aby chciał w przyszłości ponownie zostać premierem. A Mesterházy? Szanuję go, bo udało mu się uratować MSzP przed rozpadem po ostatnich wyborach. Jednak w ciągu dwóch lat poparcie dla partii nie wzrosło i sądzę, że Mesterházy jako szef jest za to także odpowiedzialny. Jest młody i ciągle się uczy. Z moich obserwacji wynika, że przez większość naszych wyborców nie jest uważany za przyszłego lidera kraju. Zresztą w swoich przemówieniach wielokrotnie powołuje się na Bajnaia i przypomina sukcesy jego rządu. Bajnai zdaje sobie sprawę z dużych oczekiwań wobec niego, ale wciąż nie zdecydował, czy wróci do czynnej polityki. Po odejściu z urzędu premiera wiosną 2010 r. wycofał się z życia publicznego. Pracował jako konsultant prywatnych firm i wykładowca na Johns Hopkins University w Baltimore. Poświęcał się życiu rodzinnemu. Bardzo rzadko udziela wywiadów, czasem pisze artykuły, w których dzieli się swoimi przemyśleniami na temat obecnej sytuacji w kraju. Generalnie jest człowiekiem w cieniu.

W ostatnim czasie na łamach kilku węgierskich gazet opublikował teksty programowe, w których ostro krytykował rządy Fideszu i przedstawił własne rozwiązania wyjścia z kryzysu gospodarczego. Czy to nie było wyzwanie rzucone Orbánowi?

Nie traktowałbym tego w ten sposób. Jako były premier Bajnai czasem jest proszony o opinię. Ludzie są zainteresowani tym, co ma do powiedzenia. On wciąż się waha, czy wrócić do polityki. Powinien podjąć decyzję do końca tego roku. Problem polega na tym, że Fidesz zyskał ogromną kontrolę nad instytucjami państwa, w tym nad sądownictwem. W zeszłym roku Orbán groził Bajnaiowi i Gyurcsányowi, że postawi ich przed sądem. Lojalni wobec władzy urzędnicy mogliby odczytać to wezwanie jako sygnał do działania i spreparować jakieś zarzuty. Poza tym Bajnai bardzo poważnie traktuje swoje życie prywatne. W 2009 r., kiedy zaproponowano mu tekę premiera, początkowo nie chciał jej przyjąć, bo wiedział, że jego bliscy na tym ucierpią. I tak rzeczywiście było, bo on i jego rodzina stali się przedmiotem ostrej krytyki prawicowych dziennikarzy. Dziś prawica kontroluje najważniejsze media i mogę sobie wyobrazić, jak wielki atak przypuszczono by na Bajnaia, gdyby zadeklarował, że będzie kandydatem lewicy na premiera. Zresztą już widać, że powoli wyrasta na wroga numer jeden prawicowych gazet.

Niektóre sugerują, że podczas pobytu w Stanach kontaktował się z administracją Obamy, która chciałaby, aby zastąpił Orbána. Tak jak wcześniej zastąpiono szefów rządów w Grecji i we Włoszech, czyli z namaszczeniem Komisji Europejskiej i Waszyngtonu.

To bzdura. Gdyby Orbán dobrze rządził krajem, nie musiano by formułować tak absurdalnych zarzutów. Na Węgrzech rząd i premier są wybierani przez parlament. Nie ma innej drogi. Jeśli więc Bajnai powróci do polityki jako kandydat na premiera obozu centrolewicowego, będzie musiał zabiegać o poparcie społeczeństwa, a nie innych krajów. W Stanach Bajnai rozmawiał z różnymi ludźmi, ale głównym celem pobytu były wykłady na uniwersytecie. Nie uczestniczy również w negocjacjach kredytowych z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, o co także posądzała go prawicowa prasa. Na Węgrzech każdy, kto ma jakieś kontakty z politykami lub doradcami z zagranicy, jest oskarżany o zdradę kraju.

Jeśli Bajnai wróci, to może liczyć na poparcie całej podzielonej lewicy?

Bardzo wielu czeka na jego decyzję. Wiem, że nie każdy na lewicy reaguje na niego w sposób entuzjastyczny, bo obecnie jest nieaktywny i nie bierze na siebie odpowiedzialności za działania partii. Postawy są albo neutralne, albo pozytywne. Mimo to jestem przekonany, że jeśli zadeklaruje wolę powrotu, to uzyska poparcie wszystkich lewicowych ugrupowań. Jeśli jednak tego nie zrobi, to ktoś inny będzie musiał podjąć wysiłek odbudowy lewicy. Cały czas powinniśmy powtarzać to, co dziś wydaje się nieoczywiste, ale za kilka miesięcy może być już całkiem realne: Orbán i jego partia są do pobicia.

Gordon Bajnai zapowiedział, że swoją decyzję o powrocie do polityki ogłosi 23 października, czyli w święto narodowe Węgier.

* Viktor Szigetvári (ur. 1978), polityk i analityk polityczny, członek Węgierskiej Partii Socjalistycznej (MSzP). Był szefem kampanii wyborczych lewicy w 2006 i 2010 r. W czasie rządów MSzP pełnił funkcję doradcy kolejnych premierów. Obecnie jest jednym z najbliższych współpracowników Gordona Bajnaia, szefa rządu z lat 2009-10, i członkiem zarządu założonej przez niego Fundacji „Ojczyzna i Rozwój”.

** Dariusz Kałan, analityk ds. Europy Środkowej w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych i dziennikarz. Jego rozmowy z węgierskimi intelektualistami były publikowane m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Przeglądzie Politycznym” i „Arcanach”.

„Kultura Liberalna” nr 197 (42/2012) z 16 października 2012 r.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ
(42/2012)
16 października 2012

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

REKLAMA

reklama

TEMATY TYGODNIA

drukuj