Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > PRODEUS: Dno rodziny...

PRODEUS: Dno rodziny i szczyt jeziora [relacja z Festiwalu Berlinale]

Adriana Prodeus

Dno rodziny i szczyt jeziora

Znakiem tegorocznego festiwalu w Berlinie był jakiś rodzaj nieformalności, prostoty albo prymitywizmu, bez blichtru, ale też bez technologicznych ułatwień. Od sposobu organizacji – braku internetowego systemu rezerwacji i stania w kolejkach dla dziennikarzy, przez wybór miejsc projekcji (festiwal obejmował nawet najbardziej odległe kina, gdzie w budynku pośród blokowiska przechodziło się z eleganckiej, pustej dancingowej sali na rozdyskutowaną widownię, pękającą w szwach), aż do samych tematów filmów: kluczowych dla człowieka, związanych z „samym życiem” – rodziną, miłością, niewolą.

Sukces po rumuńsku: rodzinne grzęzawisko 

Tegoroczny zwycięzca, czyli „Poziţia copilului” – „Położenie dziecka” (czy „Dziecięce zachowanie”, jak tłumaczono inaczej tytuł, odsyłając do „Pozycji dziecka” w jodze), trzeci film w reżyserskiej karierze Calina Petera Netzera, jest dowodem na sukces kina małego, eksplorującego grzęzawisko rodzinnego ciepełka. Rodzina, w której nie można się rozwinąć, dojrzeć, gdyż istnienie podstawowej komórki jest ważniejsze niż poszukiwanie sensu na własną rękę, to temat uniwersalny pod każdą szerokością geograficzną. Tu jednak ściśle związany jest z miejscem, gdyż „patologiczny familiaryzm”, jak celnie określił go Jakub Majmurek, „stał się podstawową taktyką radzenia sobie z życiem po upadku starego porządku w postkomunistycznej Europie”. Rumuńskie kino od lat słynie z tego, że umie zrobić coś z niczego. Z najprostszych scen bez inscenizacji: w domu, w samochodzie, w szpitalu, potrafi zbudować kino odległe od banalności serialu, nic nie mówiącego realizmu. Słusznie znów zbiera najważniejsze laury, jak w 2007 r., gdy Cristian Mungiu zdobył Złotą Palmę w Cannes. Złoty Niedźwiedź za „Położenie dziecka” otwiera okno na świat Netzerowi, który napisał film we współpracy z Răzvanem Rădulescu, autorem scenariuszy najlepszych rumuńskich obrazów ostatnich lat: „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”, „Śmierci Pana Lazarescu”, „Wtorku, po świętach”, „Boogie” czy „Autobiografii Nicolae Ceauşescu”. Ten fakt jest lustrem dla polskiej kinematografii: mimo słusznych budżetów wciąż nie powstają u nas filmy tej klasy, ponieważ brakuje nośnych tekstów dla kina, które nie bałyby się psychologicznej głębi w przedstawieniu codziennych problemów i wymagałyby niemal dokumentalnego, ale pełnego lekkości aktorstwa.

Polska na Berlinale 

Wprawdzie aż dwa krajowe filmy z tegorocznego Berlinale wyjechały z nagrodami: „Baby blues” Katarzyny Rosłaniec w kategorii młodzieżowej Generation 14+, a „W imię…” Małgorzaty Szumowskiej z Teddy Award za najlepszy film o tematyce LGBT, ale nie znaczy to, że czas wieścić przełom w polskim kinie. Te wyróżnienia cieszą tym, że otrzymały je reżyserki, kobiety. Jednak pierwszym się zachwycać trudno – jest to film kostiumowy dla młodzieży, tzn. stylizacja zaprojektowana pod pretekstem nośnego tematu, bez zbliżenia się do dramatu młodych ludzi.

Drugi, którego premiera odbyła się właśnie w Berlinie, mija się z tematem. Pozornie prowokacyjny, niby chcący włożyć kij w mrowisko Kościoła katolickiego w Polsce, okazuje się w istocie asekuracyjny. Językiem gładkich, rozmarzonych obrazów opowiada nie o pożądaniu, lecz o miłości (skojarzonej z Chrystusem) dojrzałego mężczyzny-księdza do jednego ze swoich podopiecznych: milczącego, dzikiego chłopca. Niestety, między grającymi kochanków aktorami: Andrzejem Chyrą i Mateuszem Kościukiewiczem, nie ma napięcia, i to nie stan kapłański jest tu tabu, lecz różnica statusu społecznego. Scena seksualnego zbliżenia wydaje się zupełnie chybiona, niegejowska, lecz z jury LGBT nie wypada polemizować. W księdzu Adamie nie czuje się zmagania z wiarą, a jedynym przejawem kryzysu, przez jaki on przechodzi, mogą być pijackie rojenia. Oczywiście: jest to zarzutem wobec koncepcji filmu, a nie aktora, który swoje zadania wykonał znakomicie, oddając w postaci delikatność pomieszaną z mrokiem.

„W imię…” zniewala wizualnie kilkoma obrazami: nocną wyprawą z latarniami, gdzie widać ciemne kontury postaci na brzegu lasu, pod niebem okolonym zorzą. Albo zaskakuje sekwencją w dżungli kukurydzy: soczystej, egzotycznej gęstwinie, gdzie mężczyźni nawołują się jak dzikie małpy. Humor sytuacyjny i piękno kadru to cechy, z których reżyserka dotąd nie była znana. Także połączenie umiejętnie poprowadzonych aktorów-naturszczyków ze świetnie obsadzonym aktorem, Tomaszem Schuchardtem w roli drapieżnego, prowokacyjnego chłopaka, to krok w stronę kina swobodnego, bardziej impresyjnego.

Subiektywne nagrody: Tanović, Côté, Soderbergh

Uznanie jury zyskał Danis Tanović, reżyser pamiętnej „Ziemi niczyjej” (2001 r.), który tym razem pokazał „Epizod z życia zbieracza złomu” oparty na historii z życia współczesnej Bośni. Oto uboga rodzina, ledwo wiążąca koniec z końcem, konfrontuje się z bezlitosnym systemem służby zdrowia, według którego ciężarna kobieta może umrzeć, gdy nie posiada ubezpieczenia ani wysokiej kwoty na pokrycie kosztów operacji. Nakręcony kamerą z ręki, w bliskich planach i w reportażowym stylu „Epizod…” używa dokumentalnie prawdziwych imion postaci, jednocześnie unikając naturalizmu i z uwagą ukazuje frustrację i dumę małżeństwa walczącego o byt. Skupiona na obrazach zwyczajnych czynności – prania w balii, odśnieżania starego samochodu, pieczenia ciasta – opowieść Tanovića jest autentyczna i nie mając ambicji stawiania wielkich diagnoz, zostaje w pamięci.

20134827_1

Nagrodę za zdjęcia przyznałabym filmowi „Vic i Flo zobaczyły niedźwiedzia” Denisa Côté, laureata nagrody Alfreda Bauera. Trudno uwierzyć, że autorem pięknie skomponowanych, wyświeconych kadrów o głębokich, aksamitnych czerniach jest tu debiutant Ian Lagarde z Montrealu, który ma na swoim koncie ledwie kilka krótkich metraży i produkcji telewizyjnych. Chłodna, błękitna tonacja, dużo fakturalnej zieleni i bogactwo szczegółu stanowią tło dla posągowych postaci, tytułowych Vic i Flo, które zajmując dom dziadka na odludziu, próbują rozwiązać problemy w swoim związku. Fabuła jednak, jak chce reżyser, okazuje się nieważna: liczy się gęsta, zmysłowa atmosfera, momenty nieoczekiwanego humoru (jak w scenie zwiedzania muzeum lokomotyw) i perwersyjna fotogeniczność kobiecego cierpienia (oglądamy nie mogące się do siebie zbliżyć i przez to konające malowniczo bohaterki zakute we wnyki na niedźwiedzie po obu stronach leśnej drogi). Teledyskowe pomysły, takie jak ten, gdy kamera w zwolnionym tempie obserwuje więźniarki w milczeniu palące papierosy na spacerniaku, są przykładem tego, co dziś modne w kinie. Podobne, wideoklipowe sceny można zobaczyć w najnowszych polskich filmach: prywatkę w „Nieulotnych” czy nieudaną procesję Bożego Ciała u Szumowskiej.

Stylowym kinem gatunku pełnym atrakcji trzeba nazwać „Skutki uboczne” Stevena Soderbergha, który, co zaskakujące, nie otrzymał żadnej nagrody za ów udany thriller o farmakologii i kobiecej depresji. Film zagrany jest przez hollywoodzkie gwiazdy, takie jak: Jude Law, Rooney Mara, Channing Tatum, Catherine Zeta-Jones. W dialogach operuje ulubionym językiem filozoficznym reżysera i tryska ironią podczas rozważań o świadomości. Portretując postaci, skłania się do niewinnego szyderstwa (np. gdy oglądamy rozmowę telefoniczną kobiety po elektrowstrząsach). Leki, które mają pomóc bohaterce być sobą, usypiają ją i skłaniają do realizowania swoich skrytych dążeń. Soderbergh umiejętnie buduje dramaturgię zbrodni, co potwierdziło westchnienie całej widowni, gdy kobieta wpakowała mężczyźnie nóż w brzuch. „Jesteś ofiarą okoliczności i biologii” – słyszało się oglądając kolejne festiwalowe filmy, gdyż wątek kobiecy, podjęty przez Soderbergha, był na Berlinale niezwykle żywy.

Między cierpieniem a optymizmem: „Camille Claudel”, „Nadzieja”

Wart docenienia, czego nie potwierdza opinia juryjest „Camille Claudel, 1915” Brunona Dumonta, a Juliette Binoche należy się nagroda za główną rolę żeńską (otrzymała ją Paulina Garcia z chilijskiej „Glorii”). Statyczny portret rzeźbiarki, umieszczonej na ostatnie 29 lat w szpitalu dla umysłowo chorych, był wielkim wyzwaniem aktorskim, w którym Binoche wygrała, utrzymując ciągłe wewnętrzna napięcie. Kamera filmuje ją niekiedy tak blisko, że cały ekran jest fragmentem tej umęczonej twarzy, którą przecież tak dobrze znamy – widz jest katowany cierpiętniczym narcyzmem. Binoche, co podkreśla reżyser, uosabia Claudel tym bardziej, że rzeźbiarka, gdy zamknięto ją w szpitalu, była najbardziej znaną artystką Francji. Kontrast między Claudel obdarzoną ogromną wrażliwością a innymi pacjentami jest wielki . I o ile centralna figura się nie zmienia, o tyle rozwija się jej postrzeganie chorych: zaślinieni, agresywni, obrzydliwi w pierwszych scenach, zmieniają się w groteskowych, pełnych wdzięku (np. w scenie osobliwej mszy, afirmacji odprawianej przez jedną z pacjentek), by wreszcie rozbawić i wzruszyć, gdy bohaterowie grają „Don Juana”, próbując mówić o miłości. Wejście na szczyt wapiennej góry omiatanej wichrem czy scena pisania listu przez brata artystki to dowód wielkiego talentu Dumonta, jego niezależności od festiwalowych mód. W „Camille Claudel, 1915” przeprowadza, co dla niego typowe, krytykę instytucji Kościoła, zwracając uwagę na prawdziwy Kościół – miłość między ludźmi.

20137202_6

Bez nagrody z Berlina wyjechał też inny europejski mistrz, Ulrich Seidl, który domknął swój tryptyk „Raj” filmem „Nadzieja”. Po historii seksturystki w Kenii („Miłość”) oraz dewotki z misją nawrócenia („Wiara”) pokazał opowieść o pierwszej miłości dziewczynki do starszego mężczyzny – lekarza, które to uczucie rodzi się podczas obozu odchudzania. Choć Chociaż Seidl znów piętnuje społeczeństwo (w wątkach takich jak: kontrola, jakiej poddawane jest żeńskie ciało, gwizdek jako metoda komunikacji z młodzieżą), przedstawiając dzieci jako ofiary egoizmu dorosłych (w np. w pierwszej części trylogii, gdy córka telefonuje do matki, która świetnie bawi się na afrykańskich wczasach), to chętniej niż dotychczas pozwala sobie na optymizm. Owinięta w koc Mellie idzie na schadzkę z lekarzem w lesie, lecz tylko się do niego przytula, szukając rodzicielskiego ciepła. Małoletnie grubasy z wypiekami rozmawiają o seksie i niezdarnie wykonują ćwiczenia podczas zajęć sportowych. Przewroty na materacu gimnastycznym robią wrażenie wymyślonych tylko dla slapsticku. Kiedy zaś cichną nastoletnie chichoty, Seidl nie pastwi się nad straconym pokoleniem. Czy więc daje mu szansę? To bodaj najjaśniejszy film w jego karierze.

Koniec kina

Poparcie Berlinale zyskał irański dysydent Jafar Panahi. Przed seansami jego filmów protestowano z powodu nieobecności reżysera i niesprawiedliwego, ciążącego na nim wyroku. Skazany na sześć lat więzienia za antyrządową propagandę zrealizował „This is not a film”, przemycony dwa lata temu na pendriwie do Cannes. Teraz również zrobił bardziej symbol niż film. „Za zasłoniętą kurtyną” drąży sytuację aresztu, w którym jego twórczość uosobiona jest w dwóch postaciach: scenarzysty Kamboziya Partovi, z którym wspólnie napisał swój świetny „Krąg”, oraz tajemniczej uciekinierki, muzy (Maryam Moghadam), usiłującej otworzyć ślepą przestrzeń na światło. Duchy twórczości uwięzione w domu reżysera nie mogą się jednak z nim spotkać, mimo że sam Panahi też jest w nim obecny. „Za zasłoniętą kurtyną” jest dowodem klęski, tego, że kino umiera w skrajnym ograniczeniu, w niewoli, że zdaniem autora filmów kręcić się nie da. Na ile zaś obecność jego dzieła na jednym z największych światowych festiwali jest listkiem figowym irańskich władz, trudno powiedzieć. Jury wyznanie artysty wydało się wiarygodne, skoro nagrodziło go właśnie za scenariusz – historię osnutą wokół bezruchu, ciemności, poczucia zagrożenia.

O końcu kina mówiła też Isabel Coixet w prezentowanym poza konkursem, w sekcji Panorama, obrazie „Jutro nigdy się nie kończy”. Nakręciła swój film w jednym budynku, w betonowej, opuszczonej architekturze – ni to wymarłym biurowcu, ni to garażu, ni to wielkiej brutalistycznej rzeźbie. Kameralna historia opiera się na relacji dwojga dawnych małżonków (znakomite, wymagające role Candeli Peñy i Javiera Cámary), których rozrachunki, wyrażone słowem i gestem, ukazane w teatralnej manierze, toczą się na wielkim cmentarzu. I choć sytuacja reżimu w Iranie i w trawionej kryzysem Hiszpanii są nieporównywalne, ja nagrodziłabym właśnie Coixet za scenariusz o uczuciowej apokalipsie w upadłym kraju, w niedalekim już roku 2017.

20131531_1

Na zakończenie: kino czy telewizja?

Zachwycająca podczas Berlinale okazała się projekcja sześciogodzinnego „Szczytu jeziora” Jane Campion, pokazywanego jako wydarzenie specjalne, a zrealizowanego jako miniserial dla telewizji. Można powiedzieć, że stanowi on uzasadnieniem debaty: „kino czy telewizja” toczącej się od kilku lat. Kino i telewizja spotykają się w nim w formie idealnej. Może ta niefestiwalowa długość seansu, pozwalająca głęboko zanurzyć się w historię i zbudować wielostronne postaci, a może fakt, że reżyserka, aktorzy i inni twórcy siedzieli podczas projekcji razem z publicznością, wyzwoliły silne emocje i wzruszenie. Świat, jaki znamy z filmów autorki „Fortepianu”, „Anioła przy moim stole” czy „Sweetie”, zyskał teraz przedłużenie w wielogodzinnej filmowej powieści, toczącej się wśród nowozelandzkiej przyrody zamieszkiwanej przez długowłose staruszki, mężczyzn o wytatuowanych twarzach, tajemnicze, milczące dzieci, których łączy kryminalna intryga (trochę niedzisiejsze śledztwo prowadzi detektyw Elisabeth Moss – w tej roli Robin Griffin, przypominająca Gillian Anderson z „Archiwum X”). Obraz wyreżyserowany wspólnie przez Campion i debiutującego Gartha Davisa, a napisany też wraz z Gerardem Lee, scenarzystą „Sweetie”, świetnie się ogląda. Ulubiona aktorka Campion, czyli Holly Hunter jako GJ – kobieta guru, przewodzi osadzie kobiet po przejściach, zwariowanych hipisek, w której odreagować można traumy z relacji z mężczyznami (i nie tylko, także np. wieloletni związek z gorylem), schronić się po utracie pracy, a także uciec przed toksyczną sytuacją w domu. Ten właśnie wątek wchodzenia w świat z rodziną inną niż własna, potrzeby życia na własne konto, jest może najmocniejszą refleksją z tegorocznego Berlinale. Alternatywa, jaką zbudowała Campion w „Szczycie jeziora”, jest wyjściem z rodzinnego piekła.

TOP OF THE LAKE

* Adriana Prodeus – autorka książki „ Themersonowie. Szkice biograficzne”, pisze o sztuce i filmie m.in. w „Kinie”, „Filmie”, na portalu dwutygodnik.

** Ilustracje pochodzą z materiałów prasowych festiwalu Berlinale.  

„Kultura Liberalna” nr 215 (8/2013) z 19 lutego 2013 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ
(7/2013)
19 lutego 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj