„Ogłoszono czerwony alert w okręgu wileńskim. Mieszkańcy powinni udać się do schronów i oczekiwać na odwołanie alarmu” – poinformowała wczoraj litewska armia mieszkańców Wilna i okolic. 

Polacy w tym czasie śledzili, kolejne zwroty akcji w sprawie wstrzymania rotacji 4000 amerykańskich żołnierzy w Polsce. 

Alarm w Wilnie odwołano po godzinie. Władze tłumaczyły, że był ogłoszony w związku z dronem, który nadleciał w stronę Litwy z Białorusi.

Informacje o wycofaniu części amerykańskiej armii z Polski złagodzono, ale chaos komunikacyjny trwa. Wiemy więc, że w przestrzeń powietrzną państw bałtyckich wlatują drony ze strony Białorusi, że na Bałtyku jednostki rosyjskie naruszają granice morskie oraz, że Ameryka zmniejsza, a nie zwiększa liczbę swoich żołnierzy w Europie. Nawet, jeśli poprzez wiceprezydenta J.D. Vance’a i rzecznika Pentagonu Seana Parnella zapewnia o przyjacielskich relacjach z Polską. 

Rosja coraz agresywniej zaczepia kraje NATO, a Ameryka demonstruje jasny priorytet. America First.

Prawicą traci wiarygodność

Sytuacja jest trudna i niepokojąca, eksperci powtarzają, że Putina może wykorzystać tę słabość to przetestowania solidarności NATO. Ta sytuacja mogłaby być inna, gdyby nasi politycy potrafili przekonać prezydenta Donalda Trumpa i jego otoczenie, że nasze bezpieczeństwo ma fundamentalne znaczenie dla polityki zagranicznej Ameryki. Widać jednak, że pomimo rzekomych dobrych relacji Karola Nawrockiego z Trumpem relacji czy Radosława Sikorskiego z Marco Rubio, Polska nie jest dla Ameryki partnerem istotnym na tyle, by ją na czas informować o swoich planach na jej terenie. A już na pewno, by te plany z nią konsultować. 

Co z tego wynika dla rządu? To samo, co do tej pory – trzeba walczyć o uwagę Trumpa, ale także wzmacniać europejskie a przede wszystkim własne zdolności obronne. 

Co  tego wynika dla prawicy, która współpracę z Unią Europejską chce osłabiać, a  europejski programem SAFE uważa za szkodliwy? 

Że prezydent Karol Nawrocki i jego otoczenie nie umie wcale prowadzić skutecznej polityki z ekipą Trumpa. 

Oraz, że prawica poniosła porażkę jako siła polityczna, która do niedawna zarządzała tematem bezpieczeństwa w Polsce. 

Chciała oprzeć nasze bezpieczeństwo na polityku, który właśnie odebrał jej ostatnie argumenty, że jest gwarantem bezpieczeństwa Polski.

Czyli to nie Nawrocki ma kontakty?

Prawica nie ma już pomysły na obronę Ameryki Trumpa. Najbardziej zauważalną reakcją na informację o wycofaniu części wojsk amerykańskich z Europy był atak na rząd Tuska. 

Obwiniając premiera i ministra obrony o kryzys w relacjach z Ameryką prawica zaprzecza swojej własnej tezie, że to Karol Nawrocki jest ambasadorem polskiej sprawy w USA. 

Czy prawica może w tej sytuacji coś zaproponować? Czy jest wiarygodna jako siła, która mogłaby rządzić Polską znowu jako „domknięty układ”, jeśli posłużymy się jej własną propagandą, z perspektywy bezpieczeństwa państwa? Najprostsze pytanie brzmi, czy prawica może jeszcze przekonać Polaków, że podejmuje dobre decyzje, skoro tak bardzo długo i straceńczo broniła relacji ewidentnie nie rokującej. 

Kolejne pytanie brzmi czy Karol Nawrocki, Jarosław Kaczyński, Przemysław Czarnek czy Mateusz Morawiecki pozbawieni wsparcia Orbana w Europie i gwarancji, że Trump nas obroni zmienią teraz politykę wobec Unii Europejskiej. 

Czy Europa stanie się mniej demoniczna?

Istotna zmiana prawicowej polityki wobec integracji europejskiej jest mało prawdopodobna. Wizja Unii jako luźnej wspólnoty państw narodowych jest charakterystyczna dla prawicowych partii w całej Europie i stanowi ich DNA. W Polsce jest dodatkowo obarczona przekonaniem, że ściślejsza integracja pozbawia nas suwerenności. 

Trudno więc oczekiwać zwrotu w sprawie SAFE i przyznania się naiwnego podejścia w sprawie gwaranta  zza oceanu. 

Najprawdopodobniej przeczeka, aż sytuację z wojskiem amerykańskim opanuje rząd i wróci do starej śpiewki o tym, że tylko Trump i prezydent Nawrocki gwarantują bezpieczeństwo Polski. 

Otwarta pozostaje kwestia, czy ta sytuacja przełoży się na sondaże. Notowania PiS-u spadają, ale obie Konfederacje – równie antyeuropejskie – trzymają się mocno. To pokazuje, że elektorat prawicy wcale nie musi wyciągać wniosków, których my byśmy oczekiwali.

A jednak coś się posypało. Przez lata prawica budowała swoją wiarygodność na jednym fundamencie: tylko my wiemy, kto nas obroni. Trump ten fundament właśnie podważył. Nie wrogowie prawicy, mityczny „układ” czy Bruksela. 

Zielony Ład oczywiście pozostanie pod ręką jako niezawodny straszak. Ale trudniej będzie przekonywać, że Unia to egzystencjalne zagrożenie, skoro właśnie ona – nie Waszyngton – buduje coś, na kształt wspólnej obrony. Antyeuropejskość jako produkt nie zniknie. Ale po raz pierwszy od lat może mieć też dla prawicy wymierny koszt.