Podkowa Leśna, fot. Mikołaj Starzyński, 29.09.2017 r.

Konrad Wojtyła: Czy istniał Zbyszek, którego znałaś tylko ty – nie filozof ani uczony, ale po prostu mąż?

Prof. Anna Mikołejko: Właściwie dla mnie istniał tylko mąż, który napisał tę czy inną książkę, taki lub inny artykuł, wygłosił określony wykład lub cykl wykładów, pojechał do radia czy telewizji. Znałam dobrze związane z taką aktywnością „zaplecze” – nieprzespane noce i zaniedbywanie wszystkiego, co nie wiązało się bezpośrednio z pracą. Na zewnątrz widoczne były tylko efekty jego działań, czy raczej – trzeba to jasno powiedzieć – katorżniczych wysiłków. Dla mnie ich tak zwana kuchnia.

Miałaś poczucie, że „umierał wiele razy” – jakby próbował przechytrzyć śmierć, nie dopuszczając do siebie myśli o własnym końcu?

Żył zachłannie, jakby chciał wykorzystać każdą chwilę. Denerwowało go to, że jest senny, że na coś brakuje mu sił. Wymuszał na swoim ciele nieustanną aktywność. Ciągle z nim walczył. Nie godził się na jego ograniczenia, nie chciał mu się poddać. Może właśnie dlatego, że myślał o odejściu starał się zrobić jak najwięcej. Śmierć to przecież jeden z głównych tematów jego twórczości. Nieustannie analizował różne jej odsłony. Mnie jednak dawno temu powiedział, że zasnę na ławeczce w jesiennym słońcu, a w jego głosie brzmiała taka pewność, że przestałam bać się śmierci aż do teraz.

Czy Zbyszek śni ci się czasem albo daje jakiś znak swojej obecności? Zdarza ci się słyszeć jego głos lub go sobie wyobrażać – i jaki on wtedy jest: wspierający, krytyczny, a może po prostu obecny?

Wiele osób mówiło, że im się śnił. Mnie jednak dość długo nie. Może dlatego, że przez wiele miesięcy nie mogłam spać. Wprawdzie bezpośrednio po jego śmierci nie miałam snów, ale słyszałam muzykę tak wyraźnie, jakby dobiegała zza ściany. Najczęściej był to „Marsz triumfalny” z opery „Aida” Giuseppe Verdiego. Przypominał mi się wtedy Richard Dawkins, dość radykalny ateista, który wybrał tę kompozycję na swój pogrzeb, żeby wyrazić zadowolenie z własnego życia. Ale słyszałam też utwory na lutnię Johna Dowlanda, czy „La Folia” Vivaldiego, które Zbyszek bardzo lubił. I słyszałam piękne kompozycje, których nie potrafiłam zidentyfikować. Żałowałam wtedy, że nie umiem ich zapisać. 

W końcu przyśniło mi się, że jechaliśmy samochodem. Kierowca miał aparycję południowca, ciemne włosy i nie więcej niż trzydzieści parę, może czterdzieści lat. W pewnym momencie powiedział coś, co zrobiło na mnie wrażenie trawestacji Nietzschego sugerującej istnienie Boga. Zbyszek zastanowił się i powiedział, że musi to zapamiętać. Czułam się zupełnie zdezorientowana, zarówno rzekomym Nietzschem, jak i reakcją Zbyszka.

Jak wyglądał czas jego odchodzenia – czy był w nim moment szczególnie ważny, który najmocniej zapisał się w pamięci? Jak mierzysz się z żałobą, która przecież wciąż trwa i którą już zawsze będziesz odczuwać?

Nie wiem, czy się mierzę się z żałobą, czy raczej ją przeżywam. Czasem wydaje mi się, że Zbyszek za chwilę stanie w drzwiach i będzie jak zawsze. Staram się po prostu żyć z dnia na dzień i nie myśleć. Często jednak dopadają mnie wspomnienia… wtedy płaczę. Kiedy jechał do szpitala, nawet przez myśl mi nie przeszło, że już nie wróci. Od dawna miał problemy z oddechem, więc mnie to nie niepokoiło. Robił zresztą wszystko, żeby ukryć swój stan przede mną, może także przed sobą. Dziwiło mnie jednak, że z tak ogromną pieczołowitością ubiera choinkę, nalega na gotowanie najbardziej ulubionych potraw, czy wręcz zachłannie słucha muzyki.

Jak odebrałaś to, że nie mówił ci wszystkiego o swoim stanie zdrowia – jako przejaw troski, czy raczej coś trudniejszego: próbę ukrycia przed tobą prawdy?

Jego śmierć spadła na mnie nieoczekiwanie, wręcz mnie zmiażdżyła. Wierzyłam, że się podleczy i tę wiarę podtrzymywała we mnie jego lekarka. Myślałam, jak uczcimy pięćdziesiątą rocznicę naszego ślubu, a nie o śmierci. Widziałam, że jest coraz mniej przytomny, ale on mówił, że to lekarstwa. Kiedy zmarł, nieustannie myślałam, co mogłam zrobić, jak mogłam mu pomóc i miałam do niego żal, że nie dał mi szansy. Teraz jednak, kiedy zdaję sobie sprawę z bliskiego końca mojej mamy, widzę, ile mi oszczędził i jestem mu za to wdzięczna. Myślę, że był to przejaw troski i nie umiem sobie nawet wyobrazić, jak bardzo musiało go to kosztować. Widziałam, że się dusi, że cierpi coraz silniejszy ból, ale mówił, że za dużo palił, albo że się zasiedział przy komputerze, czy coś podobnego. Wierzyłam, bo zmagał się z tekstem komentującym libretto Olgi Tokarczuk do opery „Ahat ilī. Siostra bogów”. Nie rozumiałam tylko, dlaczego z tak ogromnym trudem i niepewnością go pisze. Odczytywał mi niektóre fragmenty po kilka razy, chociaż uważałam, że są świetne i wiedział o tym. Starał się też przyjąć na siebie więcej czynności domowych. To był prawdziwy heroizm.

Czy są drobiazgi, gesty albo rytuały, które pozwalają ci nadal czuć z nim bliskość? 

Tak, kiedy zakładam niektóre jego rzeczy. Robiłam to jeszcze, gdy żył. Lubiłam na przykład jego swetry. Ale powiem – tak z przymrużeniem oka – że w moich snach odradzał mi to, choć nie wyjaśnił dlaczego. Unikam natomiast oglądania wieczorami „Szkła kontaktowego” – co zawsze robiliśmy – bo wtedy płaczę. Brakuje mi też wieczornych rozmów i komentarzy przy kawie, szczególnie tych na balkonie, pośród kwiatów i świec, z kotami leżącymi u stóp.

Jak próbujesz wypełniać pustkę po nim – i czego brakuje ci najbardziej, zwłaszcza teraz, gdy opiekujesz się też chorą mamą?

Czuję bardziej brak czasu niż pustkę. Opieka nad całkowicie niesprawną mamą wypełnia mi cały dzień i wyczerpuje. Brakuje mi jednak wypoczynku i normalności, bo żyję w cieniu śmierci.

Przez tę sytuację nie byłaś w stanie uporządkować wielu spraw, a tym samym zamknąć jakiegoś etapu żałoby…

Tak, rzeczywiście to jeszcze przede mną. Zbyszek nie myślał, co zostawia i prawie nigdy tego nie porządkował. Powiedziałam mu parę lat temu, że pora po sobie posprzątać i żyć długo i szczęśliwie, ale nie posłuchał. Została więc masa papierów, wydruków, wycinków, korespondencji, prac studentów, nie mówiąc już o piętrzących się stosach gazet, no i książkach. Te ostatnie i pewnie wiele innych materiałów trafi do izby pamięci, którą z ogromnym zaangażowaniem organizuje pani Anna Puszcz w Lidzbarku Warmińskim. Trzeba jednak wszystko przejrzeć, posegregować, popakować. Kiedy o tym myślę, boję się, że może mi życia nie starczyć.

Zbigniew i Anna Mikołejko z artystą malarzem Janem Dobkowskim w mieszkaniu na Bernardyńskiej, 1985 r.- Z archiwum Anny Mikołejko

Wróćmy na chwile do przeszłości… Jak się poznaliście? Co cię w nim wtedy ujęło, co sprawiło, że to właśnie on stał się „tym jedynym”?

Och, początki były raczej mało romantyczne. To było na studiach. Mieliśmy wspólny wykład. Prowadząca go profesor o coś zapytała. Niestety nie pamiętam o co, ale skojarzyło mi się to z Wolterem. Podniosłam więc rękę i zaczęłam jakoś tak: „Kiedy czytałam Woltera…”. Gdy skończyłam, Zbyszek podniósł rękę i stwierdził: „Ja co prawda Woltera nie czytałem…”, a następnie przeprowadził efektowną analizę jego filozofii. Bardzo mnie to zabolało i przez całą drogę do domu zastanawiałam się, jak się odwzajemnić. A właściwie, mówiąc wprost – jak mu dołożyć. Zanim jednak do tego doszło, Zbyszek zaprosił mnie na zwiedzanie pałacu w Radziejowicach. Był z nami jego kolega, który miał tam znajomości, więc mogliśmy zajrzeć w zakamarki na ogół niedostępne i to było bardzo ekscytujące. Potem poszliśmy do parku przesyconego wczesnym wiosennym słońcem, a następnie na obiad do Mszczonowa. Po tej wycieczce byliśmy już dobrymi znajomymi, chyba nawet przyjaciółmi. Ale najbardziej zaskoczyło mnie, gdy po pogrzebie Grażyna, jego siostra, powiedziała mi, że wtedy, kiedy mówiłam o Wolterze, Zbyszek – jak jej się zwierzył – pomyślał: „Ta to przynajmniej nie ma sieczki w głowie”. Ja tymczasem cały czas byłam przekonana, że swoją analizą chciał mi pokazać własną wyższość. Później jednak zrozumiałam, że Zbyszek nie mógł postąpić bardziej skutecznie, żeby zyskać moją sympatię. Zgodnie bowiem z prawami psychologii społecznej, jeśli sądzimy, że ktoś o nas nie myśli najlepiej, a później przekonujemy się, że jednak dobrze, zaczynamy widzieć go w zdecydowanie lepszym świetle, niż gdyby był o nas od początku dobrego zdania. Tylko że wtedy jeszcze ani on, ani ja nie znaliśmy tej reguły. 

Czy Zbyszek miał wady, które dodawały mu uroku?

Nie wiem, czy to wada, ale był ogromnym łasuchem i to mnie trochę śmieszyło, trochę rozczulało. Potrafił na przykład przez sen sięgać po słodycze, które stały za wezgłowiem łóżka. Rozwijał je z papierków i połykał, nie budząc się wcale. A jego mina na widok babeczek, czy pączków z ulubionej cukierni – niezapomniana.

Życie z kimś tak wybitnym jak Mikołejko to przywilej czy obciążenie?

Nie odbierałam tego jako przywileju, raczej jako obciążenie. Kiedy się pobieraliśmy, nie był rozpoznawalny. Cenili go tylko niektórzy koledzy czy wykładowcy, podobnie jak mnie. Droga do pewnej popularności była bardzo ciernista i te ciernie ja także silnie odczuwałam, choć z pewnością mniej niż on. Marzyłam o spokojniejszym życiu i nieustannie mi je obiecywał, ale te obietnice musiałam między bajki włożyć. Z drugiej jednak strony bardzo wyraźnie widziałam, że dla niego innej drogi nie ma i kiedy ważyły się jego losy, a było takich sytuacji kilka, bałam się o niego.

Czy jego intelektualna siła i rozpoznawalność wpływały na to, jak postrzegałaś samą siebie? Czy zdarzało ci się czuć, że ta jego „wielkość” cię przytłacza, a ty „znikasz” – stając się bardziej żoną profesora Mikołejki niż Anną?

Nie, nigdy nie myślałam w takich kategoriach. Zdarzały się wprawdzie w naszym otoczeniu próby wzbudzania podobnych uczuć, wyzwalania rywalizacji, czy nawet skłócania, ale było mi to całkowicie obojętne. Patrzyłam na to, jakby mnie nie dotyczyło, czasem nawet śmieszyło. Bo takie próżne wysiłki naprawdę wyglądają zabawnie, zwłaszcza gdy bezskutecznie przybierają na sile, żeby osiągnąć sukces.

Jak wyglądało życie dwojga ludzi zanurzonych w świecie nauki – czy wspólnota doświadczeń pomagała, czy czasem także komplikowała relację?

Z pewnością nie komplikowała naszych relacji. Raczej pomagała rozumieć siebie nawzajem. Poszerzała też pola naszych zainteresowań, bo Zbyszek był filozofem, a ja socjologiem. Socjologia jednak wyrosła w jakimś sensie z filozofii, więc dopełnialiśmy się i wzajemnie inspirowaliśmy. Poza tym wspólnie interesowaliśmy się historią idei, choć różnymi jej obszarami. Naprawdę mieliśmy o czym rozmawiać, czasem żartobliwie się przekomarzaliśmy, komentując wzajemnie nasze teksty czy publiczne wypowiedzi, czasem wspólnie się czymś fascynowaliśmy.

Czy na początku swojej kariery akademickiej zdarzały się sytuacje, w których musiałaś szczególnie dbać o to, by jasno zaznaczyć granicę między własnym dorobkiem a dorobkiem męża? Jak wtedy postrzegało cię środowisko – jako samodzielną badaczkę, czy przede wszystkim „żonę Mikołejki”?

Nie, raczej nie, nie przypominam sobie nic takiego. Różniły nas podejmowane tematy, sposób myślenia i pisania. Otoczenie to widziało, nawet wprost nam o tym mówiono. 

Na wsparcie Zbyszka mogłam zawsze liczyć. Bywały momenty, że byłam bliska rezygnacji, ale wtedy mobilizował mnie, przekonywał, nie pozwalał się cofnąć. Chyba za mało to doceniałam. Dopiero z perspektywy lat widzę, jakie to było ważne. A wydobywał mnie z naprawdę trudnych opresji. Kiedy straciłam pracę w Akademii i chciałam się zatrudnić gdziekolwiek, dopilnował, żebym nie zboczyła ze ścieżki naukowej.

W drodze do Lidzbarka Warmińskiego, fot. Grzegorz Brzozowski

Co było fundamentem waszego związku poza światem idei i nauki? Czy pojawiało się napięcie między życiem prywatnym a ambicjami zawodowymi?

Nie, takiego napięcia raczej nie było, może na początku, zanim się „dotarliśmy”. Mnie bardziej niż jemu zależało na życiu prywatnym. Ale znajdowaliśmy czas na wspólne chodzenie do kina, teatru czy filharmonii, na wizyty u znajomych, sami też czasem urządzaliśmy coś u siebie. Kiedy jeszcze mieszkaliśmy w wynajmowanej pralni przy Puławskiej, bardzo lubiliśmy iść przez park Morskie Oko, a następnie przez Łazienki do przytulnego baru na Agrykoli. Tam zamawialiśmy: on kawę, ja herbatę i wybieraliśmy coś apetycznego. A potem, już przy stoliku, patrzyliśmy na kilkusetletnie drzewa, bo cały bar był przeszklony i snując różne plany delektowaliśmy się smakiem wybranych potraw. Później, kiedy zamieszkaliśmy na Bernardyńskiej, chodziliśmy do Pożegnania z Afryką, gdzie fantastyczną kawę parzył pan Daniel. Takie chwile pozwalały mam czuć się bardzo blisko.

Czy człowiek tak intensywnie pracujący jak on znajdował czas na zwyczajne wspólne chwile? Jak wyglądały dni wolne od nauki, pisania, wywiadów i obowiązków?

Takich dni raczej nie było, ale były godziny. Z biegiem lat coraz mniej, ale zawsze wieczorem robiliśmy dobrą kolację, rozmawialiśmy, oglądaliśmy telewizję. Bardzo dbał o każdy wieczór. Nawet jeśli musiał pojechać na jakąś prelekcję, do radia albo telewizji po powrocie spędzaliśmy trochę czasu razem i dzieliliśmy się wrażeniami z minionego dnia. Kiedyś próbowałam go przekonać do pełnego odpoczynku w niedzielę, starałam się wynajdywać różne atrakcje, ale z miernym skutkiem. Nie cierpiał niedziel. Wyjaśniał, że to z powodu opresyjnych zachowań matki. Ale to właśnie w niedzielę zmarł. 

Kiedy czuł się jeszcze w miarę dobrze, zgadzał się czasem, żeby zrobić sobie trochę wolnego. Najczęściej zwiedzaliśmy wtedy zabytki w miejscowościach niezbyt odległych od Warszawy, chodziliśmy na wystawy czy do muzeum. Ale też w ciepłe dni bywaliśmy w Łazienkach na obowiązkowej kawie i ciasteczkach.

Jak odbierałaś jego wyobrażenie miłości, zwłaszcza w kontekście słów o „miłości idealnej” i milczenia, gdy pytano go o osobiste doświadczenie?

Zbyszek w „Jak błądzić skutecznie” [1] wyraźnie zaznaczył, że choć wierzy w miłość idealną, nie jest przekonany, że może się ona spełnić. I nie oczekiwał ode mnie jej spełnienia. Akceptował mnie taką, jaka byłam i jaka bym nie była, nie wyobrażał sobie życia beze mnie. Dowodził tego nie tylko słowami, choć ich nie szczędził, ale przede wszystkim czynami. Był też oczywiście – jak każdy mężczyzna – ciekawy innych kobiet. O tym również mówił publicznie, podobnie jak o swoim wyobrażeniu miłości. Ale tak naprawdę mówił o różnych meandrach miłości, jej wielorakich postaciach i spełnieniach. Nie było to jego osobiste wyobrażenie miłości. Kiedy go natomiast pytano o osobiste doświadczenie, milczał, bo nie chciał odsłaniać „miękkich” miejsc, pokazywać własnego zaangażowania. Mówił mi otwarcie, że chce chronić naszą prywatność i ja także tego chciałam. 

Podjęliście decyzję, by nie podążać tradycyjną drogą wyznaczoną przez konserwatywne oczekiwania rodzinne. Jak oceniasz tę decyzję z perspektywy czasu?

Decyzja ta wynikała z sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Po prostu nie mieliśmy innej możliwości. Rozumiałam to i akceptowałam. Oczywiście boję się braku wsparcia w przyszłości, ale w tradycyjnym modelu też mogłabym go nie znaleźć. 

Z jednej strony bywał bardzo krytyczny wobec rodzicielstwa – wspomnijmy choćby słynną burzę wokół „wózkowych”. Z drugiej: sam doświadczył wczesnych strat w najbliższym otoczeniu. Czy te doświadczenia mogły kształtować jego podejście do rodziny?

Temat „wózkowych” wyłonił się z opowieści cierpiących przez takie kobiety matek. Nawet samo określenie „wózkowe” od nich pochodzi. Zbyszek nie był krytyczny wobec rodzicielstwa w ogóle, ale wobec takiego rodzicielstwa, które z dzieci czyni rodzaj oręża i zawłaszcza, co się da. Przeważnie place zabaw, trawniki czy drogi osiedlowe. Jeśli się uda, ich i tylko ich dzieci toczą na nich różne gry, urządzają wyścigi, puszczają samoloty, które często lądują na okolicznych balkonach, a innym mieszkańcom blokują możliwość poruszania i generują niewiarygodny hałas pod oknami. To nie miało nic wspólnego z jego własnymi doświadczeniami. Natomiast jeśli chodzi o wpływ doświadczeń rodzinnych na późniejsze życie, nikt od takiego wpływu nie jest wolny. Zbyszek też nie był. Przypuszczam, że właśnie dlatego tak bardzo cenił trwałość małżeństwa. Jego ojciec opuścił przecież matkę, więc od dziecka doświadczał, co się z nią i z nim po jego odejściu działo. Rozumiał jednak, że inni mogą chcieć przerwać związek, który już się wypalił, albo co gorsza jest toksyczny.

Archiwum Rodzinne. Ze zbiorów Konrada Wojtyły

Kiedy po raz pierwszy usłyszałaś o jego trudnym, przemocowym dzieciństwie w Lidzbarku Warmińskim? Jak ta wiedza wpłynęła na Waszą relację?

Bardzo wcześnie. Zapytałam, skąd ma blizny na ciele. Dowiedziałam się wtedy, że matka biła go sznurem od żelazka. Stopniowo dowiadywałam się też innych rzeczy, nie chcę jednak o nich mówić. Uważam, że nie mam do tego prawa. W każdym razie starałam się wynagrodzić mu jakoś tamte lata, moja rodzina także. Ale on te starania odrzucał. Miewałam czasem o to żal. Myślę jednak, że mógł obawiać się litości i że jej nie chciał.

Jak mówił o swoich rodzicach i domu. Czy rzeczywiście ostatecznie „stracił serce” do matki i ojca?

Bardzo długo o nich nie mówił. Jego oparciem byli dziadkowie i zawsze ciepło ich wspominał, ale dziadkowie zmarli ledwie osiągnął pełnoletność. Poczuł się wtedy bardzo samotny. Przeszedł głęboki kryzys, jednak nie zwrócił się ku matce. Chyba czuł, że nie ma po co. Kontakt z nią nawiązał, dopiero gdy zamieszkaliśmy na Bernardyńskiej. Zaprosił ją do nas, a ona nas do siebie. Zaprosiliśmy też jego siostrę Grażynę. Potem byliśmy na Grażyny ślubie. Coś jednak poszło nie tak, nie wiem dokładnie co. Nie chciałam się wtrącać, czułam, że nie powinnam. Musiało stać się coś ostatecznego. Z ojcem stało się to chyba jeszcze w dzieciństwie.

Jaką rolę w waszym życiu odgrywały zwierzęta?

Och, przepadaliśmy za nimi oboje. Zanim Zbyszka poznałam, miałam psa Urwisa i kota Macieja. Później psa Diaska, z którym Zbyszek – jak sam opowiadał – palił papierosy. Odkąd się pobraliśmy, zawsze mieliśmy koty, bo Zbyszek najbardziej je lubił. Zawsze były to koty porzucone, zabiedzone i przez nas przygarnięte. Zbyszek za świętym Franciszkiem nazywał je „braćmi mniejszymi”. Właściwie tylko one potrafiły oderwać go od pracy. Wprowadzały też radosny klimat, bo bywały bardzo śmieszne. Bywały też bardzo czułe i bardzo przytulne. Przeważnie „dzieliły się” nami. Natan był bardziej mój, a Gaja bardziej Zbyszka. Z kolei Filip był bardziej Zbyszka, a Sonia bardziej moja. Niektóre z nich, jak kot Maurycy, który był bardziej Zbyszka, faworyzowały też naszych gości. Jego ulubieńcem był na przykład Francesco Mateo Cataluccio, który tę sympatię całkowicie odwzajemniał. Z kolei niezwykle spokojny i melancholijny Oskar był mój. Natomiast Dominik nikogo nie faworyzował i był typem niespokojnego badacza. Wszędzie musiał się dostać i wszystko obejrzeć. Któregoś dnia wspiął się po regale do bezpieczników i oczywiście poraził go prąd, ale przeżył. Innego dnia przyjechał do nas na motorynce syn znajomych. Wstawił sprzęt do przedpokoju, usiedliśmy, rozmawiamy, ale zaniepokoiło nas, że Dominik znikł. Znaleźliśmy go za kierownicą motorynki oczywiście. Siedział i wydawało się, że kombinuje, jak ją uruchomić. Zbyszka bardzo fascynowały te różnice w kocich charakterach. Obserwował z ogromnym zainteresowaniem kompromisowe rozwiązania Natana i bezpardonowe narzucanie własnej woli przez Filipa. Cierpliwie też poddawał się codziennemu badaniu oddechu przez Sonię. Zawsze starał się nie przeszkadzać kotom w kształtowaniu ich indywidualności.

Archiwum Katarzyny Skórskiej

Choroba towarzyszyła mu właściwie przez całe życie. Czy próbowałaś namawiać go do rzucenia palenia?

Tak, próbowałam, ale on przeważnie żartował, cytując dość dowolnie Marka Twaina, że rzucić palenie to nic trudnego, bo robił to przecież tyle razy. Rzeczywiście robił to wiele razy, a przynajmniej starał się ograniczyć. Ale te próby przeważnie się kończyły, gdy trzeba było coś szybko napisać. Wtedy na biurku pojawiał się ogromny kubek kawy i co najmniej dwie paczki papierosów. Tekst był dla niego ważniejszy.

Jeśli chodzi o choroby, bo miał ich kilka, zaczęły się bardzo wcześnie, jeszcze pod koniec lat siedemdziesiątych. Najpierw była to alergia wziewna, potem astma, ale też problemy z układem pokarmowym. Może nawet te były najwcześniejsze. Już dobrze nie pamiętam. Zbyszek jednak starał się żyć normalnie. Z pomocy lekarskiej korzystał tylko w najtrudniejszych sytuacjach, bo przeważnie lekarz mówił mu, że musi rzucić palenie, a on wtedy rzucał lekarza. Starałam się pomagać, jak umiałam. Miałam też nieustanne poczucie, że to za mało. Największym problemem było duszenie się. Inne dolegliwości miewały kulminacyjne momenty, ale prędzej czy później ustępowały. Może nie całkowicie, dawało się jednak żyć. Dusił się natomiast nieustannie i coraz mocniej. Chodzenie sprawiało mu coraz większą trudność. Już po jego śmierci dowiedziałam się, że ostatni objazd Akademii 30+ [2] spędził na wózku inwalidzkim. W szpitalu leżał pod tlenem.

Pobyt w Szpitalu Wolskim był doświadczeniem, które w mojej ocenie odzierało z godności, a mimo to nie chciał zmienić miejsca hospitalizacji. Czy miałaś wrażenie, że w pewnym momencie wiedział już, że odchodzi?

Chyba miał taką świadomość. Przed Wielkanocą zapytałam lekarki, czy wyjdzie na święta. Odpowiedziała, że tak, więc bardzo radosna mu to powtórzyłam, ale on nie mógł uwierzyć. Myślę też, że nie liczył na lepsze warunki w innym szpitalu. Przeglądałam zresztą rankingi warszawskich szpitali i wszystkie były podobne. To nie szpitale odzierają z godności, ale choroba. Szpital może jedynie zapewnić opiekę zmniejszającą ten dyskomfort. Najważniejsze okazują się tu, często lekceważone, opiekunki. Teraz cieszę się, że ktoś przy nim był, gdy nocą umierał.

Dedykował ci wiersze – jak to odbierałaś? Czy to była forma intymnego wyznania i rozmowy?

Pierwszy z ofiarowanych mi jeszcze na studiach wierszy zrobił na mnie wręcz bajkowe i bardzo melancholijne wrażenie. Mówił o okrętach, które odpłynęły i o samotnym majtku pozostawionym na moście, a kończył się obrazem błazna idącego pustymi ulicami z lirą i księżycem. Ten wiersz jest na Bernardyńskiej razem ze szkicami Starowiejskiego, ale wśród znajdujących się tam stosów papierów trudno było mi go odnaleźć. Bardzo mnie też wzruszył wiersz z tomu „Gorzkie żale” [3], któremu Zbyszek nadał tytuł „Ikona II”. Opowiada o naszym balkonie i został zadedykowany „Dla A. Pani Tego Ogrodu”. Zbyszek bardzo mnie przepraszał, że nie napisał „Ani”, chciał jednak uniknąć podwójnego rymu „Ani, Pani”. Nie musiał mi tego mówić. Cieszyłam się, że dałam mu temat do jedynego bodaj wiersza, tak pełnego spokoju, odprężenia i łagodnej zadumy. Starałam się zapewnić taki właśnie klimat, bo przeważnie był „zabiegany”, a ten wiersz potwierdził, że moje wysiłki nie były próżne. 

W warszawskich Łazienkach, druga połowa lat 80.. Archiwum Anny Mikołejko

Była też jeszcze jedna dedykacja o szczególnym dla mnie znaczeniu. W ofiarowanym mi tomie „Hailsberg to miasto” [4] napisał „Ani Mojej Kochanej, aczkolwiek to smutne, to przecież to dla niej. Z.” i pod spodem dodał „Mimo wszystko ku pokrzepieniu serduszka”. Pytałam go często, dlaczego jego wiersze są takie smutne i chyba tą dedykacją mi odpowiedział, że smutek też może być krzepiący, jeśli się go z kimś dzieli.

Autograf wiersza, fot. Ze zbiorów Konrada Wojtyły

Czy zgodziłabyś się z opinią, że był poetą w najszerszym sensie tego słowa – nawet jeśli postrzegano go głównie jako profesora, intelektualistę i komentatora?

Absolutnie tak. Zresztą, kiedy wychodziłam za niego, myślałam, że wychodzę za poetę. Nigdy nie przestawał czytać poezji i o niej mówić. Bardzo cenił Wojaczka, Stachurę, Bursę, a więc poetów zbuntowanych przeciwko społeczeństwu i jego normom, zaliczanych do poetów wyklętych. Często przywoływał zabitego w Powstaniu Warszawskim Kamila Baczyńskiego. Fascynował go również Jarosław Iwaszkiewicz i tak się złożyło, że zamieszkaliśmy niedaleko Stawiska. Myślę, że właśnie ta bliskość mogła Zbyszka skłonić do wyboru lokalizacji. Najbardziej jednak krępowało mnie to, że na różnych spotkaniach wywoływał sytuacje, w których musiałam recytować wiersze. Znam ich rzeczywiście bardzo dużo, ale właściwie nie jest to moja zasługa, tylko mojego ojca. Recytował mi je, zanim nauczyłam się czytać. Wystarczyło mi wtedy usłyszeć jeden raz na przykład „Konrada Wallenroda”, żeby go już nigdy nie zapomnieć. Sąsiad nawet wyciągnął kiedyś tom i sprawdzał, czy się zgadza. Sądzę jednak, że Zbyszek robił to, bo po prostu żył poezją i chciał nią zainteresować innych. Takie recytacje skupiały na niej uwagę i dawały pretekst do rozmowy. Myślę, że właśnie poezja dawała mu siłę do mierzenia się z przeciwnościami, chociaż malarstwo i muzyka też były dla niego bardzo ważne.

W swoich tekstach często spierał się z religią i Bogiem, powtarzając, że „walczy z dyskursem, a nie z Nim”. Jak odbierałaś te zmagania? W co wierzył?

Z religią się spierał, ale nie z Bogiem. Sądził tylko, że nie jesteśmy w stanie potwierdzić Jego istnienia, ani też zaprzeczyć. Oczywiście chodziło tu o rodzaj pierwszej przyczyny, a nie o Boga z wyobrażeń ikonograficznych. Natomiast religia, taka czy inna, była dla niego pewną formą kulturową, kształtowaną przez ludzi i przez instytucje zgodnie z ich potrzebami, wyobrażeniami, a nawet interesami. Dlatego niektóre jej przejawy budziły jego niepokój. Uważał, że nie powinien milczeć. Przestrzegał przed możliwością nadużyć czy błędów. Powiem tak przekornie, że w końcu zaniechanie jest grzechem, zwłaszcza jeśli jest świadome i prowadzi do negatywnych konsekwencji. A w Zbyszku kręgosłup moralny był bardzo silny i aż do szpiku kości katolicki.

Jak reagowałaś na krytykę, która go dotykała – czasem nawet w formie hejtu czy gróźb? Czy to cię raniło, czy miałaś w sobie siłę, by to ignorować?

Z pewnością gorzej to znosiłam niż on, więc starał się mnie izolować. Sam machał lekceważąco ręką, czasem śmiał się, lecz jeśli pojawiały się groźby karalne, rozważał pójście na policję. Po jego śmierci znalazłam wśród pozostawionych przez niego papierów sporo bardzo wulgarnych listów, wyzywających go od najgorszych. Przypomniało mi się wtedy, że po śmierci Marii Callas znaleziono pakiet kopert przewiązanych różową wstążeczką. Sądzono, że to listy miłosne, lecz to były takie właśnie listy. Te do Zbyszka zamknęłam w oddzielnym pudełku, ale nie mogę pojąć, skąd w ludziach tyle jadu. Co prawda część z nich nosi ewidentne ślady choroby psychicznej.

Gdyby mógł dziś zobaczyć, jak się o nim mówi i jak się go wspomina – co, twoim zdaniem, byłoby dla niego najważniejsze?

To, że w ogóle się mówi, że jego praca przynosi jakieś żniwo. Cenił wszystkie wypowiedzi, nawet te najbardziej krytyczne, jeśli widział w nich autentyczne dążenie do prawdy, a nie próbę „przywalenia”. Ale pewnie najbardziej ceniłby sobie to, co się robi. To, że Anna Puszcz tworzy izbę pamięci, że Weronika Wawruszko i Kinga Korczykowska powołują fundację jego imienia, że ukaże się nawet cała książka jemu poświęcona i tomik dawnych wierszy, które tak starannie zebrał, a nigdy nie opublikował. Przecież właśnie w tym wszystkim nadal żyje, a tylko taki rodzaj nieśmiertelności był dla niego czymś pewnym. 

Czy są rozmowy, których nie zdążyliście przeprowadzić, słowa, które pozostały zawieszone między Wami? Czy jest coś, czego nie zdążyłaś mu powiedzieć?

Jest coś, co on chciał mi powiedzieć. Powtarzał to nawet kilka razy, ale trudno mi było zrozumieć. Chyba jednak, że mnie kocha. To było ostatnie, co od niego usłyszałam.

Autor pracuje nad książką biograficzną „Zaprawdę, Mikołejko”, która ma ukazać się w 2027 roku.

Zbigniew Mikołejko. Fot. Ze zbiorów Antona Marczyńskiego

Przypisy:

[1] „Jak błądzić skutecznie. Profesor Zbigniew Mikołejko w rozmowie z Dorotą Kowalską”, Wydawnictwo Agora i Iskry, Warszawa 2013.
[2] Akademia 30+, jedna z instytucji, dla których profesor Mikołejko wygłaszał regularne wykłady [przyp. red.].
[3] Zbigniew Mikołejko, „Gorzkie żale”, Instytut Mikołowski im. Rafała Wojaczka, Mikołów 2017.
[4] Zbigniew Mikołejko, „Heilsberg, to miasto”, Instytut Mikołowski im. Rafała Wojaczka, Mikołów 2018.

Wybór tekstów Profesora Zbigniewa Mikołejki na łamach „Kultury Liberalnej”:

Czekając na apokalipsę. O serialowej ekranizacji „Gry o tron” 

Nr (41/2011) 4 października 2011 

 

[Debata o CATTELANIE] Widok okrutnej prawdy

Nr 204 (50/2012) 4 grudnia 2012 

 

Obecność baśni. O „Hobbicie” Petera Jacksona 

Nr 210 (2/2013) 15 stycznia 2013 

 

Temat tygodnia: SZLENDAK, MIKOŁEJKO, JACYNO: Wirtualny seks i demokracja 

Nr 243 (38/2013) 3 września 2013 

 

Rothko: bliźni, bardzo daleki. O wystawie w Muzeum Narodowym

Nr 38/2013, 10 września 2013 

 

Mesjasz w piekle Luizjany. O serialu „True Detective”

 Nr 271 (11/2014) 18 marca 2014 

 

Skradzione mity, nowe sny. Refleksje o filmie „Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy”

Nr 367 (3/2016) 19 stycznia 2016 

 

[Prawo do niuansu] Jak chrześcijanie zniszczyli cywilizację antyku? 

Nr 744 (15/2023) 14 kwietnia 2023 

 

Świat niedokonany. O książce „Burza i zwierciadło” Krzysztofa Mrowcewicza 

Nr 753 (24/2023) 13 czerwca 2023 

 

Żyjemy w godzinie przemijania. Rozmowa: Stanisław Obirek, Zbigniew Mikołejko i Jarosław Kuisz 

Nr 758 (29/2023) 18 lipca 2023 

 

TEMAT TYGODNIA: Czy Polska naprawdę będzie postchrześcijańska?

Nr 758 (29/2023) 18 lipca 2023 

 

TEMAT TYGODNIA: Incele są odtrąceni przez kobiety, jak Ken przez Barbie. Zbigniew Mikołejko w rozmowie z Katarzyną Skrzydłowską-Kalukin

Nr 760 (31/2023) 1 sierpnia 2023