Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Szersze horyzonty, czyli...

Szersze horyzonty, czyli o poboczach weneckiego festiwalu. [Dwugłos II]

Mikołaj Kunicki

Najciekawsze wydarzenia filmowe tegorocznego święta filmu w Wenecji rozegrały się poza głównym konkursem. Odwiedzając poboczne sekcje festiwalu, można było zapoznać się między innymi z ekranizacją prozy Calvino, dokumentem na temat mafijnych koneksji Berlusconiego oraz „Zupą diabła”, czyli rozliczeniem z włoską modernizacją.

W gorączkowej pogoni za projekcjami filmów dopuszczonych do konkursu głównego w Wenecji dość łatwo zignorować inne przeglądy odbywające się w ramach tego najstarszego festiwalu filmowego. Mam tutaj przede wszystkim na myśli takie cykle, jak Orizzonti (Horyzonty), Tydzień Międzynarodowych Krytyków Filmowych, Dni Autorów, a przede wszystkim – Venezia Classici, prezentujący odrestaurowane produkcje sprzed wielu lat. To właśnie ta ostatnia selekcja dostarczyła mi najwięcej satysfakcji, ale również i rozczarowań.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że drapieżne filmy mistrzów o wiele dogłębniej i pioniersko podejmowały dialog z kondycją świata, społeczeństwa i polityki niż współczesne produkcje.

Mikołaj Kunicki

W tym roku, dzięki staraniom Filmoteki Bolońskiej oraz Narodowego Muzeum Kinematografii w Turynie, ponownie zabłysły skarby włoskiego kina. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że drapieżne filmy mistrzów o wiele dogłębniej i pioniersko podejmowały dialog z kondycją świata, społeczeństwa i polityki niż współczesne produkcje. Pokazywane w tym roku dzieła Marca Ferreriego, Elio Petriego i Marca Bellocchio pozostają doskonałymi przykładami roli filmowca jako bacznego obserwatora i analityka, artysty zaangażowanego, łączącego społeczną sejsmografię z filmową innowacyjnością.

Audiencja

Rozrachunki z Mao, potyczki z Watykanem

„Audiencja” Ferreriego to jeden z jego najwybitniejszych, ale i najmniej znanych filmów. Zrealizowana w 1976 kafkowska historia nieudanych starań oficera rezerwy Amadeo o audiencję z papieżem bawi swoim ikonoklastycznym anarchizmem, dokumentuje klimat zawiedzionych nadziei po krótkim pontyfikacie Jana XXIII, ale przede wszystkim – poraża wspaniałymi aktorskimi kreacjami Ugo Tognazziego, Michela Piccoli, Vittorio Gassmana, Claudii Cardinale oraz Enzo Jannacciego, w roli głównego bohatera. Nigdy nie rozszyfrujemy obsesyjnego pragnienia Amadeo, aby dotrzeć do głowy Kościoła katolickiego. To niedomówienie, tak obce współczesnemu kinu, lecz tak bardzo bliskie Kafce lub Buñuelowi, błyszczy w scenie spotkania bohatera z holenderskimi teologami raczącymi się szampanem przy suto zastawionym stole w luksusowej restauracji.

Jeszcze większe wrażenie wywiera rewolucyjna, ale i prorocza wizja końca chadeckiego establishmentu Włoch autorstwa Petriego. Oniryczne, hipnotyzujące i legendarne „Todo Modo”, odsądzane od czci i wiary w latach 70., zapomniane i wreszcie przywrócone do należnej mu pozycji w kanonie kina światowego (w tych dniach odbyła się w Londynie krótka retrospektywa filmów Petriego) przeraża, fascynuje, ale i bawi swoim komizmem. Duchowe ćwiczenia lub raczej rekolekcje przeprowadzane przez demonicznego jezuitę Don Gaetano (wspaniały Marcello Mastroianni) dla wierchuszki włoskiej chadecji w przypominającym schron przeciwatomowy podziemnym kompleksie prowadzą do psychicznej i fizycznej zagłady tej politycznej formacji. Chadeccy bosi przeprowadzają fałszywy rachunek sumienia, prowadzą walki frakcyjne, stają się ofiarami zabójstw lub giną z własnej ręki. „Todo Modo” jest przede wszystkim popisem aktorskim Gian Maria Volontè w roli lidera partii, ucharakteryzowanego na Aldo Moro, uprowadzonego i zamordowanego przez Czerwone Brygady w 1978, dwa lata po premierze filmu. To arcydzieło kina demaskatorskiego, oskarżenie klasy politycznej, która zawłaszczyła sobie państwo i legła w gruzach za sprawą macek i układów mafijnych, które sama stworzyła. To świat teczek zbieranych na politycznych rywali, podsłuchów oraz matactw i sojuszy zawieranych dla doraźnych korzyści. Mimo upływu 38 lat, film Petriego pozostaje pozycją jak najbardziej aktualną.

Berluscone

Bardziej historyczna, choć również świetnie osadzona w realiach Włoch lat 60., jest wizja Bellocchio z jego „La Cina è vicina” („Chiny nadchodzą”) z 1967. Jak stwierdził przed laty sam reżyser, nie chodziło mu o propagandę maoistowską, ale raczej o ukazanie dwóch grup społeczeństwa włoskiego sprzed 40-50 lat, tych dla których Chiny Mao (symbolizujące społeczno-polityczne trzęsienie ziemi) były zbyt blisko (arystokratyczna rodzina Galdini Malvezzich) oraz tych, dla których rewolucyjne zmiany były zbyt odległe. Przede wszystkim film jest jednak studium politycznego i społecznego oportunizmu. Tak jak arystokrata Vittorio zmienia partie polityczne w zależności od koniunktury (zjadliwa satyra na włoskie transformismo, układziki polityczne oraz brak kręgosłupa światopoglądowego), tak jego sekretarz, pochodzący z plebsu Carlo, nie cofnie się przed niczym, aby wspiąć się na wyższe szczeble elity społecznej. Smaczku filmowi dodaje obraz zakłamania w obrębie lokalnych społeczności, precyzyjna praca kamery (zwłaszcza dokumentalna scena z chórem chłopców śpiewających kościelne pieśni choremu proboszczowi) oraz doskonała muzyka Ennio Morricone.

Jeszcze jedna odrestaurowana perełka starego kina włoskiego pokazana w Wenecji to półgodzinna nowela autorstwa Nino Manfrediego, z nim samym w roli głównej. To „Przygoda żołnierza” z 1962, oparta na opowiadaniu Italo Calvino. Film Manfrediego ma w sobie to, za co kochaliśmy włoskie kino lat 50. i 60. Coś, co znamy z filmów Felliniego lub Monicelliego: wdzięk, lekkość, komizm i subtelny erotyzm. Podczas krótkiej podróży pociągiem żołnierz (Manfredi) wdaje się (z wzajemnością) w zmysłową grę z atrakcyjną wdową. Manfredi jako reżyser zdołał odświeżyć konwencję niemego kina, burleski i slapsticku.

„Spacerując po Moskwie”, czyli o fałszywych klasykach

Mimo sukcesu całej retrospektywy, Venezia Classici nie uniknęła wpadek. W przypadku wszystkich przeze mnie omówionych filmów, widzowie mieli okazję wysłuchać komentarzy twórców, krytyków oraz przyjaciół i krewnych reżyserów. Niestety, w przeciwieństwie do podobnych pokazów filmów spoza Włoch, organizatorzy festiwalu zignorowali obcą publiczność, nie angażując tłumaczy angielskiego.

Problemem był też wybór klasyków z innych krajów. Turecki „Gelin” („Żona”) Ömera Lüfti Akada z 1973 była filmem ważnym w kontekście przemian obyczajowych, praw kobiet, wizji nowoczesnej Turcji i krytyki kapitalizmu. Sam film jednak trąci myszką, przede wszystkim z powodu prymitywnej dydaktyki oraz formatu telenoweli. Nasuwa się pytanie, dlaczego instytucje tureckiej kinematografii oraz organizatorzy festiwalu nie sprowadzili filmu Yilmaza Güneya, najwybitniejszego twórcy lat 70., któremu nie obce były powyższe tematy?

CHINAISNEAR-SPTI-04.tif

Jeszcze gorzej wypadły filmy z Europy Środkowo-Wschodniej. Trudno mi wytłumaczyć wybór „Bez końca” Krzysztofa Kieślowskiego, najsłabszego filmu w dorobku autora „Amatora”. Natomiast za prawdziwy skandal uważam obecność „Spaceruję po Moskwie” Georgija Daneliji z 1964. Po wyjściu z seansu usłyszałem następujący komentarz młodego rosyjskiego widza: „Czy naprawdę nie można było pokazać niczego innego z radzieckiej kinematografii, zwłaszcza teraz?!”. Lukrowana pocztówka z 24 godzin wędrówki grupy młodych ludzi po Moskwie (w roli głównej młodziutki Nikita Michałkow) jest przykładem radzieckiego eskapizmu filmowego ery Chruszczowa, ale i Breżniewa. Moskwa jawi się naszym oczom jako nowoczesna i zasobna metropolia, gdzie robotnicy oraz poborowi słuchają muzyki klasycznej oraz jazzu, uczą się angielskiego, a robotnicy z Syberii stają się wziętymi pisarzami i otrzymują w laurze uczucie pięknych moskwianek, wszystko to pod bacznym, ale i łagodnym okiem milicjantów, bileterek w metrze oraz innych przedstawicieli państwa. Ta mieszanka socrealizmu oraz zapożyczeń z zachodniego kina o młodych jest interesująca dla historyka filmu. Problem polega na tym, ze przedstawiciele fundacji Gosfilmofond, która odpowiadała za odrestaurowanie filmu, przedstawili go jako wieczny klasyk, arcydzieło. Włoska publiczność była uprzejma, ale radosne reakcje dobiegały wyłącznie z sektora zajmowanego przez rosyjskich gości. Wybór takiego filmu, zwłaszcza w kontekście obecnej sytuacji na Wschodzie, zakrawa na kpinę. Przypomnę tylko, że w tym roku minęła 50. rocznica premiery „Cieni zapomnianych przodków” Siergieja Paradżanowa. Ale może temat ukraińskiej kultury ludowej, którą uwiecznił radziecki reżyser, nie mieści się w weneckim pojęciu festiwalowej dyplomacji?

O wilkach i rekinach, czyli filmowa oferta Południa i Wschodu

Wśród filmów przedstawianych w cyklach „Orizzonti” oraz Tydzień Międzynarodowych Krytyków Filmowych znalazły się również filmy z południowo-wschodniej Europy oraz Zakaukazia. Warto przez chwilę przyjrzeć się produkcjom kinematografii serbskiej, azerskiej i gruzińskiej, z reguły nieobecnym na polskim rynku filmowym. „Niczyje dziecko” Vuka Ršumovicia jest opartą na faktach historią chłopca wychowanego przez wilki w Bośni i odnalezionego na kilka lat przed wybuchem wojen w byłej Jugosławii. Mimo wyraźnej inspiracji „Dzikim dzieckiem” François Truffauta, reżyserowi udało się uniknąć perspektywy wychowawców małego Harrisa. Opowiedział historię z punktu widzenia dziecka porzuconego, adoptowanego, a na sam koniec – ponownie wykluczonego przez społeczeństwo. Przywracanie chłopca cywilizacji odbywa się tuż przed rozpadem Jugosławii. W momencie gdy Harris wydaje się gotów wkroczyć w nowe życie, wybuch wojny niszczy długotrwały i żmudny proces socjalizacji i katapultuje chłopca do punktu wyjścia – w lasy Bośni, tym razem zaludnione zwalczającymi się paramilitarnymi grupami. Film Ršumovicia nie popada jednak w patos ani prymitywną symbolikę. Ogromna w tym zasługa odtwórcy roli głównej, Denisa Murica. Od dawna nie widziałem tak doskonałej kreacji w wykonaniu dziecka.

Gruziński „Limit kredytowy” Salome Alexi to z kolei historia Nino, czterdziestoletniej mieszkanki Tbilisi, która – aby ratować resztki komfortu swojej zubożałej rodziny – popełnia finansowe samobójstwo, wpadając w sidła lichwiarzy i bankowców. Film nawiązuje do masowego zadłużenia i utraty majątków sporej części ludności Gruzji w ciągu ostatnich 6 lat. Jest to niewątpliwie kino nie tylko „interwencyjne”, ale przede wszystkim kobiece. Nasuwa się jednak tylko pytanie: co stało się gruzińskimi mężczyznami w filmie Alexi? Czy popełnili kolektywny akt symbolicznej kastracji?

Nowe horyzonty, stare wyzwania, czyli o wyższości dokumentu

Cykl „Horyzonty” potwierdził tezę, że w zalewie komercyjnego kina oraz zdeklarowanych acz pretensjonalnych produkcji sprzedawanych pod szyldem filmu artystycznego, dokument bądź paradokument może stanowić wartościową alternatywę. „Belluscone: historia sycylijska” Franco Maresco, zdobywcy nagrody jury w serii Orizzonte, jest fikcyjnym dokumentem, który koncentruje się na wpływie ery Silvio Berlusconiego na społeczność południowych Włoch. Akcja toczy się na trzech płaszczyznach: nieukończonego dokumentu usiłującego zdemaskować powiązania Berlusconiego z mafią, serii wywiadów z impresario muzycznej sceny „neomelodic”, włoskiego odpowiednika disco polo, mekki zwolenników Berlusconiego oraz prywatnego śledztwa przyjaciela nieszczęsnego reżysera. Komiczny, gorzki i zjadliwy, „Belluscone” sprowokował włoską publiczność do dialogu z cytatami z filmu. Kwestie takie jak: „Gdyby mój syn został karabinierem to wyrzuciłbym go z domu” lub „Mafii nie ma. Są tylko przyjaciele, zaś państwo nie istnieje”, spotykały się z żywiołową reakcją widowni.

Todo modo

„Zupa diabła” („La zuppa del demonio”, tytuł zapożyczony z opisu pieca hutniczego pióra Dino Buzzattiego) Davide Ferrario była dla mnie największą perełką tegorocznego festiwalu. Podany w charakterze wizualnego eseju film Ferrario stanowi retrospektywę włoskiego filmu przemysłowego, od jego narodzin na początku XX w., do zaniku w latach 70. ubiegłego stulecia podczas kryzysu naftowego. To zapis utopii industrializacji oraz technologicznego i cywilizacyjnego postępu, przetykany cytatami wybitnych włoskich intelektualistów: futurystów, orędowników faszystowskiej modernizacji, propagatorów społecznej inżynierii oraz jej krytyków. Ferrario nie jest zainteresowany analizą społeczno-politycznego i historycznego dyskursu, ani też promowaniem nostalgii; raczej próbuje przekazać uczucie optymistycznej energii, która miała pchnąć Włochy w stronę świetlanej przyszłości. Logicznym początkiem filmu są migawki z dokumentu „Fabryka Fiata w Corso Dante” z 1911, korespondujące ze słynną uwagą Filippo Tomasso Marinettiego, że sam „postęp, choć może być oszustem, zdrajcą, mordercą, złodziejem czy podpalaczem, ma zawsze rację”. Obrazy drzew oliwnych usuwanych przez buldożery na placu budowy huty w południowych Włoszech, modelowe miasto przemysłowe wybudowane przez koncern Olivetti czy wreszcie perwersyjny projekt rehabilitacji morskiego habitatu poprzez zatopienie wraków samochodowych, wprawiają widza w osłupienie. Podobnie jak opis Mediolanu z lat 60. dokonany przez Luciano Biancardiego: „[Mediolan] nie jest miastem lub wsią, to wielkie nic, ogromna, chaotyczna maszyneria, bez nieba ani duszy. (…) Jednak każdy nalega by nazywać go sercem Włoch”.

Jednak Ferrario nie popada ani w zjadliwą ironię, ani w farsę. Film jest po części hołdem złożonym robotnikom i poczuciu wspólnoty opisanym przez Ermanno Olmiego, który sam zaczynał karierę od reżyserii filmów przemysłowych. „W tamtym czasie żywiło się dumę z faktu należenia do firmy, kolektywu, ludzkiego zespołu dokonującego dzieła historycznej transformacji”. Sekunduje mu Giorgio Bocca w komentarzu wieńczącym epilog: „Wszystkie rzeczy, które teraz uważamy za szpetne, wtedy wydawały nam się wspaniałe: samochodowe korki, rozbuchany konsumeryzm. (…) Być może spoglądaliśmy na Włochy przez różowe okulary zaś nasze neokapitalistyczne zauroczenie było naiwne. Lecz lata 60. były szczęśliwe, były włoskim cudem, cóż z tego, że cudem zbyt kruchym?”.

Zamiast pointy: umiędzynarodowić Gdynię i Iluzjon?

Pesymistycznym akcentem jest brak polskiego kina w Wenecji. Oprócz wspomnianego już „Bez końca”, publiczność festiwalowa miała okazję obejrzeć „Idę” Pawła Pawlikowskiego na specjalnym pokazie w ostatnim dniu festiwalu. Jest to zdecydowanie za mało, biorąc pod uwagę niezłą kondycję naszej kinematografii w ostatnich latach. Bez aktywnej roli rodzimych producentów, organizatorów Festiwalu Polskich Filmów w Gdyni lub Nowych Horyzontów, polskie kino pozostanie poza międzynarodowym obiegiem. Należy przede wszystkim zadbać o to, aby dobrze rokujące filmy pokazywać w Gdyni z angielskimi napisami. Podobnie rzecz się ma z klasykami. Zarówno Filmoteka Narodowa, jak i Polski Instytut Sztuki Filmowej mogłyby się wiele nauczyć od takich instytucji jak Filmoteka Bolońska, która oprócz renowacji starych filmów, udostępnia je szerokiej publiczności.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 297

(37/2014)
16 września 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj