W tym filmie wszystko jest nietypowe i niecodzienne. Nietypowy jest wiek debiutującego nim reżysera – gdy Parsons nad nim pracował, miał zaledwie 20 lat! A nie jest to półamatorski „indie”, nakręcony przez ambitnego nastolatka i jego licealnych kolegów, stoi za nim jedno z poważnych studiów hollywoodzkich, zwykle niechętnie powierzających duże pieniądze takim młokosom. W tej kategorii Parsons pobił dotychczasowy rekord należący bodaj do Johna Singletona, który „Chłopaków z sąsiedztwa” nakręcił w wieku 23 lat.
Niecodzienny jest też jego sukces frekwencyjny i kasowy. Nawet nie to, że przy relatywnie niskim budżecie (10 milionów dolarów) przyniósł 360 milionów zysku, bo historia kina notuje podobne przypadki. Ale ważniejsze, że przyciągnął przed ekrany głównie młodych widzów, na których producenci i dystrybutorzy postawili już krzyżyk, twierdząc, że wolą półminutowe filmiki na TikToku od dwugodzinnych fabuł. A tu niespodzianka.
Nietypowa jest również historia jego powstania. Wszystko bowiem zaczęło się od zdjęcia zamieszczonego na jednym z amerykańskich forów internetowych w 2002 roku (a więc przed narodzinami reżysera) przedstawiającego sklep meblowy w trakcie remontu, z paskudnie żółtymi tapetami, beżową wykładziną i nieco upiornym, jarzeniowym światłem. Fotografia stała się inspiracją dla niezliczonych internautów, którzy zamieszczali w sieci podobne w swoim dziwnym, niepokojącym klimacie zdjęcia, posty i memy, co doprowadziło do powstania wokół obiektu specyficznej internetowej legendy. W 2021 roku szesnastoletni wówczas Parsons na podstawie rozproszonych pomysłów nakręcił krótkometrażowy film „The Backrooms (Found Footage)” i zamieścił go na swoim kanale w YouTubie. Stał się on viralową sensacją, dając początek ponaddwudziestoodcinkowemu serialowi internetowemu. Jego popularność z kolei (80 milionów wyświetleń) sprawiła, że studio A24 postanowiło wyprodukować długometrażową wersję, powierzając reżyserię samemu Parsonsowi. A dalej jak w bajce: film odniósł fenomenalny sukces, choć jego twórca nie mógł go oblać szampanem, bo był na to za młody.
Niewydarzony handlarz mebli i psychoterapeutka z problemami
„Backrooms” zaczyna się od krótkiego filmiku, nakręconego kamerą VHS charakterystyczną dla czasu jego powstania: jest rok 1990, na ekranie pojawia się ciężki, masywny komputer, biurko zarzucone dyskietkami, kasety magnetofonowe itp. Widzimy mężczyznę eksplorującego tajemniczą krainę pustych pomieszczeń, który odłączył się od grupy pozostałych badaczy i najwyraźniej zgubił. Teraz szuka kolegów, nawołuje ich, jest coraz bardziej spanikowany, słychać jego kroki i przyśpieszony oddech. W pewnym momencie dostrzega kogoś/coś przerażającego, próbuje przed tym czymś/kimś uciec… Nie wiem, czy jest to jeden z wcześniejszych filmików Parsonsa, który zwrócił uwagę szefów A24 na młodziutkiego reżysera, czy został on specjalnie nakręcony na potrzeby „Backrooms”, w każdym razie stanowi niezłe wprowadzenie w jego klimat.

Potem następuje główna część filmu. Jego bohaterem jest Clark (Chiwetel Ejiofor), niespełniony architekt, a obecnie właściciel bardzo kiepsko prosperującego sklepu meblowego o nazwie Imperium Osmańskie Kapitana Clarka, znajdującego się w podupadłym centrum handlowym. Równie nieciekawie przedstawia się jego życie osobiste: Clark ma widoczny problem z alkoholem, żona niedawno wyrzuciła go z domu, nocuje więc w swoim zastawionym tandetnymi kanapami i fotelami miejscu pracy. Chodzi też regularnie do psychoterapeutki Mary (Renate Reinsve). I z pewnością nie jest łatwym pacjentem: to człowiek wybuchowy, wypełniony poczuciem krzywdy i wściekłością, szukający przyczyn swoich życiowych niepowodzeń wszędzie poza sobą. Sama Mary skądinąd też wydaje się wymagać pomocy jakiejś swojej koleżanki po fachu – nie może poradzić sobie z traumą dzieciństwa, związaną ze zburzeniem jej rodzinnego domu i agorafobią matki.
Wróćmy do Clarka. Pewnej nocy, śpiąc jak zawsze w piwnicy swojego salonu wystawowego, dostrzega dziwne światło dochodzące zza ściany. Co jeszcze dziwniejsze – udaje mu się przeniknąć przez nią niczym duch i w ten sposób wkracza do backrooms, niekończącego się labiryntu ogromnych pustych pomieszczeń. Choć jest to rzeczywistość wyglądająca groźnie i złowieszczo, Clark wydaje się nią zafascynowany i ponawia do niej wyprawy. Robi to wręcz kompulsywnie, jakby wierzył, że znajdzie tam rozwiązanie swoich życiowych problemów. Ale gdy z wielką ekscytacją opowiada o tym Mary, ta – czemu trudno się dziwić – mu nie dowierza.
Aby mieć twardy dowód, że nie padł ofiarą własnych urojeń, Clark nakłania zatem swoją asystentkę Kat (Lukita Maxwell) i jej zaopatrzonego w kamerę chłopaka Bobby’ego (Finn Bennett), aby weszli z nim do backrooms i je sfilmowali. Wyprawa nie całkiem przebiega zgodnie z planem (oględnie mówiąc), a wkrótce także i Mary trafi do tego tajemniczego świata. I to ona od pewnego momentu staje się główną bohaterką filmu.
Horror liminalny, czyli czego się boimy
Tytułowe backrooms to gigantyczne pokoje przypominające nieużywane pomieszczenia biurowe, z podwieszonymi sufitami, brzydkimi wykładzinami i natrętnie brzęczącymi świetlówkami. W większości są puste, ale w niektórych znajdują się meble – tyle że dziwnie ze sobą połączone. Albo spiętrzone pośrodku pokoju niczym barykada, albo zawieszone, wbrew prawom grawitacji, u sufitu. Pojawiają się też inne elementy, zupełnie niepasujące do zamkniętego wnętrza – jak odwrócony, jakby oglądany w lustrze drogowy znak stop. Oprócz pokojów są tu również niekończące się korytarze i drzwi prowadzące donikąd. Widzimy też ślady wcześniejszej ludzkiej obecności: słyszymy nagranie powitalne recytowane w kilkunastu językach, widzimy zamontowaną kamerę monitoringu itp.

Film Parsonsa można określić jako pierwszy „horror liminalny”, gdyż stanowi najpełniejszy jak dotąd wyraz internetowej fascynacji tak zwanymi liminal spaces. Owe „przejściowe” przestrzenie to na przykład opustoszałe wnętrza centrów handlowych, puste biura, wyludnione poczekalnie – wszelkie pomieszczenia, które normalnie są wypełnione ludźmi, ruchem, życiem, a teraz nikogo w nich nie ma. Swoim wyglądem i panującą w nich pustką wywołują nieokreślony niepokój, choć skala emocjonalnych reakcji jest bogatsza. Mają w sobie melancholię, wytwarzają też poczucie znikomości: gdy pojedynczy człowiek znajdzie się w przestrzeni zaplanowanej na wielki tłum, wydaje się sobie bardzo mały. „Liminalnymi przestrzeniami” mogą być też miejsca, które są znajome, swojskie, ale jest w nich coś obcego, coś co do nich nie pasuje. To również potrafi wzbudzić niepokój.
Ta ponura sceneria jest pierwszym źródłem lęku, z jakim oglądamy naszych bohaterów błąkających się po tych wszystkich wielkich pokojach i długich korytarzach. Czy w nich nie zabłądzą i nie zgubią się?
Czy te rozległe wnętrza nie okażą się śmiertelną pułapką, z której nie można się wydostać? Zdecydowanie nie poleca się filmu osobom cierpiącym na klaustrofobię.
Ale jest tu i drugie źródło lęku, dodatkowe, bardziej tradycyjne. Po obejrzeniu wstępnego filmiku wiemy już, że czai się w nich Zło, które wcześniej czy później zaatakuje. Że w tym współczesnym labiryncie przebywa jakiś Minotaur ukryty za rogiem.
Magazyny podświadomości i siła rutyny
Gdy Clark opowiada sceptycznej Mary o świecie, który ujawnił się za ścianą jego sklepu, w pewnym momencie stwierdza z rezygnacją, że przypomina to „opisywanie psa komuś, kto nigdy psa nie widział, a potem proszenie go, żeby go narysował”. Z grubsza będzie się zgadzało, ale o szczegółach lepiej nie wspominać. To świetne sformułowanie, które w jakimś stopniu (bo analogia jest jednak odległa) odnosi się również do prób opisu samego filmu.
Czym są – w głębszym sensie – backrooms i o czym właściwie jest ten film? Trudno na to jednoznacznie odpowiedzieć. Jego pomysł wyjściowy jest bardzo prosty, a z reguły im koncepcja prostsza, tym więcej rozmaitych odczytań.
W końcu żaden obraz nie obrósł chyba tyloma interpretacjami co „Czarny kwadrat na białym tle” Kazimierza Malewicza. „Backrooms” też jest na nie szeroko otwarty. Tu każdy może zobaczyć, co chce – jak na ekranie do wyświetlania naszych projekcji.
Odruchowa odpowiedź, która się narzuca: jest to film o lęku i samotności, których doświadcza generacja Z (to, że główny bohater jest o dwa pokolenia starszy, nie ma znaczenia). I których metaforą jest bezdomność: nie jest chyba przypadkiem, że Clark został przegoniony z domu, a dom Mary został zburzony.
Inne, pokrewne odczytanie: te dziwne przestrzenie są magazynami podświadomości bohaterów, w których przebywają – albo są wypuszczane na wolność – ich własne, osobiste demony. Potwory, które pojawiają się pod koniec filmu, nie pochodziłyby ze świata zewnętrznego, byłyby wyhodowane przez nich samych. Straszyliby zatem niejako samych siebie.
Można też jednak odczytywać „Backrooms” w duchu bardziej społecznym, nie indywidualnym. Gdy widzimy żałosny salon meblowy Clarka, podupadłe centrum handlowe, ogromny, pusty parking, nasuwa się myśl o zawiedzionych nadziejach konsumpcyjnych i obietnicy dobrobytu, która nie została spełniona. Czy Parsons daje tu obraz rozczarowanej Ameryki – a może tylko swojej niezadowolonej generacji?
Można przy okazji filmu mówić też o niedoskonałym mechanizmie pamięci, a nawet o obawach związanych z AI.
Może jednak nie ma co kombinować i należy po prostu zawierzyć interpretacji, którą, skądinąd dość natrętnie, podsuwa nam sam autor filmu. W pewnym momencie wkłada w usta Mary słowa o tym, że tkwimy w behawioralnych „pętlach”, mamy swoje stałe nawyki i bezmyślnie powtarzane schematy zachowań, które sprawiają, że nie osiągamy swoich celów, a kręcimy się w kółko. Psychoterapeutka w reklamie swojego poradnika ostrzega więc przez popadaniem w rutynę, powielaniem wciąż tych samych błędów, uporczywym trzymaniem się nieskutecznych wzorców postepowania itd.
Co ciekawe, dotyczyłoby to obojga naszych bohaterów. Z pewnością opis pasuje do Clarka, uwięzionego we własnych urazach, oszukującego w sposób typowy dla nałogowca samego siebie, brnącego wciąż w tę samą koleinę interpretacyjną swojej życiowej porażki. Czy jednak mądra rada, którą wygłasza Mary, także i jej by się nie przydała? Czy nie jest ona przysłowiowym szewcem, który bez butów chodzi? Nie potrafi się przecież rozstać z własną przeszłością, w której przebywała w zamknięciu z chorą psychicznie matką.
Czyżby „Backrooms” był zatem filmem o ludziach niezdolnych do zmiany, która jako jedyna mogłaby ich uratować?
Sugestywna atmosfera i niejasna fabuła
Najwyższy już czas, abym określił swój stosunek do tego filmu. Powiem szczerze: uczucia mam mieszane. Nie zachwyca mnie (choć zdaję sobie sprawę, że nie jestem jego widzem docelowym), ale muszę przyznać, że jest to rzeczywiście coś nowego, coś innego, coś, czego w kinie nie widziałem. Parsons jakby posłuchał nauk Mary, która nakazuje uciekać od wyuczonych schematów i rzeczywiście radykalnie odchodzi od konwencji horroru – a może tylko pomysłowo i oryginalnie je modyfikuje? Ale „tylko” to nie jest tu mało.
Przyznam też, że nie lubię slasherów, lania kubłów krwi na ekran, a zdecydowanie wolę horrory, w których nad proste straszenie przedkłada się atmosferę, operuje niejasnym zagrożeniem, działającym na wyobraźnię widzów i czyniącym z nich niejako współtwórców filmu. „Backwoods” należy właśnie do takich horrorów. Jest tu bardzo niewiele drastyczności, przerażających efektów i „strasznych” zaskoczeń. Dla niektórych widzów będzie to wadą.
Ta godna pochwały powściągliwość, zwłaszcza u twórcy tak młodego, ma bowiem swoją cenę. Wiara w sugestywność samej atmosfery sprawia, że kolejne wyprawy w głąb labiryntu wydają się coraz bardziej monotonne – i to mimo że jest coraz więcej sygnałów o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Jak długo można bowiem, mówiąc potocznie, „jechać na klimacie”? Jeśli o mnie chodzi, można bardzo długo, ale dla mniej cierpliwych widzów, albo takich, którzy potrzebują silniejszego bodźcowania, film może okazać się po prostu nudny.
Parsons jednak nie po to buduje atmosferę zagrożenia, aby się ono w końcu nie zmaterializowało – nie można w trzecim akcie nie zdjąć szabli ze ściany zawieszonej tam w akcie pierwszym – i, jak wspomniałem, wprowadza do akcji potwory, próbujące dopaść bohaterów, jak w „normalnym”, mainstreamowym horrorze. Było to nieuniknione, ale efekt jest taki, że najpierw wchodzimy w hipnotyczny trans, a potem budzimy się na dobrze sobie znanym terenie.
Godna podziwu jest natomiast konsekwencja formalna filmu, co jest głównie zasługą scenografa i operatora, którzy potrafili wspólnie wyczarować obrazy spójne stylistycznie, nieco oniryczne, przypominające dzieła surrealistów. Warto też zaznaczyć, że operator czuje się równie pewnie w dwukrotnie tu zastosowanej konwencji „znalezionego przypadkiem filmu” kręconego z punktu widzenia zagubionego w labiryncie nieszczęśnika. Bardzo sugestywna jest również ścieżka dźwiękowa, a to w horrorach tego typu element podstawowy.
Bardzo sprawnie przebiega też przechodzenie między poszczególnymi przestrzeniami, co można zapisać tak na konto montażysty, jak i reżysera. Parsons należy do pokolenia wychowanego na grach komputerowych, dla którego portal prowadzący do alternatywnej rzeczywistości jest czymś tak oczywistym i normalnym jak dla nas drzwi między przedpokojem a kuchnią. Stąd zapewne naturalna łatwość i swoboda, z jaką przemieszcza się pomiędzy różnymi rzeczywistościami, często będącymi zdeformowanymi wersjami samych siebie.

Wszystko powyżej stanowi niewątpliwe atuty filmu. Ale z drugiej strony: fabuła pozostaje niejasna i dezorientująca, czego jedyną (i uboczną) korzyścią jest interpretacyjne bogactwo filmu. Zawiera też elementy, których zrozumienie wymaga chyba znajomości wcześniej powstałego serialu. Kim jest mężczyzna w laboratoryjnym fartuchu (Mark Duplass), który śledził wydarzenia z bezpiecznego dystansu, a na końcu staje się niemal centralną postacią całej historii? Zapewne naukowcem z Async Research Institute, badającego przestrzenie backrooms, ale chyba głównie zwiastunem przyszłego sequela, który przy takim sukcesie oryginału jest po prostu nieuchronny.
Także główne postacie są raczej jednowymiarowe. Clark jest definiowany niemal wyłącznie przez frustrację i wściekłość, Mary – przez zniewolenie przeszłością; gdy nie wysłuchuje zwierzeń Clarka, siedzi samotnie w mieszkaniu, wspominając dzieciństwo. Oboje są wyjęci z szerszych społecznych kontekstów i odcięci od jakichkolwiek międzyludzkich relacji – tak jakby nie mieli niczego poza pracą. Całe szczęście, że odtwarzający ich Ejiofor i Reinsve są znakomitymi profesjonalistami, potrafiącymi tchnąć życie w niespecjalnie ciekawe role.
Ale może niedowład fabuły i jednowymiarowość postaci nie mają tu znaczenia? Może ten film jest czymś tak osobnym i odmiennym, że tradycyjne kryteria oceny nie mają wobec niego zastosowania? Tak czy inaczej, jest swoistym paradoksem, że internet, który jest obwiniany o powolne zabijanie kina, dostarczył mu tak utalentowanego autora. Może w przyszłości nie tylko w horrorze, który akurat od ładnych kilku lat ma się bardzo dobrze (także dzięki podobnym debiutantom), ale i w innych gatunkach pojawi się ktoś stamtąd?
Film:
„Backrooms”, reż. Kane Parsons, USA–Kanada 2026.