Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Krzycz, świecie! Wokół...

Krzycz, świecie! Wokół sztuki „Krzyczcie, Chiny!” Siergieja Tretiakowa w Teatrze Powszechnym

Jakub M. Urbański

Sztuka „Krzyczcie, Chiny!”, wyreżyserowana przez Pawła Łysaka, osadzona jest w realiach Chin lat 20. Ani trochę nie traci jednak na aktualności w czasach powszechnego lekceważenia praw pracy i bezlitosnego eksploatowania peryferii świata przez jego polityczne i gospodarcze centrum.

Paweł Łysak wplótł swoją realizację tekstu Tretiakowa w serię spektakli, którym nadał wspólną nazwę „Krzyczcie!”. Składają się na nią także spektakle „Loser” Árpáda Schillinga, „Przeklęty niech będzie zdrajca swej ojczyzny” Olivera Frljicia oraz film dokumentujący performance Milo Raua „Procesy moskiewskie”. Choć sztuki te różni kontekst – Schilling opowiada o sytuacji kultury na Węgrzech pod władzami Orbana, Frljić wraca do czasu wojny w Jugosławii, a Rau nawiązuje do procesów Pussy Riot w Moskwie – to można uznać, że wszyscy ci autorzy tworzą sztukę krytyczną, zaangażowaną, mierzącą się z niesprawiedliwością polityczną.

Sztuka Tretiakowa powstała w konkretnym momencie dziejowym i nawiązuje do autentycznych wydarzeń. Incydent, który zainspirował autora, miał miejsce w 1924 r. W odwecie za śmierć amerykańskiego kupca, który utonął wskutek bójki z chińskimi przewoźnikami, kapitan brytyjskiego okrętu wojennego nakazał aresztować i rozstrzelać dwóch niewinnych Chińczyków. Władze miasta portowego były na tyle bezwolne i skorumpowane, że nie zdołały przeciwstawić się woli dowódcy. Podobnie bezsilni wobec przemocy Brytyjczyków byli kulisi, portowi robotnicy chińscy pozbawieni politycznej reprezentacji, zmuszani do pracy ponad siły za marne wynagrodzenie, traktowani w zasadzie jak niewolnicy. Lata 20. były bowiem w ich kraju areną wyzysku i eksploatacji na bezprecedensową skalę.

krzyczcie-chiny (3)

Państwo istniejące teoretycznie

Po obaleniu cesarstwa, w wyniku rewolucji 1911 r., Chiny pogrążyły się w chaosie i zostały rozparcelowane pomiędzy zbrojnych watażków, zwanych w polskiej historiografii „militarystami”, a w angielskiej „warlordami”. Istniejący w Kantonie, a potem w Nankinie, rząd stworzony przez „ojca chińskiej rewolucji”, Sun Jat-sena, sprawował nad nimi wyłącznie tytularną zwierzchność. Ówczesne Chiny można porównać do rozdrobnionych księstewek średniowiecznej Europy, tylko formalnie podległych władcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Dodatkowo konsekwencją wymuszonych na Chinach w XIX w. „traktatów nierównoprawnych” było istnienie eksterytorialnych stref kontrolowanych przez  państwa zachodnie, górujące nad Chińczykami pod względem organizacji, technologii cywilnej i militarnej.

Jednego Chinom nie brakowało – taniej siły roboczej. Kulisi wykonywali ciężką, niewdzięczną pracę praktycznie w każdym zakątku świata. Budowali linie kolejowe w USA, kopali okopy w czasie I wojny światowej w Europie, czy wydobywali srebro w kopalniach Ameryki Południowej. Ich wynagrodzenie było marne, nierzadko zdarzały się sytuacje, że pracowali za kawałek dachu nad głową i dwa posiłki dziennie. Kulisi obsługiwali także wszystkie wielkie chińskie porty. Dla współczesnego lewicującego widza z pewnością bliskie jest także krytyczne spojrzenie na religię, która w sztuce została przedstawiona jako ideologiczna nadbudowa kolonialnej przemocy.

krzyczcie-chiny (5)

Kierunek? Na lewo!

W jednym z takich miejsc toczy się akcja sztuki. Siergiej Tretiakow w latach 20. spędził kilka lat w Chinach jako nauczyciel na Pekińskim Uniwersytecie Narodowym. Ówczesny Pekin, na równi z Szanghajem, był centrum reformatorskich ruchów społecznych, które domagały się odrzucenia spuścizny konfucjańskiej i głębokiej modernizacji państwa. To właśnie w Szanghaju w 1921 r. powstała Chińska Partia Komunistyczna, która cieszyła się sporym poparciem pośród intelektualistów i ludzi kultury. Młody, sowiecki artysta miał z pewnością okazję poznać z pierwszej ręki liczne relacje dotyczące warunków życia i pracy chińskich robotników. A zatem w swoim najbardziej podstawowym wymiarze,„Krzyczcie, Chiny!” jest właśnie sztuką reporterską, teatralną literaturą faktu.

Historia dramatu „Krzyczcie, Chiny!”, wystawionego po raz pierwszy na deskach awangardowego teatru Wsiewołoda Meyerholda, jest długa i interesująca. Przez wszystkie lata od swojej premiery tekst obrósł w szereg nowych znaczeń. Sztuka trafiła na sceny teatrów niemieckich, estońskich, angielskich i amerykańskich. Była przynajmniej dwukrotnie wykonywana w Chinach – w Kantonie i Szanghaju – w tym raz już po przejęciu władzy przez komunistów. Godne uwagi wykonanie miało miejsce w 1944 r. w obozie pracy przymusowej w Częstochowie, gdzie sztukę wystawili żydowscy więźniowie. Można zatem uznać, że powstała ona pierwotnie jako teatralny reportaż, ściśle związany z kontekstem historycznym i dodatkowo obciążony sowieckim rodowodem, przetrwała jednak próbę czasu. Najwidoczniej buta i arogancja tych, którzy mają wiele, oraz rozpacz tych, którzy mają zbyt mało, na przestrzeni lat pozostała niezmienna. We współczesnej Polsce, przeżywającej swoiste pokryzysowe rozczarowanie kapitalizmem, kolejne odczytanie utworu „Krzyczcie, Chiny!” jest jak najbardziej na miejscu, bo każe z moralnego i etycznego punktu widzenia spojrzeć na fundamenty porządku, w którym żyjemy, i – być może – przemyśleć je na nowo, a nawet podważyć.

krzyczcie-chiny (1)

„Eksperyment ruchowo-muzyczno-polityczny”

Po tekst Tretiakowa sięgnął także w 1932 r. wybitny polski reżyser Leon Schiller. Miał już reputację wichrzyciela i wiele realizacji sztuk o wymowie jednoznacznie lewicowej i rewolucyjnej na koncie. Nic więc dziwnego, że „Krzyczcie, Chiny!” wystawione na lwowskiej scenie spowodowały oburzenie kręgów konserwatywnych. Prasa nazwała inscenizację Schillera „smrodem antypaństwowym”, doszło nawet do tego, że „Kurier Lwowski” wezwał ambasadę Wielkiej Brytanii do interwencji w jej sprawie. Schiller, jak zwykle w swoich realizacjach, nie żałował środków na scenografię, aktorów i statystów. Aby przybliżyć teatr do mas, w roli tych ostatnich zatrudniono około stu bezrobotnych i wynagrodzono ich jedzeniem. „Krzyczcie, Chiny!” w wersji Schillera zagrano we Lwowie wyłącznie dwukrotnie, gdyż wkrótce potem reżyser został aresztowany za podpisanie prokomunistycznej petycji.

Jeżeli przyjrzymy się szczątkowym informacjom dotyczącym lwowskiego przedstawienia sztuki Tretiakowa, to możemy roboczo uznać, że Paweł Łysak idzie śladem Schillera. W jego inscenizacji nie brakuje zaskakujących efektów, patosu i przesady. Wypowiedzi aktorów wygłaszane, wykrzykiwane, bełkotane, niekiedy nawet szeptane widzom do ucha puentuje zespół muzyczny z perkusją i gitarą elektryczną. Amerykanin Riley, śmiertelna ofiara bójki w porcie, grany przez Grzegorza Otrębskiego, w pewnym momencie rzeczywiście „tonie” w wykonanej na środku sceny fosie (na tyle głębokiej, że trzeba było przestrzegać widzów, by do niej nie wpadli). Można powiedzieć, że Karolina Adamczyk, wcielająca się w role zarówno okrętowego boya, sprzedanej w niewolę młodej dziewczyny i kulisa Czi (sprawcę śmierci Rileya), miała przed sobą największe wyzwanie aktorskie. Zagranie tych wszystkich postaci było bardzo wymagające pod względami zarówno wysiłku fizycznego, jak i ciągłej konieczności dostosowywania języka scenicznego do charakteru konkretnej osoby. Z zadania tego aktorka wywiązała się bardzo dobrze.

Warto zauważyć, że Łysak przestrzega też widzów, by nie patrzyli na treść sztuki, jak na kiczowatą, a zarazem nierealną chinoiserie – z kadzidłami tlącymi się u wrót świątyń, mandarynami, konkubinami i chłopami w szerokich bambusowych kapeluszach. Trzeba odrzucić „etnobzdury”, pada ze sceny. Syfilis i nędza – to właściwy obraz chińskiego portu. Było to prawdziwe w momencie powstawania sztuki, w czasach współczesnych także nie odbiega szczególnie od prawdy. Za parawanem z egzotyki skrywa się zupełnie realne cierpienie.

Dla współczesnego lewicującego widza z pewnością bliskie jest także krytyczne spojrzenie na religię, która w sztuce została przedstawiona jako ideologiczna nadbudowa kolonialnej przemocy. Warto jednak na moment powrócić do oryginalnego chińskiego kontekstu sztuki i przypomnieć, że w tamtejszych realiach religia (a ściślej chrześcijaństwo) nie zawsze było kojarzone z postacią białego oprawcy trzymającego w jednej ręce Biblię, a w drugiej pejcz. Dwaj wielcy przywódcy i działacze rewolucyjni, Sun Jat-sen i Czang Kaj-szek, byli wierzącymi chrześcijanami. Potrafili wyzbyć się nacjonalistycznych uprzedzeń i dostrzec wyzwolicielski potencjał chrześcijaństwa, które czyni wszystkich równymi.

Reżyser na początku przedstawienia puszcza oko do widzów, wprowadzając postaci dwóch kulisów, którzy zachowują się jak bezmyślne pieski, łaszące się do dwóch Angielek (żony i córki jednego z oficerów). W całej sztuce kilkakrotnie zdarza się, że widzowie przyjmują punkt widzenia ciemiężycieli i wyzyskiwaczy. W pewnym momencie dochodzi nawet do tego, że aktorzy odgrywający role brytyjskich oficerów wznoszą toast szampanem „za białą rasę”, do którego zapraszają widzów. To właśnie wciągnięcie widza w konflikt klasowy, sportretowany w sztuce Tretiakowa, jest jednym z bardziej istotnych przesłań interpretacji Łysaka. Dokonujemy wyboru. Siedzimy w salonie warszawskim bądź zadajemy się z towarzystwem przy drzwiach. Wychylamy kieliszek szampana w toaście bądź podajemy rękę robotnikowi, by pomóc mu w jego ciężkiej, fizycznej pracy.

krzyczcie-chiny (12)

Widmo złowrogich -izmów

W materiałach prasowych opublikowanych na stronach Teatru Powszechnego sparafrazowano „Manifest komunistyczny”, widmo, unoszące się nad Europą, nazwano widmem „rasizmu” i „nacjonalizmu”. Czy jest to uprawnione w kontekście tego, co widzimy na deskach teatru? Kwestie rasy w sztuce są jednak przyćmione przez międzyklasowe antagonizmy i to te ostatnie wybrzmiewają najbardziej wyraziście. Owszem, autor dokonał nawet pewnych modyfikacji w tekście (końcowy monolog Czi, w którym pojawia się „arabski syn wgniatający w ziemię europejskiego syna”), by zabrać głos w zajmującej nas wszystkich debacie o uchodźcach i wyraźnie wskazał na to, że odwracając się plecami od tego problemu, niczego nie zyskamy, bo problem prędzej czy później do nas powróci, brzemienny w skutkach – niszczycielską siłą.

Gniew, wzbudzony przez dostrzegalną na pierwszy rzut oka niesprawiedliwość, nie pozostawia miejsca na zniuansowanie i chłodną, analityczną postawę. Dlatego nieco nieadekwatnie w kontekście wymowy inscenizacji brzmi przywołana przez reżysera metafora (z wywiadu dla Polskiego Radia): „Ja raczej tę talię kart rozsypałem, aby wspólnie się z widzami jej przyjrzeć. Nie roszczę sobie prawa, żeby powiedzieć, jak powinno być, czy jak jest. Raczej jest to rodzaj wiwisekcji tego tekstu i przyjrzenia się temu, co tam jest napisane i co opowiada o ludziach”. Widz nie ma pełnej dowolności w wiwisekcji i nie może zdobyć się na właściwy jej emocjonalny dystans, bowiem sam materiał, na którym pracuje Łysak, jest tendencyjny i opatrzony wyraźną tezą. Fakt, że oglądając „Krzyczcie, Chiny!”, ulegamy emocjom, nie umniejsza jednak w żadnej mierze wartości sztuki. Bazując na reporterskim doniesieniu Tretiakow, a jego śladem i Łysak, stworzyli dzieło o charakterze uniwersalnym, dotykające konfliktu obecnego chyba w każdej cywilizacji na przestrzeni dziejów: konfliktu między racjami ekonomii i etyki.

 

Spektakl:

„Krzyczcie, Chiny!” wg Siergieja Tretiakowa, reż. Paweł Łysak
Teatr Współczesny w Warszawie, premiera: 6 listopada 2015 r.

SKOMENTUJ

Nr 359

(47/2015)
24 listopada 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj