Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Komentarz nadzwyczajny > Wolność i solidarność

Wolność i solidarność

Piotr Sztompka

„Nie ma Wolności bez Solidarności”. Dobrze znamy to hasło wypisane na sztandarach ruchu społecznego, który przyniósł nam wolność. Warto zastanowić się, czy między wolnością i solidarnością nie zachodzi jakiś związek fundamentalny – nie historyczny, odnoszący się do wydarzeń sprzed ćwierćwiecza, lecz uniwersalny. Pisze Piotr Sztompka.

Najważniejszym dla człowieka faktem egzystencjalnym, określanym od starożytności jako jego „natura społeczna”, jest życie i działanie w otoczeniu innych, w mniej lub bardziej określonych relacjach z innymi, a nigdy osobno. Jak pisał Józef Tischner: „Żyjemy zawsze z kimś, przy kimś, obok kogoś, wobec kogoś, dla kogoś”. Przestrzeń międzyludzka jest ukonstytuowana przez rozmaite odniesienia jednych ludzi do drugich. Społeczeństwo jest tym, co dzieje się pomiędzy ludźmi, to suma zdarzeń w przestrzeni międzyludzkiej.

W takiej perspektywie pojedynczy człowiek jawi się niczym więcej, jak tylko lokatorem pewnego unikalnego miejsca w przestrzeni międzyludzkiej, swoistym węzłem w sieci interpersonalnych relacji. Wszystko co w nas ludzkie, stanowi efekt powiązań z innymi i realizuje się poprzez te relacje. Osobni, oddzielni i autonomiczni jesteśmy tylko jako organizmy biologiczne, te – jak pogardliwie określał to Zbigniew Herbert – worki ze skóry, w których „fermentują dziwne mięsa”. Jednostka autonomiczna, niezależna od innych, oderwana od kontekstu społecznego to tylko abstrakcja nie mająca realnego odpowiednika w rzeczywistości.

Takie podejście pozwala nam odrzucić od razu pewne potoczne rozumienie wolności: wolności jako możliwości działania całkowicie dowolnego, niczym nieskrępowanego i nieograniczonego. Taka wolność w świecie ludzkim po prostu nie istnieje. Bowiem zawsze brać musimy pod uwagę innych. I dopiero przy ich pomocy możemy zrealizować nasze potrzeby i aspiracje. Bez nich, jak pisał nowożytny filozof Thomas Hobbes, „nasze życie jest samotne, biedne, parszywe, prymitywne i krótkie”, uwikłane w „wojnę wszystkich przeciwko wszystkim”.

Dochodzimy w ten sposób do jedynego sensownego rozumienia wolności jako działania w określonym polu swobodnych wyborów, ale zawsze ograniczonych przez innych. To nie my sami tworzymy ramy naszej wolności – jesteśmy wolni tylko o tyle, o ile nie naruszamy czyjejś wolności.

Granice wolności

Wolność nakłada zatem na jednostkę zobowiązanie przekroczenia horyzontu egoistycznych interesów. Najszersze granice wolności zakreślają normy, zakazując pewnych czynów (np. w prawie karnym) i nakazując inne (np. w prawie cywilnym czy administracyjnym). Pole pozostawione wolności w myśl zasady, że to, co nie zakazane jest dozwolone, staje się bardzo szerokie. Już w prawie rzymskim formułowano dewizę, że nie wszystko, co legalne jest godne. Dalsze zawężenie pola wolności przynoszą więc wartości i normy moralne. Wskazują reguły bardziej precyzyjne, nie tylko tabu i wymagania, ale określają także przyzwolenia (co czynić można, ale się nie musi) i preferencje (jak postępować wzorowo, heroicznie – choć nie od każdego można tego oczekiwać). W tak prawnie i moralnie określonym polu wolności możemy postępować jak chcemy, możemy realizować swoje cele, zamiary, aspiracje, podejmować wybory i… nikomu nic do tego.

Patologiczna sytuacja polega na tym, że ten zakres „wolności od”, zwanej wolnością negatywną, może być zbyt zawężony poprzez ingerencje w najdrobniejsze szczegóły naszego życia – tak się dzieje w autokracji, dyktaturze, państwie totalitarnym – lub przeciwnie, gdy regulacja ulega erozji lub jest zbyt permisywna – jak w sytuacji rozpadu państwa czy anarchii.

W społeczeństwie demokratycznym konstytucja, prawo stanowione, kodeksy etyczne dają nam wolność potencjalną, konkretyzowaną w wielu obszarach życia w postaci różnych wolności w liczbie mnogiej – praw obywatelskich, cywilnych czy najbardziej podstawowych praw człowieka: prawa do nietykalności cielesnej, godności, prywatności, własności, swobody wypowiedzi, swobody stowarzyszania się, prawa do pracy, edukacji, działalności gospodarczej. Powtórzmy jednak: wolność ma tu ciągle charakter potencjalny, stanowi jedynie możliwość otwierającą się przed ludźmi. Aby mogła być zrealizowana, abyśmy mogli rzeczywiście osiągnąć nasze cele, zamiary, aspiracje, wykorzystać różnorodne opcje, jakich dostarcza pole wolności, spełnione być muszą dwa warunki dodatkowe.

Dobrobyt a moralność

Pierwszy to pewien poziom dobrobytu materialnego. Cóż mi po wolności nieograniczonych wyborów konsumpcyjnych, cóż mi z tego, że na rynku jest 50 modeli aut, skoro nie stać mnie na większość z nich? Takim twardym warunkiem wolności – rozwojem gospodarczym – zajmują się ekonomiści. Jest jednak warunek drugi, można powiedzieć – miękki, a dla socjologa najważniejszy: rozwój moralny.

Z faktu, że nasze życie upływa w nieustannych relacjach z innymi wynika, że wszelkie nasze zamiary zrealizować możemy nie przeciw innym czy obok innych, ale z nimi i poprzez nich. Nie w izolacji, ale w kooperacji. To jest druga, pozytywna strona wolności – „wolność do”. „Dla skutecznego działania jednostki potrzebują, szukają i korzystają z więzi z innymi” – pisze oksfordzki socjolog Stein Ringen. I rzeczywiście, jeśli chcę coś kupić, muszę spotkać się z kimś, kto mi to sprzeda; jeśli chcę się zatrudnić, muszę znaleźć pracodawcę; jeśli chcę przekazać jakąś wiedzę, muszą znaleźć się osoby, które zechcą mnie słuchać. I ci inni muszą też kierować się pewnymi regułami moralnymi, tworzyć razem ze mną wspólną przestrzeń etyczną czy – używając innej terminologii – stanowić społeczeństwo obywatelskie. Bez tego moja wolność będzie pusta, tylko formalna. „Instytucje wolne – pisał John Stuart Mill – stają się prawie niepodobieństwem wśród ludu nie związanego żadnym węzłem wzajemnej sympatii”.

Obywatel czy mieszkaniec?

I tu dochodzimy do pojęcia solidarności. To skrót pojęciowy na oznaczenie całej gamy istotnych więzi międzyludzkich oraz regulujących je wartości i norm. Najważniejsze to zaufanie, lojalność, wzajemność, tolerancja, gotowość do współpracy, odpowiedzialność za słowo, poczucie obowiązku wobec wspólnoty. „Żadne wolne społeczeństwo nie przetrwa długo – pisze brytyjski filozof John Gray – bez trwałych tradycji moralnych i konwencji społecznych. Alternatywą dla takich norm będzie nie indywidualność i autonomia, lecz przymus i patologie społeczne”. Tylko wtedy, gdy żyję i działam w społeczeństwie obywatelskim, spojonym takimi więziami i afirmującym takie wartości i normy, moja wolność nabiera wymiaru realnego. Nie jest tylko obietnicą, a spełnieniem – nie tylko szansą, ale środkiem mojej samorealizacji. Tylko gdy znajduję się razem z otaczającą mnie społecznością we wspólnej przestrzeni etycznej, mam poczucie egzystencjalnego bezpieczeństwa, przewidywalności reakcji z jakimi się spotkam, jestem gotów do otwartości wobec innych, kreatywności i innowacyjności. Staję się aktywnym obywatelem, a nie tylko mieszkańcem, pasażerem na gapę. I tylko wtedy podmiotowa aktywność nas wszystkich zapewnia każdemu jakąś miarę osobistego szczęścia, a społeczeństwu rozwój i postęp.

Istnienie wspólnoty obywatelskiej opartej na więziach etycznych to klucz do pomyślności społeczeństwa. W życiu codziennym więzi moralne sprawiają, że odnosimy się do innych z życzliwością i liczymy na to samo w zamian, pomagamy obcym, nie boimy się nowych kontaktów. W gospodarce dzięki więziom moralnym przedsiębiorcy zakładają firmy, inwestują, oszczędzają, biorą kredyty, tworzą innowacje – a efektem ich zbiorowej aktywności jest wzrost gospodarczy. W polityce więzi moralne sprawiają, że obywatele idą do wyborów, uczestniczą w działalności samorządowej, powołują stowarzyszenia, fundacje, uczestniczą w ruchach społecznych, interesują się sprawami publicznymi. Tętno życia politycznego bije wtedy na dole, w kręgach społeczeństwa obywatelskiego, a nie tylko wśród elit politycznych i na ekranach telewizorów.

W oblężonej twierdzy

Gdy solidarności autentycznej brakuje, pojawia się patologiczna, ksenofobiczna i nietolerancyjna forma solidarności, którą brytyjski antropolog społeczny Edward Banfield określał jako „amoralny familizm”. Chodzi o solidarność ograniczonej liczebnie grupy – kiedyś plemienia, dzisiaj środowiska profesjonalnego, związku zawodowego, partii politycznej, sekty religijnej, organizacji mafijnej. O sile takiej solidarności decyduje ślepa lojalność wewnętrzna i pełne posłuszeństwo wobec przywódcy, a odgradza się szczelnym murem niechęci i agresji od szerszego społeczeństwa. Taka solidarność nie łączy, lecz dzieli, nie integruje – lecz wyklucza, tworzy nieprzezwyciężalną dychotomię „my–oni”, rezerwując wszelkie cnoty tylko dla swoich, a wszelkie grzechy przypisując obcym, ba – odmawiając im nawet ludzkiej godności. To nie jest solidarność współpracy, lecz solidarność oblężonej twierdzy. Wspólna przestrzeń etyczna występuje tylko wewnątrz zamkniętej grupy, na zewnątrz natomiast tolerancję zastępuje ksenofobia, zaufanie – paranoiczna podejrzliwość, życzliwość – brutalna wrogość, debatę zastępują inwektywy, a dobro wspólne – wąski interes grupowy.

Trzy zegary

Burzliwe bywają dzieje terminów filozoficznych. Widać to w swobodzie interpretacji, czym jest solidarność i wolność, i co łączy te dwa pojęcia. Od upadku komunizmu minęło ćwierć wieku i nadal uczymy się nimi posługiwać.

W rok po przełomie ustrojowym, w pierwszej książce o jesieni narodów, niemiecki socjolog Ralf Dahrendorf użył metafory trzech zegarów, które biegną różnym rytmem. Zegar polityczny najszybciej, bo podstawowe zmiany konstytucyjne i prawne budujące demokrację na gruzach autokracji można wprowadzić w kilka miesięcy. Zegar ekonomiczny biegnie wolniej, bo przestawienie gospodarki z centralnego planowania na wolny rynek musi zabrać lata. Najwolniej jednak, według Dahrendorfa bije zegar społeczeństwa obywatelskiego i regulacji aksjonormatywnych. Przestawienie mentalności i kultury ze zniewolonego „Homo Sovieticus” na tory demokracji i wolności wymaga pokoleń. Ludzie adaptują się do nowego systemu politycznego i ekonomicznego, uczą się jego reguł gry – ale dzieje się to bardzo powoli. A bez tego rewolucja jest niepełna, niedokończona.

Niestety, Dahrendorf się nie mylił. Przez ostatnie ćwierćwiecze zbudowaliśmy solidny nowy dom – demokratyczne państwo i kapitalistyczną gospodarkę, co więcej dom zgrabnie wkomponowany w piękne europejskie osiedle – ale wspólnota lokatorów, społeczeństwo obywatelskie ciągle bardzo szwankuje. I dlatego wolność polityczna i gospodarcza jest często jedynie potencjalna, a ich realizacja najwyżej częściowa. Solidarność w szerokim sensie etycznej przestrzeni współpracy nie wykształciła się jeszcze. A jak już wiemy, nie tylko z transparentów, nie ma wolności bez solidarności. „Sądzić, że pewna forma rządu zapewni wolność i szczęście bez rozwiniętych cnót obywatelskich to chimera” – pisał ponad 200 lat temu James Madison, jeden z twórców konstytucji amerykańskiej.

Mamy natomiast w nadmiarze patologię solidarności: lojalności i tożsamości partykularne, niszowe i głębokie podziały społeczne – środowiskowe, klasowe, polityczne. A efektem staje się fragmentaryzacja i relatywizacja reguł moralnych. „Polaryzacja moralna – pisze amerykańska historyk Gertruda Himmelfarb – jest bardziej niebezpieczna niż polaryzacja dobrobytu”. Taka pseudo-solidarność, wykluczająca, a nie obejmująca innych, nie daje szans wolności – przeciwnie: wolność dodatkowo ogranicza.

Pytając, czym jest wolność

Georg Wilhelm Hegel pisał: „Moja wolność zależy od tego, czy inni respektują moją wolność i jak sam korzystam z wolności”. Jak z tym jest źle i jak niepełny i ułomny jest kształt naszej polskiej wolności, ujawni się najlepiej, jeśli zadamy kilka retorycznych pytań, celowo prowokacyjnie wyjaskrawionych:

– Co nam z wolności demokratycznych wyborów, gdy z tej szansy nie korzysta 80 proc. obywateli?

– I co z prawa do głosowania, gdy każe się nam wybierać do Parlamentu Europejskiego miedzy bokserem, pływaczką, modelką z Playboya i błaznem? Jak to daleko od marzenia jednego z ojców demokracji Jamesa Madisona, który pisał: „Wierzę, że ludzie mieć będą cnoty i rozum, aby wybierać tylko cnotliwych i rozumnych”.

– Co z szacunkiem dla klasy politycznej, gdy jest to klasa bez klasy, samokrytycyzmu i poczucia honoru.

– Co z wolnością słowa, gdy jest legitymacją dla oszczerstw, pomówień i obelg, wykorzystywana dla znieważania i opluwania innych? Co z szacunkiem dla innych, gdy odpowiedzią jest chamstwo?

– Co z odpowiedzialnością za słowo, gdy z ust polityków, publicystów i celebrytów, którzy jako autorytety powinni dostarczać wzorców prawdomówności, słyszymy tezy bez podstaw, krytyki bez kryteriów, obietnice bez pokrycia?

– Co ze swobodami demokratycznymi, gdy są wykorzystywane do podważania demokracji, co z wolnością dla wrogów wolności, jak pytał jeden z przywódców rewolucji francuskiej, Saint Just? Gdy do Parlamentu Europejskiego idą deputowani, którzy chcą parlament rozbić.

– Co z tolerancją, gdy reakcją na odmienność obyczajową czy seksualną jest rechot, groźby i ksenofobiczne ekscesy?

– Co z wolnością sumienia, gdy odejście od dominującej ortodoksji religijnej może sprowadzić szykany? I odwrotnie, co z wolnością religii wobec wojującego, agresywnego antyklerykalizmu?

– Co z wolnością gospodarczą, gdy często ten, kto przejawia inicjatywę przedsiębiorczą jest traktowany jak potencjalny oszust, zderza się z podejrzeniami, nieustannymi kontrolami, biurokratycznymi barierami i niechęcią urzędników?

– Co z zaufaniem do państwa, gdy minister finansów jednostronnie zrywa kontrakt z przyszłymi emerytami i cynicznie manipuluje, dając im złudzenie demokratycznego wyboru, gdy efekt jest przesądzony przez samą procedurę wyboru?

– Co z wolnością mediów, gdy co wieczór wpycha się nam do domów przez okienko telewizyjne tych samych zgranych polityków w inscenizacji meczu bokserskiego lub tych samych zgranych celebrytów w formule snobistycznych turniejów?

– Co z życzliwością, gdy tych, którym udało się coś lepiej od nas, obdarzamy bezinteresowną zawiścią, jak w tym słynnym kawale o polskim piekle, gdzie grzeszników nie trzeba pilnować, bo sami się ściągną w smołę?

– Co ze współczuciem i troską o bliźniego, gdy bandyta bije w tramwaju niewidomego, a nikt nie rusza w jego obronie?

Przyszłość wolności

Ten dysonans między wielką szansą wolności, jaką przyniósł nam rok 1989 i jej dzisiejszym wykorzystaniem, to nasza ogólnospołeczna trauma transformacji. Na pytanie o przyszłość wolności odpowiadam tak: dopełnienie wolności formalnej, potencjalnej zapewnionej przez demokratyczne państwo i prawo do wymiaru autentycznego i realistycznego, będzie możliwe tylko pod warunkiem konsekwentnej budowy społeczeństwa obywatelskiego i doskonalenia poziomu moralnego obywateli. „Jeśli rzeczywiście pragniemy demokratycznego społeczeństwa – pisał amerykański socjolog Robert Bellah – etyczna praktyka społeczna jest nie tylko szansą ale imperatywem”. Najpilniejsze zadanie naszej niedokończonej rewolucji to zaprowadzenie ładu moralnego w przestrzeni międzyludzkiej.

To nie dokona się poprzez moralizatorstwo czy dyrektywy odgórne. „Kultura moralna rodzi się z niezliczonej ilości małych, codziennych zachowań milionów ludzi. Aby odrodzić kulturę trzeba to robić detalicznie, a nie hurtowo” – pisze amerykański politolog James Q. Wilson. Nadzieja więc w samorządności, w działaniach oddolnych, we wspólnotach lokalnych, dobrowolnych stowarzyszeniach, amatorskich drużynach sportowych, klubach dyskusyjnych, kółkach artystycznych, ruchach społecznych, organizacjach pozarządowych. To tutaj formują się więzi moralne, nawyki współpracy, gry fair, wzajemne zaufanie. Nauczyć ludzi dobrego korzystania z wolności, to wyzwanie na najbliższe lata. Inaczej wolność pozostanie tylko pięknym hasłem na rocznicowe okazje.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 296

(36/2014)
9 września 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj