Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > BOGDZIEWICZ: Gdzie szukać...

BOGDZIEWICZ: Gdzie szukać ratunku? O „Za wzgórzami” Cristiana Mungiu

Ada Bogdziewicz

Gdzie szukać ratunku? O „Za wzgórzami” Cristiana Mungiu

„Ambitne, niekomercyjne filmy (…) są jedynymi rumuńskimi produkcjami, które rzeczywiście mogą przynieść zysk. Musimy robić filmy, które będą mogły konkurować na międzynarodowych festiwalach; które zainteresują kogoś poza nami. Nie stać nas na prowincjonalność” [1] – mówił w wywiadzie z Michałem Oleszczykiem rumuński krytyk Andrei Gorzo po światowym sukcesie tytułów „Śmierć pana Lăzărescu” Cristiana Puiu i „Na wschód od Bukaresztu” Corneliu Porumboiu. Od tego czasu minęło kilka lat; pokazały one, że triumf rumuńskiej kinematografii nie był przypadkowy, a samo kino powstałe w cieniu Karpat nie musi kojarzyć się jedynie z Drakulą.

Prawdziwym trzęsieniem ziemi, i to zarówno pod względem obyczajowym, jak i w kontekście ilości zdobytych nagród, okazał się w ostatnich latach film „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”. Reżyser, Cristian Mungiu, opowiedział w nim wielowymiarową historię dwóch młodych kobiet, które próbują zorganizować przeprowadzenie aborcji u jednej z nich. Główna trudność przedsięwzięcia polega na tym, że akcja toczy się w Rumunii w roku 1987, a przerywanie ciąży zakazane jest przez Nicolae Ceauşescu od ponad dziesięciu lat. Mungiu opowiada o czasie, w którym liczba nielegalnych zabiegów dramatycznie wzrosła, a w ich wyniku życie straciły tysiące kobiet; przedstawia wstrząsający oraz nieprawdopodobnie bolesny obraz komunizmu i wnętrza ludzkich dusz. Podobny – a jednocześnie zupełnie inny – jest najnowszy film tego reżysera.

Za górami, za lasami…

Także i tym razem reżyser podejmuje temat mocny, ale jednak niewzbudzający na co dzień tak wielkich sporów i kontrowersji, jakie wzbudza aborcja. Może dlatego, że wydaje się on nieco bardziej odległy. „Za wzgórzami” to, podobnie jak  „4 miesiące…”, opowieść o dwóch dziewczynach (aktorski duet nagrodzony Złotą Palmą w Cannes), które reprezentują dwa różne charaktery. Voichița (Cosmina Stratan) jest wycofana, wydaje się pogodzona ze sobą, otoczeniem oraz drogą, jaką wybrała – czyli życiem z Bogiem w położonym na rumuńskiej prowincji klasztorze Dealu Nou (Nowe Wzgórze), oddzielonym od najbliższego miasteczka wzgórzami, pozbawionym wszelkich udogodnień, nawet takich jak prąd czy bieżąca woda. Jego mieszkańców nie stać nawet na udekorowanie świątyni freskami, co uniemożliwia jej konsekrację. Nadaje to  – niezwykle istotnej – kwestii świętości tego miejsca niejednoznaczny charakter.

za wzgorzami1

Materiały dystrybutora

Z Aliną (Cristina Flutur) rzecz ma się zgoła inaczej. To prostolinijna dziewczyna, którą targają młodzieńcze namiętności. Razem z Voichițą wychowywała się w niemieckim sierocińcu. Nie było to łatwe dzieciństwo, ale wytworzył się między nimi pewien rodzaj symbiozy, dzięki której udało im się przetrwać – Alina jako silniejsza i bardziej zdeterminowana w trudnych sytuacjach potrafiła obronić nie tylko siebie, ale i delikatniejszą Voichițę. Z filmu Mungiu nie dowiemy się, czy ta ostatnia uciekła z Niemiec do rumuńskiego klasztoru przed miłością do przyjaciółki, czy też była to w pełni świadoma decyzja dorosłej kobiety, która poczuła powołanie. Wiemy natomiast, że duch walki przygnał Alinę do rodzinnego kraju tylko po to , by odzyskać ukochaną.

Nieupoważnionym wstęp wzbroniony

Już od chwili przekroczenia przez nią furty klasztornej, na której wypisano: „Innowiercom wstęp wzbroniony. Nie miej wątpliwości – wierz”, dzieje się z nią coś niepokojącego – zaczyna chorować (przynajmniej tak twierdzi opiekująca się nią Voichița). Alina jest intruzem – być może więc niepokój i gorączka, które zaczynają ją trawić, są karą Bożą za świętokradztwo, którego się dopuściła – weszła bowiem w przestrzeń, w której nigdy nie powinna się była znaleźć. Pojawienie się Aliny zasiewa niepokój w klasztorze. Pochodzi „stamtąd”, reprezentuje to, co obce, czemu nie wolno ufać. „Europa Zachodnia zeszła z właściwej ścieżki – wszystko jest tam dozwolone w imię wolności. Kobieta wstępuje w związek z kobietą, a mężczyzna z mężczyzną” – mówi podczas kolacji ksiądz. „Tymczasem dla wierzącego samo wejście do nieprawosławnego kościoła jest grzechem” – dodaje.

W świetle takiej interpretacji dalsze wydarzenia byłyby więc tylko nieuniknioną konsekwencją tego zuchwałego postępku. Dodatkowo bardzo szybko okazuje się, że odzyskanie Voichițy nie jest wyłącznie czystą formalnością, jak się na początku Alinie wydawało. Dziewczyna, z którą się wychowała i którą znała, sama przyznaje, że jest już inną osobą. Alina jednak nic z tego nie rozumie. Do głosu dochodzi jej szaleńcza zazdrość, nakazująca podejrzewać, iż Voichița zwyczajnie sypia z księdzem, którego pieszczotliwie i niezbyt ortodoksyjnie nazywa tatą.

Pełna pokory Voichița próbuje nakłonić Alinę do wyznania swoich grzechów. Ta, nastawiona sceptycznie do osoby duchownego i samych praktyk religijnych, zgadza się, łamiąc jednak wszelkie możliwe nakazy i zakazy – nie ma zamiaru ujawniać wszystkich swoich win, nie odczuwa skruchy. Na dodatek idzie do spowiedzi w czasie miesiączki, i na domiar złego w spodniach. W wyniku tego pierwszego uznana zostaje za brudną, z powodu drugiego – za nieprzyzwoitą. Ostatecznie zostaje wyrzucona z cerkwi, a tym samym odarta z intymności i osobistej dumy (nie tylko poprzez sam incydent usunięcia jej ze świątyni, ale również przez publiczny rachunek sumienia, który niejako za karę zmuszona jest przeprowadzić). Uświadamia sobie, że szanse na powodzenie jej dalekiej wyprawy stają się coraz bardziej nikłe. Następuje punkt zwrotny – Alina postanawia rzucić się do studni. Próba obezwładnienia jej prowadzi o krok dalej – do miejsca, z którego nie będzie już powrotu: młoda kobieta broniąc się, gryzie, pluje, wreszcie zaczyna się śmiać i dostaje drgawek. W krytycznym momencie siostry dzwonią po pomoc. „Nie mamy wolnej karetki. Musicie się za nią modlić” – słyszą w odpowiedzi. „Jakie grzechy popełniła, że teraz tak cierpi?” – pytają mniszki.

za wzgorzami2

Materiały dystrybutora

Czy Alina rzeczywiście mogła zostać opętana? Na dobrą sprawę nie mamy nawet pewności co do tego, że pojawiły się u niej niepokojące symptomy; gorączka nigdy nie została zmierzona termometrem. Nie widzieliśmy, czy rzeczywiście próbowała popełnić samobójstwo – dowiadujemy się tego z relacji jednej z sióstr, która równie dobrze mogła być jej nadinterpretacją czy efektem romantycznej wyobraźni. Jak w rzeczywistości wyglądało unieruchamianie Aliny? Nie wiemy – akcja rozgrywała się poza kadrem. Tak, jakby oko kamery Olega Mutu (autora zdjęć także do „4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni”) było zawstydzone tym, co się dzieje i nie śmiało bezczelnie przyglądać się poniżeniu człowieka. Decyzja operatora pozostawia nas jednocześnie w niepewności – od naszego prywatnego osądu zależy, czy uznamy Alinę za ofiarę miłości, a co za tym idzie – niekompetencji księdza i sióstr – czy też damy im wiarę co do opętania dziewczyny.

Alina od samego początku jest ciałem obcym w klasztorze – inaczej wygląda, inaczej się zachowuje i ubiera. Zupełnie inaczej myśli. Poza tym zuchwale próbuje wykraść wspólnocie (a więc i Bogu) Voichițę. Jest nieposłuszna i chadza własnymi ścieżkami. A to niepokoi siostry. Czyżby pierwiastek zewnętrznego świata wzbudzał strach przez pojawieniem się owych wątpliwości, przed którymi tak przewidująco ostrzegała je tabliczka umieszczona na wejściu? Pragną przysłonić niemożność zrozumienia przybysza gorliwością własnej wiary, która stopniowo przeradza się w paranoję. Zresztą histeria nie omija także Aliny. Jej rzekome opętanie spowite krnąbrnością i dumą – w opozycji do egzorcyzmów przeprowadzanych przez odcięte od świata i pod pewnymi względami zacofane siostry – to zderzenie dwóch postaw, które nigdy nie znajdą wspólnego języka. Prędzej rozbiją się na atomy.

Dokąd? Do klasztoru!

Dzieje religijności w Rumunii nierozerwalnie wiążą się z historią komunizmu. Począwszy od 1959 roku zamknięto tam setki klasztorów. Pokolenia urodzone i wychowywane w tym czasie nie otrzymały nawet elementarnej edukacji religijnej. Jednocześnie, wraz z upadkiem totalitaryzmu, nastąpił swoisty boom – zaczęto masowo budować i otwierać nowe świątynie. W ciągu piętnastu lat od upadku Ceauşescu  liczba klasztorów potroiła się, a  duchownych wzrosła czterokrotnie, czemu nie zawsze towarzyszył ich rozwój intelektualny oraz moralny. Najwięcej założeń powstało wokół miejscowości Tanacu, we wschodniej Rumunii, jednym z najbiedniejszych rejonów. Właśnie tam rozgrywa się akcja filmu.

Życie, szczególnie w rejonie Tanacu, nie rozpieszcza. Mungiu pokazuje, że dla osoby nie dość silnej i przedsiębiorczej, na dodatek sieroty, najlepszym sposobem na wejście w dorosłość jest wstąpienie w mury klasztorne. I to nie tylko w przypadku wychowanków domów dziecka. Schronienie znajdują tam także kobiety, które postanowiły uciec przed przemocą domową. Jedynym ograniczeniem wydaje się niewystarczająca ilość wolnej przestrzeni i brak środków na rozbudowę klasztorów. Bohaterowie „Za wzgórzami” są młodzi – mają po dwadzieścia kilka lat. Nie mają prawa pamiętać religijności sprzed komunizmu. Wszystko muszą budować od początku. Duchowości szukają po omacku.

„Za wzgórzami” można również określić jako próbę zbadania kondycji państwa, jego gotowości do radzenia sobie z rzeczywistością po upadku dawnego reżimu. Przyjrzyjmy się temu bliżej. Służba medyczna odmawia pomocy (Mungiu buduje sugestywny obraz pogrążonych w apatii, bezwolnych lekarzy). Policja zupełnie nie przystaje do rzeczywistości. W tej sytuacji Kościół sam musi postawić własną diagnozę i próbować leczyć środkami, jakimi dysponuje – modlitwą, wodą święconą i tym, co było pod ręką, czyli… łańcuchem zabranym z psiej budy. Wszyscy – przybrana rodzina, policja, szpital, sierociniec – odmawiają pomocy dziewczynom. Mungiu nigdzie nie widzi ratunku dla swoich bohaterów. Kościół jest jedyną – choć zupełnie nieprzygotowaną, nieotwartą na człowieka – instytucją, która przyjmuje dziewczęta pod swoje skrzydła. Jaka będzie tego cena? Jakie wiąże się z tym ryzyko?

Bieg ku samozatraceniu

za wzgorzami3

Materiały dystrybutora

Można odnieść nieodparte wrażenie, że nerwowość czy wręcz histeria stanowią immanentną cześć i motor działania większości bohaterów rumuńskich filmów, co dla kontrastu wyrażone jest niezwykle długimi (trwającymi nawet do dziesięciu minut), przeważnie statycznymi ujęciami. Jakby dzięki nim w sposób obiektywny, spokojny i rzeczowy twórcy starali się opowiedzieć o tym, co Rumunów trawi od środka. W „4 miesiącach…” Mungiu ukazał młodą kobietę, o której wiemy tylko tyle, że jest do tego stopnia czymś przerażona, iż próbuje pozbyć się niechcianej ciąży. Problemy związane z przeprowadzeniem aborcji piętrzą się w zaskakującym tempie, a determinacja dziewczyny wprost poraża widza. Czy możemy domyślać się, co ją powoduje? „Jak chcę gwizdać, to gwiżdżę” w reżyserii Florina Șerbana opowiada o młodym chłopaku, któremu zostało zaledwie kilka dni odsiadki. Przed samym końcem wyroku terroryzuje cały zakład i z powodów rodzinnych ucieka. Widz wie doskonale, że takie posunięcie nie ma najmniejszej szansy powodzenia. Czyżby bohater filmu nie zdawał sobie sprawy, że nawet jeśli uda mu się znaleźć schronienie, prawdopodobnie do końca życia będzie musiał ukrywać się wraz z młodszym bratem, dla ratowania którego ucieka? Jeśli zostanie schwytany, poniesie bardzo wysoką karę, a malec pozostanie bez żadnej opieki. Z więzienia zbiega także bohaterka „Peryferii” Bogdana George’a Aperti (film według pomysłu Cristiana Mungiu), która zanim opuści kraj, zabiera swojego porzuconego przez ojca i krzywdzonego w sierocińcu syna.

Owa histeria skłania bohaterów do działań nieracjonalnych, wręcz autodestrukcyjnych. Chcą oni wyraźnie zaznaczyć wolność, która im się należy (i którą przecież w pewnym stopniu posiadają). Bieg wydarzeń uświadamia im jednak, że sprawy nie idą po ich myśli – w tym momencie rozpoczyna się szaleńczy, kompulsywny pęd ku samounicestwieniu. Jakby bohaterowie tych wszystkich (i jeszcze wielu innych) rumuńskich filmów krzyczeli jednym głosem: „Skoro nie może być tak, jak chcę, niech nie będzie w ogóle!”.

Cristian Mungiu filmem „Za wzgórzami” udowadnia, że należy do grona najciekawszych reżyserów dzisiejszej Europy. Podobnie jak jego rumuńscy koledzy potrafi opowiedzieć prywatną, intymną historię, łącząc ją w wyrafinowany sposób z diagnozą sytuacji moralnej kraju. Jego dzieła niepokoją. Są głosem sumienia nie tylko Rumunii i jej społeczeństwa. O ich sile decyduje nie tylko uniwersalność. Stanowią o niej minimalizm (przy jednoczesnej wyrazistości i atrakcyjności wizualnej!), skromność i szczerość w opowiadaniu historii. Kino rumuńskie skutecznie unika patosu i pretensji. A to udaje się niewielu.

[1] Michał Oleszczyk, Nie stać nas na prowincjonalność. Rozmowa z rumuńskim krytykiem filmowym Andreiem Gorzo, „Kino” nr 473, 2006, s. 52.

Film:

„Za wzgórzami”, reż. Cristian Mungiu, Belgia, Francja, Rumunia 2012.

* Ada Bogdziewicz, studiowała historię sztuki na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego i filmoznawstwo na Uniwersytecie w Bolonii. Wielbicielka wczesnego Burtona, animacji poklatkowej oraz kina młodych polskich twórców.

„Kultura Liberalna” nr 218 (11/2013) z 12 marca 2013 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ
(10/2013)
12 marca 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj