[Uwaga do Czytelników: tekst zawiera spoilery]

 

„Ojczyzna” to poniekąd spełnienie wyrazistego filmowego stylu Pawlikowskiego – nie tylko jako zwieńczenie powojennej trylogii, budowanej przez „Idę” [2013]  i „Zimną wojnę” [2018]. W spełnieniu tym nie chodzi jedynie o wizualną spójność z poprzednimi filmami dzięki wysmakowanym czarno-białym zdjęciom Łukasza Żala czy samą precyzję filmowego opowiadania – zadziwiająco gęstego scenariusza jak na relatywnie nierozpasany metraż filmu. Spójności można dopatrywać się przede wszystkim w osobliwym sposobie oddziaływania filmu – o ile sama projekcja przebiega w duchu swoistego emocjonalnego wychłodzenia i może pozostawiać niedosyt, właściwy film wyłania się poniekąd dopiero po jej zakończeniu, kiedy docierają najważniejsze pytania, jakie zostały w nim podskórnie zawarte –niekoniecznie znajdując odpowiedź. Pawlikowski jest poniekąd mistrzem formalnej oszczędności i niedopowiedzenia; być może to, co najważniejsze w jego historiach, pozostaje nienazwane wprost. „Ojczyzna” jest na tle wcześniejszych filmów o tyle szczególna, że swoim tematem czyni poniekąd taką właśnie postawę artysty – stając się swoistą metarefleksją nad samym sensem tworzenia sztuki – zwłaszcza w okresach, kiedy zdaje się ona skazana na przegraną z okrucieństwem historii. 

Zagadka Tomasza Manna

Z pozoru towarzyszymy tu w kameralnej historii podróży Tomasza Manna do powojennych Niemiec z okazji dwustulecia urodzin Goethego. Przez podróż tę prowadzi nas – nie tylko dosłownie, jako kierowca auta i asystentka ojca, ale też emocjonalnie – jego córka Erika (znakomita Sandra Hüller): to przede wszystkim w niej odbijają się napięcia tej podróży. Trosce o starzejącego się ojca towarzyszy lęk o brata Klausa, który odrzucił pomysł powrotu do ojczyzny – także ze względu na napięte relacje z Tomaszem. To ona towarzyszy ojcu zarówno podczas bankietów, na których jest fetowany jako klasyk niemieckiej literatury, jak i podczas konferencji prasowej, kiedy brany jest przez dziennikarzy w krzyżowy ogień pytań. To ona stoi przy nim, gdy stawiane są mu zarzuty niedostatku solidarności ze społeczeństwem pogrążających się w nazizmie Niemiec, z których wyemigrował w 1933 roku (do Szwajcarii, a następnie Stanów Zjednoczonych). To ona wydaje z siebie krzyk rozpaczliwego gniewu, gdy zza hotelowego okna słyszy wojenne przyśpiewki niemieckich żołdaków. To ona cierpliwie czeka po zapukaniu przed drzwiami ojca na moment, kiedy pozwoli jej wejść, a potem cierpliwie wysłuchuje przygotowywanego przez niego wystąpienia. To tylko ona wreszcie zareaguje emocjonalnym wstrząsem na wiadomość o samobójstwie brata, którą ojciec przekazuje jej chłodno i zdawkowo, nie okazując jej żadnego gestu czułości. 

Największą zagadką filmu staje się decyzja Manna, by po porażającej informacji o śmierci syna nie przerwać podróży i po wizycie we Frankfurcie nad Menem udać się dalej, do wschodnich Niemiec, gdzie w Weimarze ma odebrać drugą nagrodę Goethego. Co stoi za postanowieniem, by kontynuować podróż pomimo osobistego kosztu – rozproszenia rodziny w momencie radykalnego kryzysu? Podróż na drugą stronę Niemiec stanie się poniekąd przewidywalną powtórką – lustrzanym odbiciem tego, czego Mann doświadczył w Niemczech Zachodnich. Czekają go tam podobne ceremonie, choć w innej ideologicznej oprawie: o ile na Zachodzie próbowano go dokooptować do misji szybkiego zapominania o nazistowskiej przeszłości (choćby przez przymilanie się do niego wnuków Ryszarda Wagnera, wypierających wstydliwą pamięć o niedawnych fanach muzyki przodka), na Wschodzie czekają go pompatyczne akademie skandujących jego imię dzieci i podchody mefistofelicznego oficjela nowego porządku, próbującego przekonać Manna do marksistowskiej wykładni spuścizny Goethego. Po obu stronach zdaje się panować ten sam pozorny optymizm wojennej odbudowy, kontrastujący z krajobrazem ruin, które Mann ogląda zza okna. Po obu stronach napotyka na różne odmiany rozpasanego materializmu (konsumpcyjnego na Zachodzie, historycznego na Wschodzie), mające się nijak do dziedzictwa niemieckiego idealizmu. Po obu stronach wygłasza on to samo przemówienie o wielkości Goethego, który po obu stronach będzie zawłaszczany przez panujące tam ustroje; po obu Mann pozostanie tak samo wyobcowany, niezdolny odnaleźć domu w krainach pod patronatem Myszki Mickey i Stalina. 

Czy cała ta podróż jest okropnym pomysłem, jak przyznaje w pewnym momencie Erika? Czy ma ona stać się okazją do obnażenia próżności artysty oczekującego hołdu w obu niemieckich państwach? Czy jest to raczej wiwisekcja emocjonalnego wychłodzenia patriarchy, który apostrofę do Goethego stawia ponad więzi rodzinne? Na jaki efekt liczy Mann, podejmując tę misję – czy spodziewa się czegokolwiek poza instrumentalizacją swojego statusu przez spolaryzowane Niemcy? Czy nie przewiduje swojej porażki w roli publicznego intelektualisty, który zamiast wypełniać rolę sumienia narodu stanie się raczej zabawką politycznych ideologów? Czy jest to świadectwo naiwności artysty – w swoim mniemaniu arystokraty ducha, który opuszcza na chwilę swoją wieżę z kości słoniowej?

Znalezienia odpowiedzi na te pytania nie ułatwia sama postać Manna, zagranego przez Hansa Zischlera w zastanawiająco stonowany i małomówny, wręcz wychłodzony sposób. Zagadką pozostaje to, co dzieje się w nim, gdy przez okna auta przygląda się ruinie powojennych Niemiec – w sekwencji osobliwie onirycznej, przypominającej wrzucenie w scenerię koszmaru. Jego twarz, o wystudzonej mimice, pokazana w szerokim planie nawet w najbardziej dramatycznym momencie informowania o śmierci syna, przypomina swoistą maskę – pokrewną pośmiertnej masce Goethego, którą oglądać będzie w weimarskim muzeum. Czy Mann występuje tu zatem w roli żywego pomnika, powoli godzącego się ze swoim przemijaniem? Czy przyjmuje rolę stania się tylko symbolem – jak też sam opisuje w przemowach los Goethego w niemieckiej kulturze? Ta zamrożona twarz-maska okazuje się paradoksalną siłą enigmatycznej postaci Manna – otwiera możliwości projektowania na pisarza interpretacji różnorodnych znaczeń, których doświadcza wrzucony w spolaryzowany, postapokaliptyczny świat, którego niegdyś był częścią. Być może to cisza jest kluczem do zrozumienia dramatu, który się w nim rozgrywa. 

„Ojczyzna”, reż. Paweł Pawlikowski, fot. Agata Grzybowska, materiały prasowe dystrybutora, Kino Świat.

Pochwała daremnego gestu

Jednym z kluczy do wyobrażenia sobie przeżyć Manna w 1949 roku mogą być radiowe przemówienia, jakie comiesięcznie przygotowywał w Stanach Zjednoczonych dla niemieckich słuchaczy na zaproszenie BBC od listopada 1940 roku do zakończenia wojny. Na ich tle podróż sportretowana przez Pawlikowskiego jest tym bardziej nieoczekiwana, że w ostatnim z wygłoszonych przemówień, z 8 listopada 1945, Mann zarzeka się, że nie szuka powrotu z Ameryki do spustoszonych powojennych Niemiec: „Po co? Aby samemu ulec spustoszeniu, to jest najpierw zakosztować ceremonii powitalnych, jako ten, kto dokonał słusznego wyboru, co bynajmniej nie jest przyjemną rolą. Następnie stanąć na czele jeszcze całkiem dla mnie niejasnego, nowo niemieckiego ruchu duchowego, z zapałem rzucić się w działalność polityczną i, rychło sterawszy siły, wyczerpany, podejrzany zarówno stronie niemieckiej, jak władzom okupacyjnym, z formułką wszystkich głupców: «Przecież chciałem dobrze», smętnie skończyć jak głupiec. Nie chcę zgłębiać, ile podstępu, ile skrywanej radości destrukcji kryje się za tą ponętną propozycją” [s. 207]. Mann spodziewa się pułapki uwikłania w zaangażowanie polityczne – choćby prowokacji do wyrażenia oporu wobec restrykcji stosowanych przez władze okupacyjne powojennych Niemiec, przez co skłaniany byłby do obrony dziedziców narodowego socjalizmu przed niezbędnym rozliczeniem. Przez pięć poprzednich lat przepowiadał nieuchronność kary wymierzonej Niemcom za trwanie w wojnie; kary będącej niezbędnym elementem ogólnoludzkiej sprawiedliwości; kary, która musi zostać zaakceptowana: „Jako Niemiec mogłem przemawiać do Niemców, aby ich ostrzegać przed nadchodzącą Nemezis. Ale właśnie jako Niemiec, głęboko czujący, że wszystko, co niemieckie, uwikłane jest w straszliwą zbiorową winę, nie mogę sobie pozwolić na krytykowanie polityki zwycięzców, bo byłoby to zawsze interpretowane jako egocentryczny patriotyzm i obojętność na to, co inne narody przez lata wycierpiały od Niemiec” [s. 209].

Cały cykl jego wojennych przemówień jawi się jako uparta walka o duszę Niemiec: „Niemcy, ratujcie się! Ratujcie swoje dusze, wypowiadając wiarę i posłuch tyranom, którzy myślą tylko o sobie, nie o was!” [s. 21]. Jest to walka przeciw uzurpowaniu sobie przez nazistów statusu reprezentantów kultury narodowej: „W trakcie swego uciesznego przemówienia pan Hitler prowokował do manifestacji ku czci własnej osoby: niech ktoś przyjdzie, wołał, i spróbuje oddzielić naród niemiecki od niego, jego wodza” [s. 24]. Naziści, wykorzystując powszechną potrzebę społecznej rewolucji, stawiają Niemcy w sfałszowanej historycznej roli „konieczności odgrywania wroga ludzkości” [s. 21]; „będą nadal was utrzymywali w szkaradnej roli furiata wśród narodów, będą coraz bardziej zmieniali was w coś, będą coraz bardziej zmieniali was w coś, czym wcale nie chcecie być” [s. 33]. Mann nie szczędzi dosadnych określeń pod adresem odpowiedzialnych za „reżim podpalaczy” – „zbójeckiej hałastry”, na której czele stoi „poroniony wódz”, „siejący zamęt błazen”, „awanturniczy przybłęda”, „krwawy pętaczyna” próbujący porównywać się do Napoleona, tylko po to, by wywołać „apokaliptyczną bezczelność”. Zarzuty dotyczą jednak także niemieckich elit – za „godny potępienia orgiazm, któremu oddały się wykształcone warstwy narodu, gdy w 1933 najgorsze męty w kraju wypłynęły na wierzch” [s. 85]. Sam Mann stawia sobie za cel przypomnienie Niemcom ich właściwej roli – kiedy pierwszy raz może nagrać przemówienie własnym głosem, zaznacza, że jest to „głos takich Niemiec, które ukazywały i kiedyś znów ukażą światu inne oblicze niż ohydna maska Meduzy, którą nałożył im hitleryzm. Jest to głos przestrogi – przestrzegać was to jedyna przysługa, jaką Niemiec taki jak ja może wam dziś oddać” [26]. Pisarz deklaruje, że potrafi odczytać rzeczywiste tęsknoty niemieckiego ducha – choćby potrzebę przynależności do wspólnoty narodów budowanej nie na zasadzie poddaństwa, ale równości.

„Ojczyzna”, reż. Paweł Pawlikowski, fot. Agata Grzybowska, materiały prasowe dystrybutora, Kino Świat.

Przestrogi Manna okazują się jednak poniekąd prognozami Kasandry – trudno powiedzieć, jaki jest ich wpływ na społeczeństwo. Rola ta zdaje się tylko dopełniać po zakończeniu wojny, które ustanawia „powrót Niemiec do człowieczeństwa”, ale jest to zarazem „godzina ciężka i smutna, ponieważ Niemcy nie zdołały sprowadzić jej o własnych siłach” [s. 205]. Z jednej strony, porażka nazistów jest zapowiadanym przez niego wytrwale właściwym tryumfem Niemiec – jako że zwycięstwo porządku Hitlera byłoby ich ostateczną klęską. Z drugiej jednak, Mann nie może uwolnić się od goryczy. Najpoważniejszy zarzut, jaki żywi wobec Niemców, dotyczy ich fatalistycznego wytrwania w wojennym szaleństwie, z którego nie zdołali się oswobodzić sami – potrzebowano do tego zbrojnej interwencji aliantów: „Gdyby mogły wyzwolić się same, wcześniej, gdy jeszcze był na to czas, albo nawet później, w ostatniej chwili; gdyby same biciem dzwonów i muzyką Beethovena mogły świętować swoje wyzwolenie, swój powrót do ludzkości, a koniec Hitlera nie był zarazem całkowitą katastrofą Niemiec – owszem, tak byłoby lepiej, tego należało sobie najgoręcej życzyć. Ale tak być nie mogło. Wyzwolenie musiało przyjść z zewnątrz […]” [s. 204]. Brak tego samoprzebudzenia, do którego regularnie wzywał, jest kolejną przyczyną jego decyzji o niewracaniu do ojczyzny: „Chciwie wypatrywałem każdego znaku, że Niemcy mają dość swego poniżenia. Jakże inaczej wszystko by wyglądało, gdyby Niemcom dane było wyzwolić się własnymi siłami. Gdyby między 1933 a 1939 rokiem wybuchła u was zbawcza rewolucja, myślicie, że zwlekałbym, że nie wsiadłbym do pierwszego pociągu, by wrócić? Ale tak być nie miało i nie mogło […] Trzeba uwierzyć, że siedemdziesięciomilionowego narodu na wysokim poziomie w pewnych okolicznościach nie było stać na nic innego, jak tylko przez sześć lat znosić reżim krwawych łajdaków, w głębi duszy mu obmierzły, że naród ten prowadził wojnę, którą uważał za czyste szaleństwo […] Tak być musiało, i zaklęcia takie jak moje były całkowicie zbędne” [s. 208]. Niespełnione marzenie o samowyzwoleniu przekonuje go po zakończeniu wojny o ostatecznej daremności jego wysiłków: „Te apele były jedynie bezsensownie straconymi zachodami miłosnymi względem Niemiec”.

A jednak – daremność jest w narracji Manna kategorią intrygującą. Gorycz związana z niedoprowadzeniem do samoprzebudzenia Niemiec wpisuje się w dłuższą trajektorię gestów skazanych na porażkę, ale koniecznych – podobnie jak wystąpienie pisarza w Berlinie w 1930, z mową „przerwaną rykiem nazistowskich łobuzów”, która „apelowała do wszelkiej lepszej niemieckości – to, aczkolwiek musiało być daremne, koi dziś moje sumienie bardziej niż wszystko, co z większym powodzeniem mogłem zdziałać jako artysta” [s. 56]. Za trwaniem Manna w uporze Kasandry stoi walka o własne sumienie i obronę swojej obywatelskiej sprawczości mimo mielących trybów historii – nawet jeśli gest ten pozostanie bez wpływu na szerszą opinię publiczną. Podobną sprawczość stara się mimo wszystko wydobyć z radiowych słuchaczy – „Sam fakt, że nasłuchujecie, jest już aktem duchowego oporu przeciwko terrorowi Hitlera oraz duchowym sabotażem krwawej i ryzykownej awantury, do jakiej was popchnął” [s. 46].

Być może zobrazowaną przez Pawlikowskiego podróż można rozpatrywać jako kolejny gest oporu daremnego, ale koniecznego. Mann odwołuje się tu do postaci Goethego jako jedynego symbolu, który może przywołać dla połączenia spolaryzowanych Niemiec. Dramatem jego przedsięwzięcia jest jednak to, że staje się on świadkiem spolaryzowanego upolitycznienia nie tylko swojej obecności po obu stronach żelaznej kurtyny, ale nawet tej symbolicznej instancji – Goethego jako najbardziej obiecującego odniesienia do Niemiec nieskażonych szaleństwem dwudziestowiecznej historii.

Rozliczenie literata cywilizacyjnego

Podróż Manna z 1949 roku wpisuje się jednak w większe wyzwanie kulturowego rozliczenia. Jak zauważył w swoich przemówieniach, korzenie nazizmu sięgają poza XX wiek. „Jest to wybujała, zdegenerowana forma idei, które zawsze zawierały w sobie pierwiastek zabójczego zepsucia i bynajmniej nie były obce tym dawnym, dobrym Niemcom, kulturalnym i ogładzonym. Żyły tak sobie wykwintnie, zwały się «romantyzmem» i dla świata miały wiele uroków. Można by rzec, że zeszły na psy i że takie było ich przeznaczenie, skoro ostatecznie doszły do Hitlera. Wespół z wyborną adaptacją Niemiec do wieku techniki stanowią dziś wybuchową mieszankę, groźną dla całej cywilizacji” [s. 43]. Walka o duszę Niemiec wymaga sięgnięcia do głębszych tradycji i poszukiwania przeciwwagi dla tych ryzykownych trajektorii: „Ale mylić te dzieje z dziejami samego ducha niemieckiego i utożsamiać je z nimi to jaskrawy pesymizm i błąd, który mógłby zagrażać pokojowi. Obcym odpowiadam: mam w sobie dość ufności i patriotyzmu, by Niemcom – tym, których oni kochają, Niemcom Dürera, Bacha, Goethego, Beethovena – przypisywać dłuższy oddech historyczny. Te inne Niemcy wpadną w zadyszkę” [s. 44]. To właśnie w tej tradycji próbował umieszczać swój  dom po opuszczeniu zradykalizowanej ojczyzny: „Mnie obczyzna zrobiła dobrze. Swoje niemieckie dziedzictwo zabrałem ze sobą […] Niech mi będzie wolno trwać przy mojej światowej niemieckości, naturalnej dla mnie już przedtem, w domu, i na wysuniętym posterunki niemieckiej kultury, który postaram się jeszcze prze kilka lat życia z godnością utrzymać” [s. 211].

Wina, jaką dostrzega Mann w kulturowej tradycji Niemiec, stała się jednak także jego osobistym współudziałem. „Rozważania człowieka apolitycznego” to wydany w 1918 roku sążnisty i osobliwie zawiły stylistycznie traktat, dla pracy nad którym zawiesił pisanie „Czarodziejskiej góry”; w tekście tym analizuje sprzeczności własnej duszy jako poniekąd emanacji duszy niemieckiej. Pierwsza wojna światowa stała się czasem prywatnej historycznej „zadyszki” pisarza; dla dołożenia się do wojennej pożyczki miał nawet wówczas sprzedać swój letni dom [s. 523]. O ile późniejsze przemówienia radiowe będą jego żarliwym wyznaniem wiary w demokrację liberalną i możliwość przynależności Niemiec do opartego na równości ładu międzynarodowego, w „Rozważaniach…” odnosił się do tych idei z wyraźnym sceptycyzmem. Występuje tam w obronie witalistycznej wizji narodowej kultury – inspirowanej choćby hołubionym Nietzschem i Wagnerem – a w trwającej Wielkiej Wojnie dopatruje się przesilenia europejskiej dekadencji, wzmocnienia intensywności przynależności do niemieckiej wspólnoty, która, jak twierdzi, nie może zostać zamknięta w cywilizacyjnym, zracjonalizowanym modelu państwowości promowanej przez zachodnich liberałów: „Duch polityczny jako demokratyczne oświecenie i «ludzka cywilizacja» jest nie tylko emocjonalnie przeciwniemiecki, jest on także z konieczności wrogi Niemcom” [s. 26]; „demokratyzacja” jako „uczłowieczenie” Niemiec ma oznaczać rzeczywiste „odniemczenie”. Niemcy bowiem to „nieliteracki kraj”, trzymający się – jak twierdzi Mann za Dostojewskim – cywilizacyjnej misji podtrzymania protestu wobec Zachodu: misji wyrażonej przez Lutra w jego geście oporu wobec katolicyzmu, a sięgającej nawet głębiej – jako akt protestu wobec jakichkolwiek form „idei rzymskiej: poczynając od starożytnego Rzymu z jego ideą uniwersalnego zjednoczenia ludzkości” [s. 34]. 

„Ojczyzna”, reż. Paweł Pawlikowski, fot. Agata Grzybowska, materiały prasowe dystrybutora, Kino Świat.

Sednem „Rozważań…”, pisanych w kontrze do postawy starszego brata Tomasza, Heinricha, jest ironiczna rozprawa z ideą „literata cywilizacyjnego” – czerpiącego z oświecenia i ideałów rewolucji francuskiej modelu pisarza zaangażowanego w tworzeniu kosmopolitycznego, pacyfistycznego ładu, co miałoby zagrażać wyjątkowości narodowej kultury. Jego domeną ma być „wysokie, pełne blasku, ale z gruntu zromanizowane literaterniactwo, które dawno już pozbyło się wszelkiego kontaktu ze szczególnym etosem własnego narodu, piętnując choćby samo uznanie takiego szczególnego etosu narodowego jako bestialski nacjonalizm i przeciwstawiając mu swój humanitarno-demokratyczny internacjonalizm cywilizacyjny i «społeczny»” [s. 29]. Wyrazem owego szczególnego niemieckiego etosu w ówczesnym ujęciu Manna miało być przywiązanie do „ruchu”, „wewnętrznego przeżycia” i żywiołu muzyki – a nawet „naszego emocjonalnego militaryzmu” – w opozycji do „skundlonych psychologów”, „polityzowania ducha” „matematyczno-zracjonalizowanego świata socjalnego, jaki stanowi przedmiot francuskiej powieści czy teatru” [s. 29]. Wizje „demokracji światowej” są dla pisarza zagrożeniem dla narodowej odrębności Niemiec: „duch niemiecki na pewno roztopi się w ich obrębie i zniknie, zostanie wytępiony” [s. 32]. Mann nie dostrzega tu też żadnej współodpowiedzialności Niemiec za wojnę – nie zawaha się przypisać jej jednak „międzynarodowemu iluminactwu, światowemu wolnomularstwu, naturalnie przy wyłączeniu niczego nieprzeczuwających Niemców, w umysłowym przygotowaniu i rzeczywistym rozpętaniu wojny światowej, wojny «cywilizacji» przeciwko” Niemcom” [s. 28]. 

Osobistym paradoksem, do którego przyznaje się Mann, jest jednak to, że pozostając pisarzem, nieuchronnie operuje narzędziami „cywilizacyjnego literata” – jako że „literatura jest z gruntu demokratyczna i cywilizacyjna” [s. 33]. Dlatego też „Rozważania…” mają być, jak twierdzi w przedmowie, „książką, która nie jest książką i nie jest dziełem sztuki, niemal czyjś innym, niemal poezją” [s. 33] – choć lektura ich przypomina raczej meandrowanie po labiryntach owładniętego obsesjami umysłu. W przemówieniach radiowych z czasów drugiej wojny Mann stanie już w radykalnej opozycji do wcześniejszych idei – „nie jestem bowiem nacjonalistą, czy mi to wybaczycie, czy nie. Bolała mnie niedola narodów podeptanych przez Niemcy, i tak samo bolałem nad nieszczęściem Niemców i Niemiec” [s. 210]. Trudno jednak nie dostrzec powinowactwa intuicji z jego „Rozważań…” z kulturowymi korzeniami „reżimu podpalaczy” – choćby z kultem narodowo-heroicznych „głębi” i lękiem przed unicestwieniem narodu przez Zachód [s. 34]. Z tej perspektywy ukazana w „Ojczyźnie” podróż Manna byłaby podszyta nienazwaną próbą odkupienia win – nie tylko niemieckiej kultury, ale i własnych. 

„Ojczyzna”, reż. Paweł Pawlikowski, fot. Agata Grzybowska, materiały prasowe dystrybutora, Kino Świat.

Ocalenie poza słowami

Zakończenie filmu Pawlikowskiego nie pozwala rozstrzygać, na ile wyprawa pisarza była gestem daremnego, a koniecznego obywatelskiego zaangażowania, czy też próbą odkupienia jego pogmatwanej intelektualnej historii. Moment, gdy siada obok córki, by posłuchać nieoczekiwanej melodii Bacha płynącej ze zrujnowanych, wracających do życia organów, obywa się właściwie bez słów. Mann zaczyna płakać – i zagadką pozostaje nawet ten pierwszy gest jego emocjonalnego otwarcia. Być może jest to odroczony moment komunii z rodziną – wdzięczności za bliskość córki, a zarazem dopuszczenia do siebie po raz pierwszy żałoby po stracie syna, dla którego właśnie muzyka Bacha miała być niegdyś powodem niemalże uwierzenia w Boga. To znamienne, że sceneria zrujnowanego sacrum przypomina spustoszoną świątynię ze sceny otwierającej „Zimną wojnę”, czy też kościół z odwróconym krucyfiksem z „Popiołu i diamentu” Andrzeja Wajdy. Dziedzictwem wojny jest też kryzys metafizyczny: poczucie radykalnego osamotnienia – także artysty – wobec szaleństwa ludzkiej historii. Być może to właśnie w melodii przywołującej sacrum niemieckiej kultury Mann nareszcie odnajduje swój wyobrażony dom, gdzie może śnić swój sen o dobrych Niemczech i odnaleźć jakąkolwiek ojczyznę.

Czy scena ta może jednak ustanawiać katharsis dla daremnej podroży pisarza? O czym myśli, wsłuchując się w kantatę „Jesus bleibet meine Freude”? Być może uwalnia się na chwilę od potrzasku radykalnej politycznej polaryzacji, która przekładała się nawet na jazgot płynący z samochodowego radia, które w końcu wyłączył – wybierając ciszę raczej niż mieszankę kiczowatych eskapistycznych szlagierów i patetycznych socjalistycznych pieśni. Być może konfrontuje się tu nareszcie z własną diagnozą nieuchronnej dwuznaczności swojej roli twórcy, dostrzeżonej przez Czesława Miłosza w cytacie z opowiadania „Tonio Kröger”: „Artysta musi być nieludzki, poza-ludzki – mówi Tonio Kröger – musi on pozostawać dziwnie na uboczu wobec naszego człowieczeństwa. […] Sam dar stylu, formy, ekspresji, nie jest niczym innym niż taką chłodną i wybredną postawą wobec człowieczeństwa” [s. 10]. Jak zauważa Miłosz, „Jakaś moralna potworność leży zdaniem Manna u podstaw sztuki. […] Moralnie ten cały dystans trudny jest do przyjęcia” [s. 10].

Biografia Manna staje się zatem świadectwem dramatycznego statusu artysty – z jednej strony skazanego na dystans, z drugiej – meandrującego przez różnorodne modele zaangażowania w historię: od uwiedzenia przez żarliwe zlanie się z emanacją narodowego ducha, przez wejście w rolę Kasandry rzucającej niewysłuchane przestrogi, po daremny gest apostrofy do klasyka kultury, mającego przywrócić oczyszczający dystans wobec historycznej „zadyszki” jego narodu.  

Wbrew pozorom, nie jest to dramat przypisany do zamierzchłych czasów, ale wciąż obecny w spolaryzowanej współczesności, wikłającej artystę w potrzask. O ile unikanie zaangażowania prowadzi do posądzenia go o odklejony elitaryzm, to przez wybór zaangażowania łatwo ściąga on na siebie albo bezkrytyczne uwielbienie, albo bezwzględną krytykę. Tym samym staje się on totemem, na którego odbiorcy projektują swoje aspiracje, nie pozostawiając mu miejsca na autonomię ducha – podobnie jak Mann poszukujący Ojczyzny, ma ostatecznie służyć zbiorowym emocjom, interesom rynkowym czy politycznym. 

O ile napisane jeszcze przed pierwszą wojną światową opowiadanie Miłosz sytuuje jeszcze w kontekście panujących wówczas aspiracji artystów do pełnienia kapłańskiej roli, horrory dwudziestowiecznej historii odsłoniły nowe fundamentalne ryzyka ich zaangażowania i związanego z tym (samo)zniewalania – zagrożony został sam język, nad którym pisarz miałby panować, a który odrywał się od rzeczywistości. W epoce „monstrualnych tyranów” Miłosz dostrzega choćby „niebezpieczeństwo dla człowieka w pojawieniu się samej idei Państwa jako i pracodawcy, i właściciela ludzi, zarówno ich ciał, jak dusz. Państwo takie musi też być właścicielem języka, czyli nadawać słowom takie znaczenia, jakie zechce. Gdyż, co przede wszystkim zostało zagrożone przez Historię dwudziestego wieku, to utrzymywana przez parę milleniów wiara w osobność ludzkiej drobiny poruszającej się po własnej orbicie” [s. 15].  W tym świetle to właśnie milczenie Manna w ostatniej scenie mogłoby być ostatecznym paradoksalnym gestem jego ocalenia: wyrazem niemego oporu – wyjściem poza język, aby obronić wiarę w jakikolwiek sens własnego orbitowania wokół dwudziestowiecznej historii. 

Przypisy za:

Thomas Mann „Niemieccy słuchacze! Przemówienia radiowe z lat 1940–1945”, tłum. Małgorzata Łukasiewicz, Wydawnictwo Ossolineum, Wrocław 2018.

Thomas Mann, „Rozważania człowieka apolitycznego”, tłum. Wojciech Kunicki, Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2022.

Czesław Miłosz, „Życie na wyspach”, Wydawnictwo Znak, Kraków 1998.