0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > WOŹNIAK: „Samsara” Rona...

WOŹNIAK: „Samsara” Rona Fricke, czyli posthipisowska odyseja

Ewa Woźniak

Samsara” Rona Fricke, czyli posthipisowska odyseja

Lubimy piosenki, które dobrze znamy oraz książki, które mówią o tym, co sami myślimy. Choć nie zawsze są to te, które znajdą się na półce z napisem „wielka sztuka”, niemniej to właśnie one nas poruszają najbardziej. Odwołajmy się zatem do najbardziej pierwotnych uczuć, obiegowych sądów, a następnie ładnie je opakujmy – trudno o lepszy pomysł na komercyjny sukces. Amerykański reżyser i operator Ron Fricke oparł swoje autorskie projekty filmowe na takim właśnie założeniu – i wygrał. Wyprodukowana w 1992 roku „Baraka” zdobyła serca międzynarodowej publiczności i prestiżową nagrodę krytyków filmowych FIPRESCI na festiwalu w Montrealu. Według tego samego schematu, ale dwadzieścia lat później, Fricke, wraz z producentem Markiem Magidsonem, skonstruowali pokazywaną właśnie na naszych ekranach „Samsarę”.

Oszałamiająca wizualnie refleksja nad „samsarą” – w mitologii hinduistycznej i buddyjskiej symbolizującą cykl narodzin i śmierci – zdaje się płynąć prosto z hipisowskiej duszy, zawodzącej pieśń o przemijaniu. Co dzisiaj może znaczyć ten medytacyjny powrót do dziedzictwa kontrkultury lat sześćdziesiątych?

Kontrkulturowy kalejdoskop

Fundamentem produkcji Frickego są urzekające obrazy – oba dokumenty nakręcono na taśmie 70 mm – w rzadko już dziś używanym, szerokoekranowym formacie, z wykorzystaniem techniki fotografii poklatkowej. W ten sposób twórcy uzyskali najwyższą jakość obrazu – pocztówek zebranych z podróży przez 25 krajów. Idea, która im przyświecała, jest prosta do odczytania: wydobyć esencję miejsca, wydestylować to, co stanowi o jego charakterze, a potem ułożyć w oszałamiające pięknem lub intrygujące sekwencje. „Samsara” jest filmem bardzo malarskim – począwszy od kompozycji kadrów, przez dynamikę montażu, po fotograficzne detale. To właśnie obrazy, przyprawione hipnotyczną muzyką m.in. Lisy Gerrard z duetu Dead Can Dance i Michaela Stearnsa, są tu najważniejsze. Kolejne sekwencje – a może właściwie sceny – układają się w rodzaj niezwykłej, wizualnej medytacji.

Zbudowana na podobnej zasadzie dwadzieścia lat temu „Baraka” musiała zachwycić. W Stanach Zjednoczonych od lat 80. kwitła kultura New Age, uznawana przez niektórych za popłuczyny po kontrkulturze lat 60. Jednym ze składników tej filozofii jest tęsknota za magicznym obrazem świata – niepodzielonym na magię, naukę i sztukę. Podtrzymują go stare tradycje kulturowe, pokazywane z nostalgią przez amerykańskiego reżysera – buddyzm tybetański czy afrykańskie tradycje plemienne. W newage’owym worku poza czerpaniem z egzotycznych kultur (zwłaszcza szeroko rozumianej filozofii Wschodu) znajdziemy ponadto: krytyczną refleksję nad destrukcyjnym postępem cywilizacji, wrażliwość ekologiczną oraz poszukiwanie tożsamości poprzez kulturową podróż. To właśnie ta wrażliwość zdaje się prowadzić reżysera z amerykańskiego parku narodowego w Arizonie przez buddyjskie klasztory Ladakhu, plemienne wioski ludu Mursi, po chińską fabrykę wieprzowiny, kopalnie siarki w Indonezji czy przestrzenie korporacyjnych biur. Dołóżmy jeszcze do tego hipisowskie umiłowanie wolności osobistej, indywidualizm i wchodzimy chyba na częstotliwość z jaką Ron Fricke nadaje swój ponadwerbalny przekaz.

Emanacja hipisowskiej wrażliwości

Motorem kontrkultury była siła młodości, nie dziwi więc fakt, że jej głos jest pełen sprzeczności i przesady. Jednak to właśnie szalona ekspresja i emocjonalność sprawiły, że nie dało się go zignorować. Kontrkulturowa mapa składa się z szeregu paradoksów: postulat powrotu do natury spod znaku Henry’ego Davida Thoreau spotyka się tu ze środowiskiem wielkich miast, w której de facto narodziła się rewolta lat sześćdziesiątych. Eskapistyczne tendencje przeplatają się z protestami antywojennymi, a pacyfizm z lewackim terroryzmem. Idea wolności osobistej miesza się z nieposkromionym hedonizmem, krytyka społeczna z buntem przeciwko wszystkiemu. W sferze ekspresji artystycznej muzyka elektroniczna idzie w parze z surowością folku, a sukces nieokiełznanego rocka nie przekreśla poetyckości, kontemplacji i estetyzmu w sztuce. Tak samo kontestacja tradycyjnej religijności nie wyklucza praktykowania najrozmaitszych form duchowości.

Twórcy eklektycznych obrazów „Baraki” i „Samsary” czerpią z tego bogatego ideowego dziedzictwa kontrkultury, chociaż tylko niektóre z jego elementów znajdują swoje filmowe odbicie. Wyraźnie kontrkulturowy jest tu sam motyw kontemplacyjnej wędrówki, który stanowi oś konstrukcyjną obu obrazów. „Samsara” to też klasyczny kontrkulturowy sprzeciw wobec konsumpcjonizmu i nieposzanowania tradycji, tyle że opowiedziany bez słów. Niemy, bo co jeszcze można powiedzieć, posługując się hipisowską retoryką? Ta intelektualna mielizna nie służy dobrze całemu przedsięwzięciu i osłabia ducha kontestacji. Mimo że całość jest przede wszystkim kontemplacją, nietrudno tu odnaleźć elementy krytyki społecznej składające się na wizualną refleksję nad kondycją współczesności. Obrazy kalectwa weteranów wydają się być antywojennym protestem, a sceny z wielkich fabryk żywności i przemysłowych farm hodowlanych zwracają uwagę na warunki pracy ludzi i życia zwierząt. Pięknie zmontowane, dynamiczne sekwencje pokazują przerażający taniec więźniów w filipińskim więzieniu i chińską paradę z okazji jubileuszu partii komunistycznej. Niestety wątek krytyki tych najbardziej współczesnych skutków rozwoju cywilizacji jest bardzo chaotyczny. W efekcie trudno określić ramy czasowe przedstawionej rzeczywistości. Mimo że powstanie „Baraki’ i „Samsary” dzielą dwie dekady, są to łudząco podobne obrazy. Szkoda też, że na własnym amerykańskim podwórku – poza korporacyjnym systemem pracy, który pozbawia ludzi indywidualnego głosu – twórcy podpatrzyli tak niewiele.

Świat człowieka – świat samsary

Oddalając nieco zarzuty o nurzanie się w klimatach spod znaku Wodnika, na „Samsarę” i „Barakę” można jednak spojrzeć także jako na próbę odpowiedzi na artystyczne wyzwanie, którego celem jest do głębi poruszyć widza, nie używając słów. Konstrukcję filmu oparto na klasycznych opozycjach: życie – śmierć, sacrum – profanum, tradycja – współczesność, bezruch – ruch, krajobrazy dzikiej przyrody – portrety cywilizacji. Twórcy „Samsary” postawili na elementarną ludzką właściwość – naturalną umiejętność przeżywania obrazów. Język wizualny jest przecież uniwersalny – nie trzeba erudycji, żeby zachwycić się pięknem lub wzdragać na widok brzydoty.

Jednak i tu okazuje się, że to hipisowska wrażliwość odpowiada za to, w jaki sposób Fricke pokazuje nietrwałość wytworów kultury, ich tymczasowość. Tym, co ostatecznie zwycięża, jest u niego natura utożsamiana z pięknem, harmonią. Zdjęcia ukazujące zniszczenia po przejściu huraganu Katrina nad Nowym Orleanem zdają się mówić, że kołu samsary podlega tu świat człowieka. Gdyby jednak „Samsara” ukazywała tylko obrazy destrukcji, nie grałaby na tak dostrojonej nucie. Tym, co wzbudza falę emocji, są właśnie zderzenia obrazów piękna i brzydoty.

W przedstawionym świecie króluje konsumpcjonizm, nerwica, pośpiech, ale widoczna jest też potrzeba rytuału, poczucia własnej tożsamości. Jednak tradycja pozbawiona rytuału staje się tu często jedynie ładną pocztówką – portrety namibijskiego plemienia Mursi czy chłopców z brazylijskich faveli mogłyby równie dobrze ukazać się w magazynie National Geographic. Sceny z ceremonii tworzenia i zniszczenia mandali przez buddyjskich mnichów, choć stanowią estetyczną klamrę otwierającą i kończącą film, można w tym kontekście uznać za rozwiązanie bardzo tendencyjne – zdradzające banalną inspirację hipisowską symboliką.

Polityka kontemplacji?

Może jednak dwa filmy zbudowane według tego samego schematu to strata szansy na powiedzenie czegoś nowego? Na szczęście (i niestety) projektowi „Samsary” nie przyświecała taka idea. Na szczęście – bo jako medytacja oparta na przewidywalnym wzorcu film sprawdza się dobrze. Niestety – bo przez dwadzieścia lat od powstania „Baraki” świat trochę się zmienił i choć stare problemy nadal są aktualne, to pojawiły się też inne, na które warto by zwrócić uwagę.

W wywiadach Ron Fricke odżegnuje się od polityki. Jednak w swoim najnowszym filmie mógł pokazać aktualne obrazy jej społecznych skutków. Tymczasem nie znajdziemy tu nawet echa niepokojów po zamachach terrorystycznych w USA z 2001 r., amerykańskim kryzysie na rynku nieruchomości, który był wstępem do globalnego kryzysu finansowego, zamieszkach na przedmieściach Paryża, czy reakcjach świata muzułmańskiego na publiczne znieważanie wizerunku Mahometa. Takich tematów znalazłoby się więcej: choćby powstanie światowej sieci informatycznej i narodziny ruchu alterglobalistycznego.

Kontrkultura dziś to przede wszystkim przestrzeń symboliczna, ale bez odwołania do niej nie jest możliwa rzetelna dyskusja o współczesności. Chociaż wiele z ideałów tego okresu się zdewaluowało, albo rozpłynęło w ramach kultury popularnej, istotnym osiągnięciem tamtej dekady jest świadomość, że żyjemy w świecie naczyń połączonych, co wszyscy na co dzień odczuwamy jako skutki globalizacji. Może ten nostalgiczny powrót Rona Fricke na ścieżkę wydeptaną przez niegdysiejszych hipisów, niepokornych studentów i artystów, którzy na różne sposoby czterdzieści lat temu zatrzęśli światem, należy zatem odczytać jako elementarne wezwanie do praktykowania swego rodzaju kontrkulturowej uważności niż zachętę do określonej politycznej postawy?

Wygląda na to, że największą frajdę z produkcji „Baraki” i „Samsary” mieli sami twórcy. Praca przy obu obrazach, choć wymagała ogromnego wysiłku – wielogodzinnych wędrówek, konfrontacji z reżimowymi władzami (w Korei Północnej nieudanej), a potem tysięcy godzin przy montażu – była dla filmowców osobistą pielgrzymką. Tylko pozazdrościć takiego sposobu na życie.

Film:

„Samsara”
reż. Ron Fricke
prod. USA, 2011 (polska premiera 2012)
dystr. Hagi

* Ewa Woźniak, kulturoznawczyni, dziennikarka kulturalna.

„Kultura Liberalna” nr 200 (45/2012) z 6 listopada 2012 r.

 

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 200

(45/2012)
6 listopada 2012

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj