Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Światłość wiekuista kinoprojektora....

Światłość wiekuista kinoprojektora. Recenzja filmu „Ave, Cezar!”

Tomasz Rachwald

Na tle gigantycznych dekoracji filmu do złudzenia przypominającego klasycznego „Ben Hura” dwóch najwytrwalszych sceptyków kamery wygłasza swoje credo. Bracia Coenowie wyznają przewrotnie: warto wierzyć tylko w kino, tylko ono nas zbawi.

Od kiedy „Barton Fink” został nagrodzony canneńską Złotą Palmą w 1991 r. przez jury pod przewodnictwem Romana Polańskiego, bracia Joel i Ethan Coenowie porównywani bywają z reżyserem „Lokatora”. Jednak młodsi od ocaleńca z krakowskiego getta o dwie dekady Amerykanie wyrażają swoją twórczością nieco więcej wiary w nowoczesną ludzką kondycję. Filmy okrutne, takie jak „Śmiertelnie proste”, „Ścieżka strachu” czy „To nie jest kraj dla starych ludzi”, przeplatają się z podobnie krytycznymi, ale złagodzonymi przyjazną satyrą na ludzką głupotę i okruchami nadziei na zmianę: „Fargo”, „Big Lebowskim” czy też tegorocznym „Ave, Cezar!”. Ponadto materializmowi Polańskiego dałoby się przeciwstawić widoczne zainteresowanie Coenów idealizmem – w tym przekonanie, że idea może zbawić. W tym punkcie, być może, zaskakująco blisko jest im do Stevena Spielberga, dla którego przecież napisali ostatnio scenariusz do „Mostu szpiegów” (tam wiara w konstytucję prawnika, granego przez Toma Hanksa, dosłownie ratuje ludzkie życie).

hail-ceasar (1)

Hollywoodzkie dziwolągi

„Ave, Cezar!” (czyli „Opowieść o Chrystusie”, jak informuje podtytuł), którego akcja toczy się w Hollywood lat 50., zdaje się wyznaniem wiary w zbawczą moc kina. Kadry filmu są zapełnione rzeszami charakterystycznych dla braci Coenów indywiduów: prostolinijnych i przekonanych o własnym geniuszu; cierpiących na absolutną niezdolność do ogarnięcia bezmiaru własnej ignorancji egotyków, którzy nie potrafią odróżnić rzeczywistości od kinowego schematu fabularnego. Umieszczenie akcji w studiu produkcyjnym potęguje motyw powtarzający się u tych reżyserów wielokrotnie: rozjechania się rzeczywistości i wyobrażeń bohaterów, którzy obejrzeli o jeden film za dużo. Ta wyrwa miewała konsekwencje komiczne („Arizona Junior”, „Big Lebowski”) lub tragiczne („Fargo”, „Śmiertelnie proste”). W „Ave, Cezar!” mylenie tych dwóch poziomów okazuje się nie mieć konsekwencji, gdyż bohaterami są pracownicy przemysłu produkującego fantazje. Kino ich ratuje.

Plan filmowy Coenów zaludniają gwiazdy grające gwiazdy. Osią fabuły jest produkcja do złudzenia przypominająca „Ben Hura” z 1959 r., z Georgem Clooneyem odgrywającym postać mającą w sobie coś z Clarka Gable’a i Charltona Hestona. W epizodach widzimy Scarlett Johansson jako gwiazdę musicali z kalejdoskopową choreografią à la Busby Berkeley, Channinga Tatuma jako stepującego marynarza o niedookreślonej tożsamości seksualnej, Ralpha Fiennesa odgrywającego wyrafinowanego (a jakże) brytyjskiego reżysera, który zapewnia hollywoodzkim melodramatom tak zwany European Touch, oraz Christophera Lamberta w roli posługującego się ciężkim akcentem filmowca ze Szwecji. Przez ekran przemykają też młodsi: Alden Ehrenreich jako skrzyżowanie Ricky’ego Nelsona z Jamesem Deanem (pracujący na planie westernu z reżyserem ucharakteryzowanym na starego Johna Forda), Veronica Osorio jako nieco zapomniana już Tutti Frutti Hat Lady (wzorowana na Carmen Mirandzie). Bohaterowie ci dryfują w przestrzeni, której status jest niejasny, nigdy w pełni nie zrzucając z siebie kostiumu, niczym dzieci we mgle poruszając się w meandrach obowiązków dorosłego człowieka.

Katolik od mokrej roboty

Przedszkolanką dla tych mentalnych pięciolatków jest Eddie Mannix. To postać autentyczna, zarządzająca odtworzonym przez Coenów hollywoodzkim światem fantazji. Urodzony w 1891 r. producent faktycznie przeszedł drogę kariery w branży filmowej od ochroniarza do wiceprezydenta wytwórni Metro-Goldwyn-Mayer. Do historii kina przeszedł jednak jako tak zwany czyściciel – pracownik o quasi-mafijnej roli, spopularyzowanej w popkulturze choćby w postaci Pana Wolfa (Harvey Keitel w „Pulp Fiction”) i Mike’a Ehrmantrauta (Jonathan Banks w „Breaking Bad”). Przez większość kariery zadaniem Mannixa było zacieranie śladów skandali z udziałem gwiazd (takich jak wypadki samochodowe Gable’a pod wpływem alkoholu), zanim dotrą do prasy. Największą aferą, w jaką sam był zamieszany, stała się niewyjaśniona do dziś śmierć George’a Reevesa, aktora, prywatnie zaś kochanka żony Mannixa. Dziś dla badaczy produkcji filmowej skarbem jest rejestr księgowy tego nieżyjącego już producenta, zawierający dane o kosztach produkcji i przychodach każdego filmu wypuszczonego do kin przez MGM między 1924 i 1962 r. Jednak w najnowszej fabule Coenów czyściciel odegrał zupełnie inną rolę. Bracia zignorowali kontrowersje wokół Mannixa, które stały się choćby podstawą filmu „Hollywoodland” opowiadającego o śledztwie w sprawie śmierci Reevesa (w roli producenta wystąpił tam Bob Hoskins). W „Ave, Cezar!” ten cynik staje się ostoją porządku. Centralny dla fabuły wątek porwania gwiazdy filmowej przez tajemniczą grupę o nazwie Przyszłość pokazuje, jak ten miły mężczyzna broni nieskazitelności kina.

Wprowadzając wątek niesprawiedliwego podziału przywilejów w Hollywood, Coenowie dodają coś od siebie na temat oderwania „lepszych obywateli” od rzeczywistości.

Tomasz Rachwald

Amerykańscy twórcy na potrzeby swojej sentymentalnej fantazji zeszlifowali ostre kanty tej fascynującej postaci. Edward Mannix w „Ave, Cezar!” (Josh Brolin) jest najdoskonalszym przedstawicielem ciężko pracującej klasy średniej z apogeum złotej epoki opiekuńczego kapitalizmu w USA. WASP-owski ideał (od White Anglo-Saxon Protestants) mężczyzny solidnego łączy z wątpliwościami katolika składającego księdzu w konfesjonale regularne raporty ze swoich błędów. Jego rzeczywiste, burzliwe życie rodzinne, zastąpione zostało pięknym – jak z wiszącego u konserwatysty nad kominkiem obrazka – patriarchalnym porządkiem. Spokój, rozsądek, umiar Mannixa, mężczyzny, którego atrybutami są wąs i kapelusz, to jedyne ośrodki równowagi w rozhuśtanej łodzi kinowego biznesu. A tymczasem piękna era się kończy, na bohatera i jego podopiecznych czyhają nie tylko seksualne skandale, alkohol i dziennikarki plotkarskich kolumn, ale również bomba atomowa i filozof Herbert Marcuse.

Hail, Caesar!

Kino zamiast bomb

Jeśli „Poważny człowiek” braci Coenów był poniekąd judaistycznym esejem na temat Księgi Hioba, „Ave, Cezar!” to głos w sprawie pozareligijnej eschatologii. Jako że głównym bohaterem jest Mannix, człowiek religijny (kompulsywny grzesznik spowiadający się co dwadzieścia godzin), sposób realizacji filmu pozwala przyjąć jego myślenie o postępie technologicznym, obrazowanym przez zdjęcia z eksplozji atomowej w atolu Bikini, jako o dążeniu do Armageddonu.

Coenowie całkiem serio zdają się proponować swojemu udręczonemu bohaterowi kino jako najlepszy środek na kontakt z sacrum. Nie przynosi mu satysfakcji instytucjonalna religia. Spowiednik jest nim zmęczony, a zgromadzeni w studiu przedstawiciele czterech wyznań wolą odpowiadać na pytania o realizm w filmie niż o naturę Chrystusa. Mannix preferuje jednak postęp duchowy od technologii. Headhunter proponujący mu doskonale płatną i spokojną pracę dla Lockheeda, potentata zbrojeniowego, staje się jego kusicielem. Nagabuje go jednak nie na pustyni, lecz w luksusowej chińskiej restauracji, proponując łatwą, prostą drogę do szczęścia zamiast tej krętej, wyczerpującej, ale słusznej etycznie. Producent, biznesmen, lepiej niż w towarzystwie innych biznesmenów czuje się w pokoju montażowym, małej, zaciemnionej świątyni kina, gdzie kapłanką jest zaniedbana, pachnąca dymem z papierosów kobieta zmieniająca nieruchome obrazy zarejestrowane na taśmie w opowiadane ruchem historie.

hail-ceasar (3)

Fabryka marzeń

Teza, że praca w umasowionym przemyśle filmowym otwiera drogę do oświecenia, to być może najbardziej ekscentryczna propozycja w karierze braci Coenów. Kino to nie tylko sens życia Mannixa – to dla niego szalenie stresująca praca, od której jest jednak zbyt uzależniony, by ją rzucić. Jednak Coenowie idą dalej w swojej przewrotnej metaforze, wykorzystując wątek realizacji filmu o Jezusie do przedstawienia własnej wizji tego, jak kino hollywoodzkie, produkując zestandaryzowane marzenia, daje najlepszą z możliwych (choć nieidealną) metodę kontaktu z nadprzyrodzonym. Nie wyrzekają się przy tym ironii.

W króciutkim wątku statysty występującego w roli jednego ze zbirów krzyżowanych razem z Jezusem Coenowie odwołują się do „Twarogu”, komunistycznej złośliwostki Piera Paola Pasoliniego. Również scena kryzysu Mannixa, jego konfrontacji z pustym krzyżem z Golgoty postawionym w atelier filmowym, zmontowana jest naprzemiennie z ukazaną z uwznioślającej perspektywy radziecką łodzią podwodną, do której pasażerowie małej łódki płyną w ujęciu będącym żartobliwą kopią obrazu Waszyngtona przekraczającego rzekę Delaware. Twórcy „Big Lebowskiego” po raz kolejny wykazują się wyrozumiałością wobec ludzkiej potrzeby poszukiwania ideału gdziekolwiek. Dają jednak do zrozumienia, że jak już muszą wybierać między Józefem Stalinem i Henrym Fordem, wolą tego drugiego.

Hail, Caesar!

Nie oznacza to braku krytyki masowej produkcji marzeń. Cytat z Pasoliniego nie pojawia się dla samej tylko krotochwili. Wprowadzając wątek drastycznie niesprawiedliwego podziału przywilejów w Hollywood akurat teraz, w czasie głębokiej krytyki uprzywilejowania jednego procenta populacji, kiedy nieoczekiwanie Bernie Sanders uzyskuje w prawyborach przewagę nad Hillary Clinton, Coenowie dodają coś od siebie o skrajnym oderwaniu „lepszych obywateli” od rzeczywistości. Po raz kolejny (i chyba z przyjemnością) obsadzają George’a Clooneya w roli dobrze sytuowanego idioty, tworząc tym samym metakomentarz do statusu celebytów. Rozmowa gwiazdy z marksistowskim filozofem Herbertem Marcuse’em o eksploatacji pracowników przez kapitał (aplauz dla tego, kto wymyślił tak absurdalną scenę!) jest obezwładniająco śmieszna i straszna. Mówić bogatemu o wyzysku to jak tłumaczyć ślepemu kolory.

Kina nie uratuje zatem frankfurcka szkoła filozofii, ani, chyba, jakakolwiek inna forma świadomej refleksji. Ethan i Joel pokazują, że autentyczna mądrość, rodząca się czasem w kinie, powstaje przypadkiem – wypowiedziana przez aktora nierozumiejącego słów, które wychodzą z jego ust. Megagwiazda kina grana przez Clooneya, niczym Molierowski pan Jourdain, pozostaje nieświadoma. Nie dowie się nigdy, że przez chwilę był prorokiem. Słowo jednak padło, dało nadzieję. Jakaś jasność rozświetliła Hollywood, a Eddie Mannix przestał wątpić. To najlepsza z możliwych epifanii.

 

Film:

„Ave, Cezar!”, reż. Joel i Ethan Coenowie, USA, Wielka Brytania 2016.

 

SKOMENTUJ

Nr 372

(8/2016)
23 lutego 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail