Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Nie takie nowe...

Nie takie nowe to nowe. O piątym Przeglądzie Nowego Kina Francuskiego

Urszula Kuczyńska

Na przestrzeni zaledwie kilku dni miałam okazję zobaczyć coś naprawdę kiepskiego, coś całkiem przyzwoitego i coś rzeczywiście dobrego. Czy mam zatem bawić się w dyplomację i stwierdzić, że „nowe kino francuskie poszukuje i eksploruje”? Tylko czy jest to coś wyjątkowego, czy raczej inherentna cecha sztuki filmowej?

Do 29 maja we wrocławskim kinie Nowe Horyzonty i w warszawskim Muranowie trwa piąty już Przegląd Nowego Kina Francuskiego. Większość przestawionych na festiwalu propozycji zeszła ekranów kinowych już jakiś czas temu, ale to przecież niczego nie zmienia. Zarówno publiczności, jak i organizatorom chodzi o kino nowe nie datą realizacji, a duchem. Ta przywołana w tytule przeglądu „nowość” zdaje się jednak w żaden sposób nie łączyć z rewolucyjnymi zmianami i wywrotowością pomysłów fabularnych czy realizatorskich. Próżno ich tam szukać. Mimo to dzięki odpowiedniemu doborowi repertuaru, organizatorom przeglądu udało się wnieść do ciężkiej od majowego upału atmosfery polskich kin trochę orzeźwiającej lekkości.

 

Nie ma nowości bez seksualności

„Chłopczyca” („Tomboy”, 2011) w reżyserii Céline Sciammy zrobiła w swoim czasie furorę na festiwalach skupionych wokół tematyki LGTB. Film opowiada historię dziesięcioletniej Laury (doskonała Zoé Héran), która po przeprowadzce do nowej dzielnicy korzysta z okazji, by na dwa letnie miesiące w nowym środowisku zostać tym, kim pragnie być – Mikaelem. I choć historia zdaje się banalna, to na koniec obraz zostawia nas z zasadniczym pytaniem o to, czy okaże się ona jedynie nic nie znaczącym epizodem w życiu dorastającej dziewczynki, czy też będzie punktem zwrotnym w tym, jak Laura widzi i definiuje siebie samą.

Pomimo że „Chłopczyca” to dzieło pełne ciepła i swoistej czułości, to daleko mu do idealizowania świata dziecięcej niewinności. Ta niewinność w „Chłopczycy” okazuje się bowiem mityczna. Dzieciństwo Laury pełne jest pytań, rozterek i zdradzonej lojalności, a siostrzana miłość, choć szczera i głęboka, okazuje się podszyta zazdrością o spędzany razem czas i uwagę. „Nie powiem im, że jesteś dziewczyną, nie powiem też mamie i tacie, że udajesz chłopca, ale musisz mnie zabierać na plac zabaw” – mówi sześcioletnia Jeanne do Laury. I Laura zabiera siostrę ze sobą, pakując je obie w kłopoty, które w dalszej perspektywie zakończą całą maskaradę. Każdy, kto ma rodzeństwo – w dowolnej konfiguracji – odnajdzie w ich relacji i dialogach echa własnych doświadczeń. Równie mało niewinne są relacje, jakie dzieci nawiązują ze sobą na podwórku podczas zespołowych gier i zabaw. Ich wynik decyduje przecież o pozycji danej osoby w grupie, a dziecięca szczerość niejednokrotnie okazuje się mieć ciemną stronę: bywa okrutna, nie wybacza i nie waha się przed ostatecznym poniżeniem najsłabszego.

„Chłopczyca” zdaje się wpisywać w szerszy nurt kina o dorastaniu, do którego zaliczyłabym też takie tytuły jak „Królowie Lata”, „Kochankowie z Księżyca” czy „Lato miłości”. Ostatni z nich, który w swoim czasie wywarł na mnie duże wrażenie, choć porusza się w podobnym obszarze tematycznym, to jednak utrzymany jest w ciężkiej od znaczeń, onirycznej i gęstej atmosferze, zasysającej widza na tyle skutecznie, by zapalające się na koniec seansu światło nie było w stanie go do końca z niej wyrwać. Céline Sciamma jako reżyserka „Chłopczycy” poszła zupełnie inną drogą, prezentując widzom trzeźwy i realistyczny obraz, który obraca się raczej w oszczędnej estetyce dokumentu i w niczym nie przypomina narracji Pawła Pawlikowskiego albo chociażby sennej fabuły „Przekleństw niewinności” Sofii Coppoli. Być może to właśnie dzięki temu sympatia widza dla Laury/Mikaela osiągnęła niezwykle wysoki poziom, a ja sama przez chwilę żyłam złudzeniem, że lato będzie trwało wiecznie a jej/jego tajemnica nigdy nie wyjdzie na jaw.

Parę słów do mikrofonu

Do mitycznej krainy dzieciństwa w cudowny sposób cofa się też czterdziestoletnia, grana przez samą reżyserkę (Noémie Lvovsky) Camille w filmie „Camille powtarza rok” („Camille redouble”, 2012). Film w pewnym sensie stanowi remake słynnego „Peggy Sue wyszła za mąż” F. F. Coppoli, realizując identyczny koncept powrotu do przeszłości. O ile jednak celem Coppoli było unaocznić widzowi rozziew pomiędzy pięknem wspomnień a rzeczywistością, o tyle film Lvovsky z rozmysłem nie tylko przeszłość idealizuje, lecz także w uroczy sposób bawi się schematem, na którym został oparty.

Camille ma bowiem znów 16 lat – choć widzowie nadal oglądają ją w jej czterdziestoletnim ciele. Ten prosty zabieg jest źródłem komizmu sam w sobie, bo trudno zachować powagę na widok dojrzałej kobiety na różowym rowerze, w zielonych getrach i z żółtym walkmanem na uszach. Camille, choć obarczona wiedzą o tym, co ją czeka, jest jednocześnie zachwycona szansą, jaką dał jej los. Oglądamy ją rozdartą pomiędzy pytaniem, czy znów zakochać się w Ericu, który 25 lat później zostawi ją dla innej, czy lepiej oszczędzić sobie cierpienia? Tylko czy to nie oznacza rezygnacji z największej radości w życiu Camille: wydania na świat własnej córki?

Camille wraca do przyszłości mądrzejsza o doświadczenie, dzięki któremu łatwiej pogodzić się z tym, że nawet największa miłość ma swój kres, ale radości i siły, jakich nam dała, nikt nie odbierze

Urszula Kuczyńska

Obserwujemy nastoletni angst nastoletnich przyjaciółek Camille – tych samych, które poznajemy na samym początku jako czterdziestoletnie uczestniczki szalonej, noworocznej imprezy. I patrzymy na nie z uśmiechem na twarzy: gdy pyskują galerii groteskowych nauczycielskich charakterów, uczą się palić pierwsze papierosy, piją pierwsze piwa, nieudolnie podrywają onieśmielonych ich rozkwitającą kobiecością chłopców i snują fantazje, o których Camille wie, że nigdy się nie spełnią.

Camille czerpie zaś z podarowanej jej przez los szansy pełnymi garściami: tuli ojca, za którym wie, że będzie bardzo tęsknić; snuje się po domu krok w krok za matką, o której wie, że niedługo umrze na udar. „Mamo, powiedz kilka słów do mikrofonu!” – wciąż prosi i nagrywa głos rodziców na kasetę, którą zabierze ze sobą w przyszłość, gdy tylko nadarzy się szansa powrotu.

I to wokół postaci matki skupia się w sumie najważniejszy problem filmu. Czterdziestoletnia Camille odkąd pamięta, żałuje bowiem, że umarła ona, nie wiedząc, iż wkrótce zostanie babcią. Camille jest przekonana, że najukochańsza postać w jej życiu podzieliłaby jej szczęście. Ale reakcja matki zaskakuje: zarówno widza, jak i samą bohaterkę. I Camille wraca do przyszłości mądrzejsza o ważne doświadczenie, dzięki któremu łatwiej jej pogodzić się z tym, że nawet największa miłość może mieć swój kres, ale radości i siły, jakich nam w międzyczasie dała, już nikt nam nigdy nie odbierze.

Piękny tytuł, kiepski film

Uwielbiam długie, wiele mówiące tytuły. To takie moje małe dziwactwo. „Czyż nie dobija się koni?” pokochałam jeszcze zanim przewróciłam pierwszą stronę powieści, a „Nieznośną lekkość bytu” posiadam w czterech wersjach językowych i w każdej uwielbiam ją tak samo. Co więcej równie mocno lubię literaturę i film, które opowiadają historię splecionych losów grupy powiązanych ze sobą bohaterów. Dlatego właśnie na seans „Prywatnych lęków w miejscach publicznych” w reżyserii Alaina Resnais biegłam przepełniona nadzieją, i to pomimo świadomości, że tytuł oryginału to tylko jedno słowo: „Coeurs” (2006).

„Prywatne lęki…” to ekranizacja sztuki teatralnej wieloletniego przyjaciela Resnais – Alana Ayckbourna. Film opowiada historię sześciu niezwykle zagubionych w życiu osób, które niejako krążą wokół siebie nawzajem z nadzieją, że powierzchowne, czasem toksyczne relacje, w jakich tkwią, przerodzą się w coś, co przyniesie im spełnienie i da szansę na szczęście. Humor sytuacyjny, niekiedy wyjątkowo błyskotliwe dialogi i ciekawe kontrasty pomiędzy postaciami nie wystarczyły jednak, by przykuć moją uwagę i zniwelować niesmak spowodowany niespójnością i rażącymi błędami realizacyjnymi filmu, w którym zalana zupą pomidorową biała bluzka w magiczny sposób ulega całkowitemu wyczyszczeniu z ujęcia na ujęcie. Mistrz Yoda powiedział kiedyś, że oczekiwania prowadzą do rozczarowania, rozczarowanie do cierpienia, a cierpienie do nienawiści. No cóż. Za rozdmuchane oczekiwania, jakie miałam wobec autora takich arcydzieł jak „Hiroszima, moja miłość” i „Zeszłego roku w Marienbadzie”, przyszło mi zapłacić wierceniem się w fotelu przez drugą połowę filmu, który nijak nie chciał nabrać ani tempa, ani głębi. Zniecierpliwił mnie nie najwyższej jakości, przewidywalny scenariusz. Od osiągnięcia poziomu całkowitej miernoty obraz ocaliła jedynie doskonała obsada i świetna gra aktorska, dzięki której nawet dość płaskie i jednowymiarowe postaci zyskały pewną atrakcyjność i autentyzm. Moją uwagę najbardziej przykuła Charlotte (Sabine Azéma) – jedyna bohaterka, której motywacja i cele nie są oczywiste już w pierwszych minutach filmu. Nieśmiała i milcząca na co dzień Charlotte zdaje się łączyć w sobie naiwność i ufność dziecka z głęboką wiarą, ofiarnością i gotowością do samopoświęcenia. Dopiero na sam koniec filmu dowiadujemy się, jak mylne jest to wrażenie i jak wyrachowaną grę ze światem prowadzi ta niepozorna kobieta, która szuka usprawiedliwienia i oparcia w żarliwej modlitwie.

Obecność filmu Resnais na przeglądzie nowego kina francuskiego wydała mi się przy tym co najmniej dziwna. Zmarłego przed kilkoma miesiącami reżysera w żaden sposób nie można bowiem określić mianem „nowego” nazwiska francuskiej kinematografii. Co więcej do jego ostatniego obrazu żadną miarą określenie „nowy” również nie pasuje. To raczej wielokrotnie odgrzewane, w dodatku nie najsmaczniejsze kotlety.

Allons, nos citoyens!

Gdybym miała ocenić kondycję nowego kina francuskiego na podstawie repertuaru trwającego właśnie przeglądu, znalazłabym się w kropce. Jak tu bowiem cokolwiek uśrednić, jakie wnioski wyciągnąć, skoro na przestrzeni zaledwie kilku dni miałam okazję zobaczyć coś naprawdę kiepskiego, coś całkiem przyzwoitego i coś rzeczywiście dobrego? Bawić się w dyplomację i stwierdzić, że „nowe kino francuskie poszukuje i eksploruje”? Tylko czy to jest coś wyjątkowego, czy raczej inherentna cecha sztuki filmowej? Czy polskie kino, rumuńskie kino czy nawet niezależna kinematografia chińska nie robią dokładnie tego samego? Czy one też nie poszukują i nie eksplorują?

„Allons, nos citoyens!” – brzmi więc mój apel zarówno do organizatorów przeglądu, jak i francuskich kinematografów, jeśli któryś przypadkiem na ten tekst natrafi. Wiem, że potraficie! Wystarczy wspomnieć o największym nieobecnym tegorocznego przeglądu – o francuskim kinie sensacyjnym, które od lat nieprzerwanie prezentuje najwyższy, światowy poziom. Przecież „36, Quai des Orfevres”, czy „Frank Riva” – to klasa sama w sobie! Tak więc: „Allons, nos citoyens” – do boju! Dajcie trochę z siebie. Pozwólcie również polskiej widowni choć przez chwilę nacieszyć się produkcjami na takim poziomie! Chociaż Przegląd Nowego Kina Francuskiego stanowi mocno wyczekiwane i bardzo pożądane urozmaicenie filmowego kalendarza polskiego kinomana, to z przykrością trzeba zauważyć, że większość tegorocznych propozycji festiwalowych jest jednak – przy całej ich wspomnianej na wstępie lekkości – dosyć wtórna i niczym nie zaskakuje.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 281

(21/2014)
27 maja 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj