Jak zakwalifikować gatunkowo „Tajnego agenta” Klebera Mendonçy Filho? Na pewno nie jest on – wbrew temu, co sugerowałby tytuł – filmem szpiegowskim. Wprawdzie jego bohater ma podwójną tożsamość i posługuje się fałszywym nazwiskiem, ale zdarza się to przecież nie tylko szpiegom. Akcja filmu rozgrywa się w 1977 roku, w czasach dyktatury wojskowej w Brazylii, i w pewnym stopniu można go traktować jako rozliczenie z tym brutalnym reżimem. Choć rozliczenie to przeprowadzone jest w odpowiadającej realiom konwencji politycznego thrillera, w „Tajnym agencie” nie należy jednak widzieć wyłącznie przedstawiciela tego gatunku (na dobrą sprawę film staje się thrillerem dopiero w trzeciej, ostatniej części), gdyż może to wytworzyć fałszywe oczekiwania, a potem wywoływać niepotrzebne zniecierpliwienie.

„Tajny agent” jest bowiem przede wszystkim bardzo osobistą i niepozbawioną akcentów nostalgii opowieścią o rodzinnym mieście reżysera, Recife, często odchodzącą od głównego, polityczno-sensacyjnego wątku. A do tego znajdziemy tu jeszcze elementy czarnej komedii. Filho wyraźnie nie chce tu formułować utrzymanego w jednostajnie poważnej tonacji aktu oskarżenia i okrasza fabułę absurdalnym humorem. Oto próbka dialogu: „Dlaczego ten telegram jest otwarty?” – „Telegram jest otwarty, ale nie został przeczytany” (Zupełnie jak Bill Clinton, który palił marihuanę, ale się nie zaciągał). Nie jest to zresztą takie niecodzienne czy oryginalne połączenie: systemy autorytarne produkują wiele nonsensów, zaś z drugiej strony: śmiech jest odruchem społecznej samoobrony, odtrutką na grozę sytuacji. Starsi widzowie, którzy pamiętają stan wojenny w Polsce – skądinąd nieporównywalnie łagodniejszy od rządów generałów w Brazylii – mogą na ten temat coś powiedzieć. „Tajny agent” jest więc mieszanką gatunkową (polityczny thriller, melancholijne wspomnienie, komedia absurdu), która nie wszystkim widzom musi smakować; po premierze filmu najczęściej wymienianym słowem było „dziwny”.

Niejasne zagrożenie

Armando (Wagner Moura, najlepiej znany z roli narkotykowego króla Pablo Escobara w telewizyjnym serialu „Narcos”), naukowiec i ekspert technologiczny, przyjeżdża w czasie karnawału do swojego rodzinnego Recife. Chce spotkać się z dziesięcioletnim synem Fernando, mieszkającym tu z rodzicami jego zmarłej żony, Fatimy (Alice Carvalho). Ucieka również przed jakimś nieokreślonym bliżej niebezpieczeństwem, mającym związek z wydarzeniami z jego przeszłości.

Po przyjeździe Armando znajduje schronienie w domu Dony Sebastiany (Tania Maria – fantastyczna!), drobnej staruszki o ptasiej twarzy i chrapliwym głosie, użyczającej gościny tym, którzy w ten czy inny sposób zadarli z systemem i wybierają się na emigrację. Energiczna gospodyni kontaktuje go z członkinią podziemnego ruchu oporu, Elzą (Maria Fernanda Cândido), która załatwia mu fałszywe dokumenty oraz pracę w urzędzie, zajmującym się – żeby było bardziej ironicznie – wydawaniem dowodów osobistych. Dla Armando – teraz już Marcelo – jest to nie tylko idealny kamuflaż, wtapiający go w otoczenie. Korzystając ze znajdującego się na terenie urzędu miejskiego archiwum, chce on też dowiedzieć się czegoś więcej o swojej matce, której nigdy nie poznał. Jego sytuacja życiowa poniekąd więc się stabilizuje: pracuje, odwiedza syna, romansuje niezobowiązująco z jedną ze współlokatorek. A tymczasem początkowo niesprecyzowane zagrożenie zaczyna się konkretyzować.

Materiały prasowe dystrybutora Gutek Film

Lekceważenie konwencji

Dziejący się w latach siedemdziesiątych „Tajny agent” stwarza niekiedy wrażenie, jakby go właśnie wtedy nakręcono: przypomina nieco amerykańskie „konspiracyjne” thrillery z tego okresu jak „Trzy dni kondora” [1975] Sidneya Pollacka czy „Syndykat zbrodni” [1974] Alana J. Pakuli. Podobieństwo to leży nie tylko w stylu (ach, te kadry podzielone na pół…), ale też w atmosferze tajemnicy, zamiłowaniu do zagadek, zbijaniu widza z tropu. Tyle że wymienione filmy trzymały się ziemi i wyznaczonych konwencją granic prawdopodobieństwa, brazylijski reżyser zaś nonszalancko je przekracza. W realistycznej narracji pojawiają się oniryczne wstawki, a w intrydze sensacyjnej – krzykliwe, „grindhousowe” efekty (film zapewne spodobałby się Quentinowi Tarantino); humor osiąga poziom surrealizmu. To zresztą dla Filho dość typowe – podobną żonglerkę konwencjami, lekceważenie zasad prawdopodobieństwa i bujność stylistyczną mogliśmy zaobserwować w jego wcześniejszym filmie fabularnym, dystopijnym westernie „Bacurau” [2019], gdzie nad wymazaną z mapy wioską pojawiały się talerze UFO. Zawsze się boję takich uogólnień, ale wydaje mi się, że w produkcjach z tego obszaru geograficznego (podobnie jak w literaturze iberoamerykańskiej) panuje pod tym względem większa śmiałość i dowolność niż w filmach powstających w tradycji hollywoodzkiej, nie mówiąc o europejskiej.

Najlepszym tego przykładem w „Tajnym agencie” jest nawiązujący do królującego wówczas na ekranach horroru Stevena Spielberga „Szczęki” [1975] wątek odgryzionej przez rekina i znalezionej w jego brzuchu męskiej nogi. Należała ona najprawdopodobniej do studenta, który naraził się władzom i został przez policję (albo przez płatnych zabójców: granica między tymi profesjami jest tu płynna) wrzucony do oceanu. Przez pewien czas znajdujemy się na realistycznym gruncie, ale wkrótce go opuszczamy: owa owłosiona kończyna wydostaje się nocą z kostnicy i brutalnie atakuje zbierających się w jednym z parków gejów.

Tak głosiła zresztą podobno ówczesna miejska legenda krążąca po Recife niczym dzisiejszy viral w internecie. Była ona też z upodobaniem podtrzymywana przez lokalną prasę, choć nie do końca wiadomo, z jakiego powodu. Czy dlatego, że tego rodzaju historie zawsze dobrze się sprzedawały? Czy po to, by tego rodzaju sensacyjnymi doniesieniami odwrócić uwagę społeczeństwa od realnie dokonywanej przemocy? A może przeciwnie: aby w zamaskowany sposób napisać o brutalności policji prześladującej mniejszości seksualne? Tak czy inaczej Filho rekonstruuje tę makabryczną historię z całą dosłownością, która może niektórych widzów irytować, bo zdaje się pochodzić z innego, bardziej fantazyjnego filmu.

Materiały prasowe dystrybutora Gutek Film

Spowszedniała przemoc, lęk i odwaga

Dotykamy tu kwestii przemocy, która w świecie „Tajnego agenta” jest zjawiskiem tak powszechnym, że właściwie już niedostrzeganym. W pierwszej scenie filmu Armando zajeżdża swoim żółtym volkswagenem garbusem na stację benzynową, przed którą leżą, przykryte niedbale kawałkami tektury zwłoki zabitego mężczyzny. Jednak właściciel stacji tak dalece przyzwyczaił się do widoku (i zapewne zapachu) rozkładającego się w słońcu denata, że w ogóle się nim nie przejmuje (szokujący obraz stanowi niezłą metaforę kraju, który zobojętniał na przemoc i nie dziwią go już żadne krwawe ekscesy). Na trupa nie zwraca uwagi nawet patrol policji drogowej, która się tam zjawia w chwilę po Armando: gliniarzy znacznie bardziej interesuje zawartość jego rzucającego się w oczy samochodu.

Dodajmy, że później Armando, już jako Marcelo, poznaje komendanta miejscowej policji, Euclidesa (Roberio Diogenes), osobnika wyjątkowo zdeprawowanego, który z nutą przechwałki w głosie informuje go, że dotychczasowa liczba ofiar karnawału (91) zapewne osiągnie wynik trzycyfrowy. Nietrudno się domyśleć, że podległe mu służby mają w tej statystyce znaczący udział: wykorzystują powstały podczas karnawału uliczny chaos do załatwiania prywatnych porachunków i likwidowania niewygodnych dla siebie osób.

Wszechobecna przemoc rodzi wszechobecny strach, który w „Tajnym agencie” jest niemal namacalny. Ludzie wydają się zalęknieni, spokorniali, ostrożnie ważący słowa, by nie powiedzieć o jedno za dużo. Są jednak nieliczni, którzy się tej atmosferze terroru nie poddają. To choćby Dona, która prowadzi swój nielegalny hostel. To Elza, która nie tylko pomaga Armando/Marcelo, ale także dokumentuje zbrodnie dyktatury. To jego były teść, Alexandre (Carlos Francisco), kinooperator w miejscowym kinie, który udostępnia jedno z pomieszczeń na spotkania politycznych „wichrzycieli”. To też inni, anonimowi dzielni ludzie, którzy tworzą wokół naszego bohatera niewidzialną sieć wsparcia.

Samemu Armando też nie można odmówić odwagi. Nie jest on bynajmniej typem buntownika, to człowiek z natury spokojny i łagodny, ale gdy trzeba, potrafi być twardy. W przeszłości, wraz z pracującą z nim Fatimą postawił się szefowi powiązanej z rządem korporacji energetycznej, Ghirottiemu (Luciano Chirolli), który w pewnym momencie zdaje się pełnić też funkcje wysokiego urzędnika ministerstwa. To człowiek tyleż potężny i wpływowy, co nikczemny; chciał podporządkować sobie i de facto zlikwidować prowadzony przez Armando zakład badawczy – na co ten stanowczo się nie zgodził. Tym samym film Filho składa wszystkim ludziom, którzy przeciwstawiali się skorumpowanej władzy – czy to frontalnie, czy też tylko na własnym zawodowym podwórku – cichy hołd.

Materiały prasowe dystrybutora Gutek Film

Janusowe oblicze rzeczywistości

Po premierze „Tajnego agenta” reakcje widzów były bardzo zróżnicowane; co ciekawe, w jego ocenach zarysował się wyraźny podział pokoleniowy. Młodsi często kręcili nosem, starsi zaś, weterani PRL-u, odnosili się do niego znacznie przychylniej. Cóż, bliższa ciału koszula: ci, którzy żyli w kraju opresji politycznej – nawet w wersji „light” – łatwiej się rozpoznawali w świecie „Tajnego agenta”, odnajdowali w nim „swojskie klimaty” oraz ślady własnych dylematów, na przykład: czy emigrować, czy zostać w kraju.

Trzeba też przyznać jego krytykom, że nie jest to film łatwy w odbiorze. Jego fabuła jest kapryśna, meandrująca, dygresyjna. Czasem zatrzymuje się na epizodach, które nie mają związku z głównym wątkiem, a służą wyłącznie charakterystyce sytuacji, na przykład gdy Marcelo podczas pracy w urzędzie przekonuje się, jak istotny jest w jego kraju podział na bogatych i biednych. Także sama konstrukcja filmu przypomina porozrzucane po podłodze klocki lego; sceny wydają się ze sobą niepowiązane i dopiero na końcu składają się elegancko w całość. A i tak nie wszystkie zagadki zostają rozwiązane (co się stało z Fatimą? zmarła czy zginęła? autor podsuwa tu różne tropy interpretacyjne) Mnie to nie przeszkadza, nie jest to w końcu ekranizacja Agathy Christie, ale widzowie, którzy lubią, aby wszystko zostało dokładnie wyjaśnione, mogą odczuwać pewien niedosyt.

Nie jest to film łatwy także i z powodu raptownych przeskoków w czasie, w różnych zresztą kierunkach. Oprócz śledzenia bieżącej akcji odbywamy tu wycieczki w przeszłość, na przykład w długiej retrospekcji, ukazującej okoliczności konfliktu Armando z Ghirottim. Ale film wybiega również naprzód, przeskakuje do współczesności, gdzie widzimy dwie młode dziewczyny transkrybujące nagrania ze starych kaset magnetofonowych, a sensu tego zajęcia początkowo nie znamy.

Wszystko to może powodować dezorientację widza. Jednak do pewnego przynajmniej stopnia jest to efekt zamierzony, zbliżający do ekranowej rzeczywistości, oddający jej naturę. Dezorientacja jest tu przecież stanem mniej więcej normalnym. Czy zdezorientowany, poruszający się po omacku nie jest sam bohater filmu? Filho zdaje się sugerować, że rzeczywistość w kraju pozbawionym wolnych mediów i opinii publicznej, gdzie ludzie skazani są na indywidualne domysły i zbiorowe plotki, jest mętna, zamglona, nieprzenikalna. Wszystko tonie w niejasnościach i niejednoznacznościach. Może być tak, może być inaczej. Czy kręcący się po domu Dony Leokadii kot o dwóch pyszczkach, patrzący jednocześnie w obie strony, nie jest symbolem janusowego oblicza rzeczywistości? Być może, ale i to nie jest pewne.

Materiały prasowe dystrybutora Gutek Film

Pamięć i nostalgia

„Tajnego agenta” można interpretować rozmaicie – chociażby jako film o przenikaniu się rzeczywistości, popkultury i społecznej mitologii. Dla mnie jednak jest to przede wszystkim opowieść o pamięci, o jej skradzeniu i odzyskaniu. O jej potrzebie i konieczności. Trzeba pamiętać – zdaje się mówić reżyser – i o bohaterach, i o ofiarach – zwłaszcza o tych, którzy zostali „zniknięci”, jak to kiedyś nazywano w innym, oddalonym od Brazylii i większym nawet od niej kraju. Jeśli ktoś zostaje zastrzelony przez wojsko podczas ulicznej demonstracji, pielęgnowanie o nim pamięci jest poniekąd łatwiejsze niż wtedy, gdy zostaje uprowadzony i zabity skrytobójczo – a jego najbliżsi nie wiedzą, co się z nim stało i nawet nie mają jednoznacznego dowodu, że nie żyje (o czym traktował, swoją drogą, zeszłoroczny brazylijski zdobywca Oscara, „I’m still here” Waltera Sallesa). Trzeba w ogóle pamiętać o tych podłych czasach, które wprawdzie minęły dawno, ale pozostawiły społeczeństwo w traumie, której skutki odczuwa do dziś. To, że jakaś historyczna epoka się skończyła, nie znaczy, że nie wpływa ona na współczesność: trujący jad potrafi wciąż działać.

Filho mówi o tym wprost w wywiadach, ale można to również wyczytać z samego filmu. Czuje się w nim lęk przed społeczną amnezją i gorycz, że przeszłość nie obchodzi nawet tych, którzy mają osobiste powody, by pamiętać (epilog filmu!). Nie chodzi przy tym tylko o wymiar polityczny tego procesu. Filho chciałby też zatrzymać to, co niszczeje i znika nie tylko wskutek świadomego wymazywania pamięci, ale samego działania czasu. Robi to zresztą nie po raz pierwszy. Jego poprzedni film, elegijny dokument pod znamiennym tytułem „Portrety duchów” [2023], opowiadał o zmieniającym się Recife. Koncentrował się on głównie na rodzinnym domu reżysera oraz smutnych losach dawnych, wspaniałych, pałacowych kin (takich jak to, w którym pracuje Alexandre), które albo poszły pod kilof, albo ich budynki zmieniły przeznaczenie – w każdym razie zostały zlikwidowane (podobnie jak warszawska Skarpa czy Moskwa). I kto wie: może gdyby nie „Portrety duchów”, „Tajny agent” w ogóle by nie powstał? Dokument ten z całą pewnością stanowił inspirację do napisania scenariusza tego filmu.

W „Tajnym agencie” reżyser odtwarza Recife swojego dzieciństwa (w 1977 roku był mniej więcej w wieku Fernando) z wielkim pietyzmem, skrupulatnością, detaliczną dokładnością. Oglądamy wielkie samochody na ulicach, ciężkie, ukryte pod plastikowymi pokrowcami maszyny do pisania, winylowe płyty, jajowate budki telefoniczne itp. Ta staranna rekonstrukcja przeprowadzona jest z miłością i czułością: Filho nie ukrywa okropności przedstawianego świata, ale pozwala też sobie na chwile nostalgii. Podobna ambiwalencja widoczna jest w postaci Armando/Marcelo. Odnajdujemy w nim ból po śmierci żony, melancholijny smutek, tłumioną wściekłość i jakieś ogólne znużenie życiem. Na marginesie dodam, że Moura doskonale sobie poradził z tą złożoną rolą i jego oscarowa nominacja (jedna z czterech, jakie „Tajny agent” otrzymał) wcale mnie nie dziwi. 

Nie dziwi mnie również nostalgia reżysera. Wyłaniające się z filmu nadmorskie Recife, port i kurort w jednym, wydaje się miastem bardzo pięknym – zapewne i „z natury”, i dzięki pracy scenografa Thalesa Junqueiry i operatorki, Jewgienii Aleksandrowej. Filho jakby delektował się jego widokiem, niespiesznie po nim przechadzał, co pewien czas zatrzymywał i uważnie przyglądał. Te momenty bezinteresownego zachwycenia – obok dygresyjnej fabuły, choć w mniejszym stopniu – odpowiadają za mamuci rozmiar filmu: 158 minut. Żadna z nich jednak nie wydawała mi się zbędna. 

Materiały prasowe dystrybutora Gutek Film

Film: 

„Tajny agent” [O agente secreto], reż. Kleber Mendonça Filho, Brazylia 2025.