Oczywiście sportowe pojedynki, w tym przypadku mecze w ping-ponga, są istotnym elementem fabuły „Wielkiego Marty’ego”, ale klasyczne pytania filmu sportowego – czy bohater wygra, w jaki sposób, za jaką cenę? – nie są tu najważniejsze. Nie widzimy też typowych działań, które taką ewentualną wygraną warunkują, chociażby katorżniczych treningów czy motywacyjnych rozmów ze „starym mistrzem”. Główną sprężyną dramaturgiczną jest konieczność zdobycia funduszy na podróże oraz opłacenie udziału w turniejach. Nie chodzi więc o to, czy nasz bohater wygra, czy przegra, tylko czy w ogóle będzie mógł zagrać. Najważniejszy sport, jaki uprawia (będący zresztą poniekąd amerykańskim sportem narodowym), to kołowanie kasy. Może zatem „Wielki Marty” to raczej dramat finansowy?

Akcja filmu rozgrywa się w początkach lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy wybitni sportowcy, nawet w popularnych dyscyplinach, nie zarabiali tak horrendalnych, właściwie nieprzyzwoitych pieniędzy jak dzisiaj. Nie mówiąc już o tenisie stołowym, popularnym wprawdzie w Azji czy Europie, ale w Stanach nie traktowanym zbyt poważnie. Nie były to jeszcze lata siedemdziesiąte, gdy ping-pong stał się narzędziem amerykańskiej dyplomacji, co zostało upamiętnione w „Forreście Gumpie” [1994] Roberta Zemeckisa. Bohater filmu był zatem w takiej sytuacji, w jakiej dziś bywa, powiedzmy, początkujący tenisista, niemający bogatych i wspierających rodziców.

Bohaterem tym jest Marty Mauser (Timothée Chalamet), wzorowany na legendzie amerykańskiego tenisa stołowego, Martym Raismanie. Marty mieszka na Lower East Side ze zrzędliwą matką (Fran Drescher) i pracuje jako sprzedawca w sklepie obuwniczym należącym do wuja. Jako ekspedient radzi sobie bardzo dobrze (jak sam chełpliwie stwierdza, potrafiłby sprzedać buty człowiekowi po amputacji nóg). Mógłby nawet zostać menadżerem, ale taka kariera go nie interesuje. Traktuje swoje zajęcie czysto instrumentalnie: pragnie zarobić na podróż do Londynu na zaczynający się właśnie British Open. 

Na turnieju idzie mu znakomicie (Uwaga! Spoiler!) nim nie zmierzy się z głuchym japońskim czempionem Koto Endo (Koto Kawaguchi), obdarzonym świetnym refleksem, a w dodatku grającym najnowocześniejszą paletką z gąbkową podściółką. Zgodnie z regułami filmu sportowego, na końcu musi nastąpić więc Wielki Rewanż, i to na boisku przeciwnika – w Japonii.

Materiały prasowe dystrybutora Monolith Films

Dwie kobiety

Po Londynie Marty będzie jednak nie tylko usiłował zebrać pieniądze na kolejną, tokijską imprezę, ale też mierzył się z konsekwencjami – również finansowymi – swoich wcześniejszych wyczynów. Było ich wiele, ale szczególnie brzemienne w skutkach okazały się jego przygody erotyczne. Przydarzyły mu się z dwiema kobietami, w obu przypadkach mężatkami. Pierwsza to Rachel (Odessa A’zion), przyjaciółka z dzieciństwa i obecna sąsiadka, żona Iry, prymitywa i brutala. W jednej z pierwszych scen filmu Marty odbywa z nią szybki stosunek na zapleczu sklepu, w efekcie którego dziewczyna zachodzi w ciążę. Proszę nie traktować tego jako spoilera – wszak w krótkim filmiku, jaki następuje po scenie pośpiesznego seksu, widzimy ławicę plemników płynących w kierunku wielkiej komórki jajowej. Jeden z nich wysforowuje się przed resztę, co jest nie tylko zgodne z fizjologicznym mechanizmem zapłodnienia, ale też wydaje się mrugnięciem do widowni, żartobliwym komentarzem na temat wściekłej ambicji Marty’ego: on musi być zawsze pierwszy! Tak na marginesie: reżyser filmu, Josh Safdie, bardzo lubi penetrować kamerą wnętrze ludzkiego ciała. Jego poprzedni film, „Nieoszlifowane diamenty” [2019], nakręcony z młodszym bratem Bennym, zaczynał się od kolonoskopii, a kończył zwiedzaniem od środka rany postrzałowej. 

Drugą kobietą jest Kay (Gwyneth Paltrow), aktorka, która najlepsze lata kariery ma za sobą – od dawna nie gra, ale marzy o wielkim come-backu. Marty, zajmujący podczas londyńskiego turnieju pokój w tym samym hotelu, co ona, postanawia ją uwieść. Właściwie dla zabawy, choć może też po to, aby samemu sobie udowodnić, że może zdobyć wszystko, na co ma ochotę. Ex-gwiazda nie pozostaje obojętna na jego starania nie tylko z powodu jego fizycznej atrakcyjności, ale także i dlatego, że wyczuwa w nim „bratnią duszę”: jej chęć powrotu na scenę jest równie silna co jego determinacja, by zostać najlepszym pingpongistą na świecie. Za pośrednictwem Kay, Marty poznaje też jej męża, Miltona (Kevin O’Leary), finansowego potentata i potencjalnego sponsora. 

Materiały prasowe dystrybutora Monolith Films

Pożyczyć pieniądze, zrabować pieniądze

Marty nie jest moralnym skrupulantem, który wzbraniałby się przed tym, by brać pieniądze od człowieka, któremu przedtem uwiódł żonę. Wyznaje zasadę pecunia non olet, a charakter finansowego źródła, z którego czerpie, jest mu obojętny. Wszystko kręci się wokół mamony: Marty pożycza pieniądze, wyłudza pieniądze, rabuje pieniądze, kombinuje i oszukuje – a następnie ucieka przed ofiarami swoich machinacji. Dla ich zdobycia wykorzystuje osobisty wdzięk i urodę, jest elokwentny i czarujący, bezczelny i zuchwały. I gotowy na wszystko, włącznie z publicznym upokorzeniem. Ma też swoisty talent do pakowania się w kłopoty, a gdy usiłuje się z nich wykaraskać – popada w jeszcze większe. Nawet gdy dla zarobku podejmie się czegoś, co wydaje się początkowo wolne od ryzyka – jak dostarczenie do weterynarza psa gangstera (Abel Ferrara) – okazuje się to zadaniem bardzo niebezpiecznym. 

Właściwie Marty’emu pozostaje tylko jedna sfera życia, gdzie trzyma się pewnych zasad. Jest nią uprawiany przez siebie sport: odmówi udziału w sfingowanym, jak to się ostatnio chętnie u nas mówi, „ustawionym” meczu. Choć oczywiście nie jest to wyłącznie kwestia uczciwości. Marty po prostu bardzo nie lubi przegrywać – nawet fikcyjnie. 

Materiały prasowe dystrybutora Monolith Films

Bohater czy antybohater?

Jak widać z powyższego opisu, pingpongista nie jest kryształową postacią, a mówiąc wprost i bez ogródek – jest człowiekiem amoralnym. Paskudnie postąpi wobec kobiety, z którą sypia; zachowa się nielojalnie wobec swojego jedynego przyjaciela, Wally’ego (Tyler the Creator), ciemnoskórego taksówkarza i, tak jak on, gracza w ping-ponga. Popełni jeszcze inne niegodziwości, których wymienianie wykroczyłoby poza ramy tej recenzji. Na wszystko ma jednak gotowe usprawiedliwienie – „mam cel”, cel zaś, jak wiadomo, uświęca środki. Marty jest na swoim celu tak zafiksowany, że nie ma w sobie miejsca na moralną refleksję. 

Co chwilami aż nieprawdopodobne, wszystko Marty’emu się wybacza. Najważniejsze jednak pytanie brzmi: czy wybaczy mu widz? To kwestia o tyle istotna, że stosunek do bohatera może determinować stosunek do samego filmu i rzutować na jego ocenę – choć oczywiście nie musi. Film to osobliwa sztuka: fakt, że bohater jest de facto antybohaterem, wcale go z góry nie przekreśla, czasami kibicujemy przecież łajdakom, jak choćby Danielakowi ze świetnego filmu Feliksa Falka „Wodzirej” [1978]. Oczywiście, była to trochę inna sytuacja: sympatyzowaliśmy z nim także dlatego, że był ewidentnie lepszy od swoich konkurentów, których wszelkimi sposobami usiłował wyeliminować. Zwycięstwo nad nimi, że zacytuję klasyczkę, „mu się po prostu należało”. Ładunek krytyki politycznej w filmie Falka był więc podwójny. Nie chodziło tylko o to, że łajdak ostatecznie wygrywał – ale też, że aby odnieść zwycięstwo, na które jak najbardziej zasługiwał, musiał stosować łajdackie metody. 

Czy podobnie będziemy sympatyzować z Martym? To już zależy od wielu czynników, różnej zresztą natury – chociażby od indywidualnej wrażliwości etycznej. Człowiekowi o twardych zasadach i przywiązującemu do nich wagę zapewne trudniej będzie solidaryzować się z jego działaniami. Jednakże taki prosty rachunek zawsze dodatkowo komplikuje osoba aktora. Gra go wszak Chalamet, aktor lubiany, a nawet przez niektórych widzów (a zwłaszcza widzki) uwielbiany – a wiadomo skądinąd, że emocjonalny stosunek do aktora przenosi się niejako na graną przez niego postać. W grę wchodzą też czynniki kulturowe. Bywa, że w naszym kraju ceni się cwaniactwo, zwłaszcza gdy okazuje się skuteczne, zaś Marty jest klasycznym, obdarzonym ulicznym sprytem nowojorskim cwaniakiem. Ciekawy też jestem, czy jakiś wpływ na ocenę jego poczynań mogą mieć postawy antysemickie.

Kontekst żydowski jest w „Wielkim Martym” bardzo istotny. Jego akcja rozgrywa się zaledwie w sześć lat po zakończeniu wojny, gdy wspomnienie Holocaustu jest bardzo żywe, a na ekranowe wydarzenia pada cień Zagłady. Popatrzmy, jak ciężka, przytłaczająca, przygnębiająca atmosfera panuje w domu Marty’ego. Jego matka jest osobą depresyjną, schorowaną (choć zarazem wykorzystującą swoje przypadłości do emocjonalnego szantażu wobec niego), pragnącą już tylko świętego spokoju. On sam – przedstawiciel innego pokolenia, stojącego w kontrze do poprzedniego – wprost przeciwnie: jest zachłanny, pragnie żyć na całego, czerpać z niego pełnymi garściami. Jest przy tym Żydem jak z antysemickich stereotypów: ambitny, bezwzględny w dążeniu do celu, bezczelny. Uosabia to, co w jidisz (zanim wyrażenie to przeszło do polszczyzny) nazywano hucpą. Uważa też, że dzięki swojemu pochodzeniu może pozwolić sobie na więcej. Podczas londyńskiego turnieju odgraża się wobec angielskich dziennikarzy, że swojemu przeciwnikowi w półfinale, Beli Klutzkiemu (Géza Röhrig z „Syna Szawła”) „zrobi to, czego nie zrobił Auschwitz”, a skonsternowanym żurnalistom wyjaśnia z rozbrajającym uśmiechem „mogę tak mówić, bo sam jestem Żydem”. Podobnie nietaktownych żarcików dopuszcza się także wobec innych nacji: przed pojedynkiem z Endo zapowiada „spuszczenie trzeciej bomby”. A tu nie może wszak powiedzieć: „mogę tak mówić, bo jestem Japończykiem”.

Materiały prasowe dystrybutora Monolith Films

Nowojorskie tempo i przeboje z lat osiemdziesiątych

Niezależnie od kontrowersji etycznych, jakie wzbudza postać bohatera, trzeba przyznać, że opowiadający o nim film jest rzeczywiście bardzo dobry. Dziewięć oscarowych nominacji nie jest przypadkiem. Ma fantastyczne tempo, nerwowy, gorączkowy rytm, który często kojarzymy z Nowym Jorkiem. To zresztą typowe dla twórczości reżysera. We wspomnianych już „Nieoszlifowanych diamentach” nowojorski jubiler i zarazem nałogowy hazardzista (Adam Sandler) przemierzał truchtem ulice Manhattanu między swoim sklepem, bukmacherem i lombardem albo uciekał w panice przed dłużnikami. Marty podobnie: cały czas pędzi, jest w biegu; nawet gdy stoi, to idzie – i jego kinetyczna energia udziela się filmowi. Nie ma tu chwili na nabranie oddechu. Jeśli nawet nakręcony materiał zawierał tak zwane „wybrzmienia” – czyli momenty wyciszenia i uspokojenia – to zostały one wycięte w montażu.

Zawrotne tempo udaje się tu utrzymać pomimo zygzakowatej, pokrętnej fabuły filmu. Mamy tu wiele splątanych ze sobą wątków, co momentami powoduje pewien chaos, ale nie osłabia intensywności obrazów. W najogólniejszych zarysach „Wielki Marty” przypomina mecz w ping-ponga; to szybka wymiana ciosów ze światem. Marty atakuje z impetem, dostaje po głowie, wstaje, otrząsa się, znów atakuje. A ponieważ często naraża się na niebezpieczeństwo, w filmie utrzymuje się stałe, silne napięcie (odczuwane oczywiście pod warunkiem, że przejmujemy się losem bohatera i nie chcemy, aby stała mu się krzywda). „Wielki Marty” jest przy tym też zrobiony z dużym poczuciem humoru, chwilami bardzo zabawnym – wystarczyłoby lekkie przesunięcie akcentów, a zmieniłby się w zwariowaną komedię. 

Warto zwrócić też uwagę na wspaniale odtworzoną atmosferę powojennego Nowego Jorku, w czym zasługa zarówno pięknej scenografii Jacka Fiska, jak i świetnych zdjęć Dariusa Khondji. Na osobne słowo pochwały zasługuje muzyka Daniela Lopatina – ten stały współpracownik reżysera sporządził bardzo interesujący miks. Oprócz muzyki oryginalnej, napisanej specjalnie na potrzeby filmu, i kilku wstawek bluesowych „z epoki”, słyszymy tu przeboje z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku (między innymi New Order, Tears for Fears, Alphaville). Może po prostu Safdie ma do nich słabość, a może kryje się w tym sugestia, że epoka Reagana, oceniana dziś przez wielu Amerykanów jako okres panowania skrajnie egoistycznego kapitalizmu i gloryfikowania ludzkiej chciwości, była niejako powtórką lat powojennych, próbą reaktywacji American dream i wyzwolenia energii, jaką Ameryka miała po zwycięskiej wojnie? Tak czy inaczej, ówczesne hity bardzo dobrze tu pasują.

Najsłabsze wydaje mi się zakończenie. Jak często w przypadku wysokobudżetowych filmów, w końcówce do głosu dochodzi hurraoptymistyczna filozofia Hollywood. Ostatnia scena, choć nie narusza prawdopodobieństwa psychologicznego, jest nieznośnie sentymentalna i ckliwa. Oto niegrzeczny chłopiec dorósł i zamienił się w odpowiedzialnego mężczyznę. Czyżby ten zadziorny, prowokacyjny film miał być opowieścią o dojrzewaniu? 

Materiały prasowe dystrybutora Monolith Films

Zawodowcy, amatorzy i kandydat do Oskara 

„Wielki Marty” jest też bardzo dobrze grany – zwłaszcza wykonawczynie dwóch głównych ról kobiecych są zachwycające. Paltrow to jak zawsze klasa sama w sobie; bije od niej chłód i smutek, spod którego wyziera pogarda wobec świata. Prawdziwym odkryciem jest jednak dla mnie mniej znana Odessa A’zion, której Rachel kocha Marty’ego bezwarunkowo, ale to bardzo trudna miłość. Aby wyrazić dysonansową melodię sprzecznych uczuć – gniewu i czułości, zachwytu i odrazy, nadziei i rozczarowania – trzeba naprawdę wybitnego talentu.

Reżyser, jak to ma w zwyczaju, przemieszał tu aktorów profesjonalnych z naturszczykami: Tyler the Creator jest muzykiem, Kevin O’Leary – biznesmanem, Abel Ferrara – reżyserem. Przez ekran przemazuje się też dramaturg David Mamet, projektant Isaac Mizrahi i inni. Są jednak tak dobrze dobrani i poprowadzeni, że właściwie trudno jest powiedzieć, kto tu jest zawodowcem, a kto naturszczykiem. Safdie już wcześniej udowodnił, że potrafi znakomicie pracować z aktorami, wydobywać z nich to, co najlepsze, zmuszać do przekraczania własnych granic. W „Nieoszlifowanych diamentach” Sandler, aktor moim zdaniem nienadzwyczajny, daje występ przejmujący, znakomity. Podobnie jak Robert Pattinson, też nie żaden wirtuoz, a w „Good time” [2017], wcześniejszym filmie Safdiego, potrafi zahipnotyzować.

Osobne słowo należy się wykonawcy głównej roli, gdyż to na nim opiera się cały film, to on ciągnie go do przodu. Chalamet, chudy, z wąsikiem i w okularkach, gra porywająco. Jego wdzięk jest nieodparty, dzięki czemu Marty’emu gotowi jesteśmy darować wszystkie występki, machamy na nie ręką i robimy się nagle bardzo wyrozumiali. Wydaje mi się najpoważniejszym kandydatem do tegorocznego Oscara. Był już zresztą dwukrotnie nominowany do tej nagrody (za filmy „Tamte dni, tamte noce” i „Kompletnie nieznany” o Bobie Dylanie), i znane powiedzenie „do trzech razy sztuka” zapewne się tu potwierdzi.

Safdie przy obsadzaniu aktorów dba o to, aby ich role jakoś korelowały z ich prywatnym, pozaekranowym życiem. W największym stopniu dotyczy to naturszczyków, którzy niekiedy po prostu grają samych siebie, ale zasada ta obowiązuje także wobec profesjonalistów. Nie jest chyba przypadkiem, że rolę blaknącej gwiazdy powierzył nieobecnej od sześciu lat na wielkim ekranie Paltrow. Podobnie jest z Chalametem: w pewnym sensie rola Marty’ego jest jakby dla niego stworzona, wykorzystująca dominantę jego osobowości, czyli ambicję. Stała się ona w środowisku legendarna, odkąd podczas odbierania nagrody Gildii Aktorów Ekranowych za „Nieznanego…” wyznał, że jego celem jest należeć do największych aktorów w historii, wymieniając w tym kontekście między innymi Marlona Brando. Wywołało to konsternację i zostało uznane za arogancję. Ja się z taką oceną nie zgadzam. Wolę takie szczere wypowiedzi od krygowania się i fałszywej skromności, a zwłaszcza od drętwych frazesów, które się zwykle przy takich okazjach wygłasza. W końcu powiedział głośno to, o czym niektórzy jego koledzy po fachu skrycie marzą, choć się do tego publicznie nie przyznają. 

Trzeba też mu oddać, że nie polega wyłącznie na swoim wspaniałym talencie, ale jest też bardzo pracowity i do swoich ról niesłychanie solidnie się przygotowuje. Gdy miał zagrać Boba Dylana w „Kompletnie nieznanym”, to nie tylko nauczył się grać na gitarze, ale nawet bezbłędnie imitować meczące brzmienie głosu legendarnego pieśniarza. Do „Wielkiego Marty’ego” podobno przez siedem lat ćwiczył ping-ponga, aby w scenach pojedynków zagrać samodzielnie, bez udziału dublera. To się nazywa profesjonalizm! 

Materiały prasowe dystrybutora Monolith Films