Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Apokryfy Nowej Fali....

Apokryfy Nowej Fali. Recenzja filmu „W cieniu kobiet” Philippe’a Garrela

Michał Piasecki

Najnowszy obraz Philippe’a Garrela krąży wokół stałych w kinie tego reżysera motywów wierności i zdrady, a przy okazji zgłębia istotę kobiecości i męskości. Czy Garrel ma jeszcze coś ciekawego do opowiedzenia i umie uniknąć ckliwego sentymentalizmu?

Kino Philippe’a Garrela już dawno straciło rewolucyjną energię lat 60. Zastygłe w rozpoznawalnej manierze stało się nużąco przewidywalne. „W cieniu kobiet” nie szuka drogi wydostania się z tej ślepej uliczki, przeciwnie – swoją słabość próbuje przekuć w atut.

Clipboard02

Garrel należy do grona twórców urodzonych zbyt późno (1948 r.), by załapać się na eksplozję nowofalowej twórczości, a jednocześnie wystarczająco wcześnie, aby stać się częścią złotej młodzieży maja ’68. Będąc dzieckiem kulturowej rebelii, być może jako jedyny z taką powagą i konsekwencją potraktował wezwania do dokończenia dzieła zainicjowanego przez swoich poprzedników. Powoli dogasające barykady nie zniechęcały go: pozostał wierny swojej hermetycznej wizji. Nawet jeśli jego kino bywało niezrozumiałe czy wręcz bełkotliwe przez nieczytelny symbolizm, to zawsze jednak ujmujące w swoim dziwacznym autentyzmie. Garrel, przyznając słuszność diagnozie Godarda z „Weekendu” o „końcu kina”, kompulsywnie poszukiwał pojemniejszych form filmowego wyrazu i tworzył coś pomiędzy erudycyjnym, akademickim esejem a intymną autobiograficzną opowieścią. Sięgając do kolejnych krytycznych języków, od psychoanalizy w „La cicatrice intérieure” po mit świętej rodziny w „Marie pour memoire”, zachowywał się jak dziecko dopiero poznające świat, które z zafascynowaniem ogląda tę samą rzecz z wielu stron, wierząc, że przyjęcie innej perspektywy pozwoli na wydobycie głęboko skrywanej esencji.

Jednak im bardziej kino Garrela oddalało się od wywrotowego fermentu lat 60., tym bardziej traciło swój ożywczy impet. Wychodziła na wierzch jego postępująca anachroniczność, a sam Garrel zaczął przypominać weterana ważnych historycznych wydarzeń. W każdej rozmowie opowiada, w różnych wariacjach, tę samą historię o bohaterskich wydarzeniach, zmieniają się tylko niektóre jej elementy, raczej ze względu na aktualny nastój reżysera niż z powodu sensownie umotywowanej konieczności. Ostatnie lata jego filmowej aktywności, które zgodnie z chronologią można by skrótowo opatrzyć etykietą „późnej” twórczości, wyraźnie dryfowały w stronę nowofalowych klimatów. Wiele mówią o tych produkcjach ich romantyczno-miłosne tytuły: „Dzika niewinność”, „Zwyczajni kochankowie”, „Zazdrość”.

W tę tendencję można poniekąd również wpisać „W cieniu kobiet” – film krążący wokół stałych w kinie Garrela motywów: emocjonalnych relacji, kwestii wierności i zdrady czy zgłębienia istoty kobiecości i męskości. Czy oznacza to, że dostajemy kolejny z serii sentymentalno-wspominkowy obraz starzejącego się reżysera? Czy Garrel stał się kimś na kształt kustosza muzeum Nowej Fali, raz po raz wypełniającego nowymi rekwizytami wystawiennicze przestrzenie? I wreszcie gdzie w tym wszystkim miejsce na doświadczenie widza?

Historia(e) Nowej Fali

Reżyserska płodność (to już jego 32. film!) Garrela jest pochodną jego innej pasji – niepoprawnej, wręcz obsesyjnej kinofilii. W pewnym sensie kolejne jego filmy to rodzaj pamiętnikarskiego sprawozdania z ostatnich lektur i fascynacji. Garrel mógłby z pewnością powtórzyć za Leo Caraxem: „Oddycham tylko wtedy, kiedy mogę tworzyć filmy”. W przypadku autora „Nie słyszę już gitar” kręcenie filmów to również kwestia egzystencjalna, dalece wykraczająca poza konwencjonalne motywacje prestiżu czy zysku. Tak więc „W cieniu kobiet” właściwie powinien rozpoczynać się od narracyjnej ramy, w której przy kawiarnianym stoliku Garrel wspomina ulubione nowofalowe obrazy, aby płynnie przejść do prowadzenia dialogu ze swymi mistrzami.

Motywem przenikającym całą filmografię Garrela jest autobiograficzność. Można dostrzec w przenikaniu się życia i filmów, że stanowią one dla siebie wzajemną pożywkę. Stają się tym, co Foucault nazwał sobąpisaniem, czyli potrzebą wystawiania się na spojrzenia innych, ciągłym pragnieniem pokazywania innym własnego oblicza. Krytycy często upatrują w twórczości reżysera „Dzikiej namiętności” realizacji słynnych słów Truffauta: „Filmy jutra będą nawet bardziej osobiste niż powieści autobiograficzne, będą przypominać dziennik lub wyznanie. Młodzi filmowcy będą w nich mówić w pierwszej osobie i odnosić się do tego, co im się ostatnio zdarzyło. Filmy jutra będą radosne, bo będą prawdziwe”. Dzisiaj jednak ten biegun emocjonalnego ekshibicjonizmu w twórczości Garrela został wyraźnie wyciszony, głównie z racji wieku twórcy – w końcu nawet francuskich lekkoduchów kiedyś dopada starość. Spektakularna burzliwość, z którą francuski reżyser przepracowywał na ekranie życiowe wydarzenia, ustąpiła miejsca bacznemu przyglądaniu się, czy wręcz podglądactwu, miłosnych perypetii bohaterów, jakby Garrel za wszelką cenę nie chciał stracić kontaktu z młodzieńczą witalnością i pragnął uczestniczyć w niej choćby z boku. Co interesujące, w roli bohatera zaczął obsadzać swojego syna. W filmie „W cieniu kobiet” odgrywa on rolę narratora czytającego komentarze z offu.

Motywem przenikającym całą filmografię Garrela jest autobiograficzność. Można dostrzec w przenikaniu się życia i filmów, że stanowią one dla siebie wzajemną pożywkę. Stają się tym, co Foucault nazwał sobąpisaniem, czyli potrzebą wystawiania się na spojrzenia innych, ciągłym pragnieniem przedkładania innym własnego oblicza. 

 Michał Piasecki

To płynne przejście od autobiografizmu do fascynacji Nową Falą pozwala najpełniej zrozumieć, czym w istocie jest „W cieniu kobiet”. Paradoksalnie, aby pozostać sobą, Garrel musiał odrzucić całe swoje dziedzictwo. Tylko cofnięcie się do punktu zero, czyli czystej nowofalowej estetyki, dawało mu nadzieję na ponowne opowiadanie kolejnych historii o młodych kochankach, jakby wyjętych z własnego życiorysu. Tak więc „W cieniu kobiet” to konsekwentnie zrealizowana nowofalowa produkcja. Trwa ona nieco ponad godzinę i posługuje się rozpowszechnionym wyobrażeniem o estetyce tego nurtu, której uroku dodają czarno-białe zdjęcia kręcone na 35-milimetrowej taśmie i pretekstowa opowieść o miłosnych meandrach.

Każde takie tworzenie „na wzór” prowokuje pytanie o to, na ile skrupulatne odtworzenie stylu danego nurtu pociąga za sobą ożywienie tkwiącego w nim ducha i czy w ogóle jest to możliwe? Biblioteczne półki wręcz uginają się od literatury pokazującej, że fenomen Nowej Fali dalece przekraczał filmowe sale, a samo zjawisko ściśle związane było z nowymi stylami życia, które się wówczas kształtowały. Sądzę, że to właśnie klimat tamtego czasu jest czynnikiem popychającym Garrela do kolejnych powrotów do tej estetyki. Tyle że finalny efekt jest zupełnie odwrotny od wyjściowych intencji – to, co zostaje ocalone, to właśnie techniczna sprawność pozostającego wciąż w realizatorskiej formie reżysera. „W cieniu kobiet” momentami pragnie nas przekonać, że jest bardziej autentyczne niż oryginał, czy wręcz zatrzeć i zawiesić to rozróżnienie. To film przepełniony melancholią rozumianą jako tęsknota za bezpowrotnie utraconym obiektem. To pewnego rodzaju list miłosny do oblubienicy, którą widziało się dawno temu i już nigdy w życiu się ponownie nie zobaczy. Przy czym obecna w tym filmie melancholia za nowofalowym kinem ma zdecydowanie radosną tonację – jest jak poszukiwanie ulubionego smaku dzieciństwa.

Męskie–żeńskie

Zwiewność, by nie powiedzieć błahość, opowiadanej historii, a także silne pragnienie, by wykiełkowała ona wprost z tkanki codzienności, paradoksalnie prowadzą do jej skrajnej konwencjonalizacji. Aranżowane niby przypadkiem scenki sytuacyjne mają więcej z bulwarowej komedyjki niż postulowanej, losowej spontaniczności. Gdy kochanek niespodziewanie zostaje przyłapany przez zazdrosną partnerkę na kupowaniu kwiatów, czujemy się jakbyśmy oglądali typowy komediowy gag z długą, siwą brodą. Spontaniczność reżyserskiej wizji zostaje w dużym stopniu zdyscyplinowana: pozorna prozaiczność kolejnych sytuacyjnych dialogów i przypadkowych spotkań okazuje się ostatecznie najistotniejsza dla całej historii. Na myśl od razu przychodzą klasyczne obrazy, takie jak „Kocham cię, kocham cię” Resnais’go, „Parasolki z Cherbourga” Demy’ego czy „Kobieta jest kobietą” Godarda. Także w filmie „W cieniu kobiet” gatunkowe schematy miłosnych opowieści doskonale uzupełniają się z artystyczno-eksperymentatorskim charakterem produkcji.

Zwiewność, by nie powiedzieć błahość, opowiadanej historii, a także silne pragnienie, by wykiełkowała ona wprost z tkanki codzienności, paradoksalnie prowadzą do jej skrajnej konwencjonalizacji. Aranżowane niby przypadkiem sytuacyjne scenki mają więcej z bulwarowej komedyjki niż postulowanej, losowej spontaniczności. 

 Michał Piasecki

Tropem dzieł, do których nawiązuje Garrel, jego najnowszy film skupia się na emocjonalnych relacjach między bohaterami. Oczywiście wśród nich królują miłość w różnych odcieniach, stany przejściowe między zakochaniem a przyjaźnią oraz wszechobecne, tymczasowe namiętności. Jak w każdym modernistycznym obrazie bohaterowie borykają się ze sprzecznościami pomiędzy swoimi stanami emocjonalnymi a wymaganiami rzeczywistości, niezdolnością do wyrażania własnych emocji i permanentnym uczuciowym wypaleniem. Nie kwestionują jednak sensowności zastanych pojęć opisujących międzyludzkie relacje. Nie sugerują potrzeby ich poszerzenia, starają się dopasować. Ich refleksyjność kończy się na umiejętności zdystansowania się wobec naiwnego romantyzmu, aby trwać w uświadomionym pokrzywdzeniu. Wiele tutaj momentów, w których na pierwszym planie znajduje się życie wewnętrzne bohaterów, statycznych scen w sypialnianych wnętrzach. Obrazowania wręcz samego procesu myślenia, przetrawiania bezkształtnego strumienia doznań w rozpoznawalne formy.

Najwięcej zgranych grepsów, które z powodzeniem reprodukuje współczesna popkultura (dokładnie ten sam schemat oglądaliśmy w „50 twarzach Greya”), Garrel umieszcza w dialektyce męskości i kobiecości. Czymś, co można nazwać za Betty Friedan „mistyką” płci, zespołem przyrodzonych cech, z którymi nie można wygrać, a więc pozostaje im po prostu ulec. Pewne sprawy wciąż wydają się tak samo banalne i niezmienne: mężczyzna zdradza, bo jego zwyczajem jest „kolekcjonowanie wrażeń”, kobieta z tego powodu cierpi, bo potrzebuje stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa. A za rogiem czają się już paranaukowe wytłumaczenia tych uwarunkowań, które uzasadnia się pierwotną socjalizacją kobiet w jaskiniach i mężczyzn na polowaniach. Wyjście z tego napięcia też jest dość proste: wystarczy, że każdy się trochę przesunie, obie strony zaakceptują swoje słabostki, a stworzy się wspólna przestrzeń do budowania relacji.

Clipboard01

Mężczyzna jest mężczyzną

W niektórych (zwłaszcza amerykańskich) recenzjach pojawiło się porównanie do „Frances Ha” Noaha Baumbacha. Choć to luźne skojarzenie dotyczyło w głównej mierze podobnych estetycznych zamysłów, to wydobywa ono na światło dzienne jeszcze jedną istotną kwestię: w postaci Frances jak w lustrze mogłoby się przejrzeć całe pokolenie jej rówieśników, a nic podobnego nie zachodzi w przypadku bohaterów „W cieniu kobiet”. To film całkowicie wyprany z możliwości nawet szczątkowej identyfikacji. Przypomina on quasi-dokumentalne świadectwo epoki (choć jego akcja dzieje się współcześnie). Nawet jeśli emocjonalny chłód miał tworzyć świadomy efekt dystansu, to rozminął on się z obojętnością.

W pewnym sensie „W cieniu kobiet” ma się tak samo do Nowej Fali, jak „Do utraty tchu” Godarda miało się do klasycznego kina. Przez swoją narcystyczność niektóre fragmenty mogłyby też z powodzeniem znaleźć się w rozbuchanych feeriach wczesnych obrazów Xaviera Dolana. Można by powiedzieć, że nowy film Garrela cierpi na „syndrom Pinokia”, rzemieślniczego dzieła, które za nic nie chce ożyć, a gdyby tak się stało, niechybnie musiałoby się zbuntować przeciwko swojemu twórcy, stać się wyrodnym dzieckiem dobrodusznego rodzica. Wciąż jednak, jak to u Garrela, mamy do czynienia z kinem dalekim od połyskliwej spektakularności, przedkładającym walor obserwacyjny nad fabularną atrakcyjność, ale tym razem również zapatrzonym w siebie – upajającym się aurą estetycznego wysmakowania.

 

Film:

„W cieniu kobiet”, reż. Philippe Garrel, Francja 2015.

SKOMENTUJ

Nr 359

(47/2015)
24 listopada 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj