Trzeba dużego wysiłku wyobraźni, żeby uwierzyć, że prezydent Donald Trump istotnie, jak oznajmił, w ostatniej chwili odwołał planowane jakoby nowe ataki na Iran, „na prośbę Kataru, Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich”. Sojusznicze kraje Zatoki miały przekonać prezydenta USA, by dał jeszcze w konflikcie z Teheranem szansę dyplomacji.

Nic tu nie brzmi przekonująco

Ani to, że USA by się konsultowały z państwami Zatoki przed wznowieniem nalotów: w końcu nie poinformowały ich nawet o decyzji rozpoczęcia wojny. Ani to, że Iran zamierza przystać na warunki Stanów Zjednoczonych. Dyktatura ajatollahów przetrwała wszak poprzednią falę nalotów, a teraz, blokując cieśninę Ormuz, ma potężne narzędzie nacisku na Waszyngton. Ani to wreszcie, że Trump, mimo groźnych pomruków z Waszyngtonu i Jerozolimy, poważnie zamierzał wznowić dramatycznie niepopularną i w kraju, i wśród sojuszników wojnę. Raczej szukał pretekstu, by jej nie wznowić – a arabscy partnerzy chętnie mu go dostarczyli.

Tyle tylko, że nie zmienia to w niczym faktu, że wojna zakończyć się może raczej na warunkach Iranu, nie Trumpa. Waszyngton, który żądał, by Iran wyrzekł się programu atomowego oraz blokowania Ormuzu, zanim USA zgodzą się na zawieszenie broni, już teraz akceptuje odłożenie rozmów o tym programie na później, i na to, by Iran zawiesił program na dwadzieścia lat, zamiast z niego zrezygnować całkowicie.

Wydaje się też wysoce prawdopodobne, że Iran, o ile dotąd miał wątpliwości, czy należy wyprodukować broń atomową, teraz się ich pozbył: mocarstw atomowych nikt nie atakuje. Co więcej, na czas negocjacji amerykańskie sankcje naftowe na Iran miałyby być zawieszone, co dałoby Republice Islamskiej miliardy dolarów rozpaczliwie potrzebnego dochodu.

Zostałyby one uzupełnione przez bezprawnie pobierany haracz od statków przepływających przez Ormuz. Teheran żąda też, by USA wycofały swe siły zbrojne z Bliskiego Wschodu i wypłaciły odszkodowania wojenne. W obliczu amerykańskiej porażki jakaś forma uwzględnienia tych żądań nie jest już niewyobrażalna.

Sojusz z USA już nie gwarantuje bezpieczeństwa

W tych warunkach państwa Zatoki muszą się liczyć z groźbą zwinięcia przez USA parasola ochronnego, rozciągniętego nad nimi po drugiej wojnie światowej. Rzekoma prośba do USA, by się wstrzymały ze wznowieniem nalotów na Iran, wygląda w tym kontekście na próbę nie tylko dopomożenia Waszyngtonowi w zachowaniu twarzy, lecz także na sygnał pod adresem Teheranu, że arabscy sąsiedzi są gotowi ułożyć sobie z nim stosunki. I to mimo tego, że wcześniej padli ofiarą całkowicie przez nie niesprowokowanych irańskich ataków. Okazało się, że obecność amerykańskich wojsk nie zabezpiecza przed irańską agresją. I że wojska te nie są w stanie zadać Iranowi klęski. To oznacza, że sąsiedzi nie mają już skutecznej ochrony przed militarną siłą Republiki Islamskiej.

Wprawdzie Iran poniósł spektakularne klęski w Syrii i Libanie, ale nadal zachowuje polityczne wpływy w Jemenie i Iraku. W parlamencie irańskim mówiono kiedyś z dumą o „czterech zhołdowanych arabskich stolicach”. Zostały dwie – ale liczba ta może znów wzrosnąć. Wszystko zależy od linii politycznej, jakie przyjmą. A tu nie ma między nimi jedności.

W sytuacji irańskiego zagrożenia, naturalne jest zbliżenie z drugim bliskowschodnim mocarstwem, którego Iran jest śmiertelnym wrogiem, a które z wojny wychodzi wzmocnione. Tajne bazy lotnicze, jakie Izrael zbudował na irackiej pustyni, by skuteczniej toczyć z Iranem wojnę, są dowodem militarnej siły i skuteczności Jerozolimy.

Dla Iraku obce bazy bez jego zgody to nie pierwszyzna. Od 2018 roku Turcja, walcząc z kurdyjską PKK, zbudowała w Iraku prawie 140 stałych baz i posterunków w głąb od wspólnej granicy, i ani myśli ich likwidować, mimo protestów Bagdadu i mimo tego, że PKK oficjalnie złożyła już broń. Ale Izrael nie graniczy z Irakiem, a jego dwie tymczasowe bazy położone były o tysiąc kilometrów od własnych granic, ułatwiając sukces nalotów na Iran.

Nic więc dziwnego, że Abu Dhabi zbliżyło się wojskowo do Izraela. Bateria izraelskich „patriotów”, obsługiwana przez izraelskich żołnierzy, zestrzeliwała w Emiratach irańskie rakiety, których i tak więcej wymierzonych było w Emiraty niż w jakikolwiek inny kraj, z Izraelem włącznie.

Na Netanjahu nie można polegać

Izraelskie wojska broniące arabskiego sojusznika na jego terytorium to znaczący precedens – choć już w 2024 roku, gdy Iran po raz pierwszy zaatakował terytorium Izraela, irańskie rakiety zestrzeliwała obrona antyrakietową państw arabskich – Arabii Saudyjskiej i Jordanii – nad których terytorium przelatywały. W tej wojnie Emiraty same – podobnie jak Arabia Saudyjska – odpowiadały też ogniem na irański ostrzał, co ujawniono dopiero po zawarciu zawieszenia broni.

Oba państwa Zatoki, do niedawna ściśle sprzymierzone, prowadzą obecnie jednak radykalnie różną politykę, i w konfliktach regionalnych w Jemenie, Sudanie i Rogu Afryki są po przeciwnych stronach frontu. Emiraty wyszły też z OPEC, by prowadzić niezależną od Rijadu politykę naftową. Ich ścisły związek z Izraelem, budzący wściekłość w Teheranie, jest także krytykowany przez Saudyjczyków.

Nie sposób zarazem nie zauważyć, że Izrael, mimo niewątpliwych militarnych sukcesów, nie był dotąd w stanie pokonać nie tylko Iranu, ale także Hezbollahu i Hamasu. Co więcej, nie można na jego obecnym premierze politycznie polegać: Netanjahu ujawnił, że podczas wojny złożył tajną wizytę w Emiratach, mimo że obiecał zachować dyskrecję. Zrobił to, by zbić kapitał polityczny w kraju, lecz wściekłe Abu Dhabi zmuszone zostało do zdementowania jego słów, co było i dla dementującego, i dla dementowanego, politycznie kosztowne.

Wreszcie porzucenie przez Jerozolimę, z obawy przed pogłębieniem konfliktu politycznego z Turcją, syryjskich Kurdów, którym obiecywała poparcie, pokazuje, że na obietnicach Netanjahu, podobnie jak na jego dyskrecji, nie można polegać. Co więcej nie jest jasne, na ile Izrael będzie w stanie utrzymać swą wojskową przewagę po niemal nieuchronnym osłabieniem jego związków z USA.

Wypełnić pustkę po Amerykanach

Arabia Saudyjska wybrała inną drogę: przed wybuchem wojny zawarła sojusz obronny z Pakistanem. Pakistańska deklaracja objęcia Rijadu parasolem atomowym była mocno na wyrost – Islamabad nie ma rakiet wystarczająco dalekiego zasięgu, i zapasów głowic, które nie byłyby już wymierzone w Indie, by móc ją zrealizować. Ale ujawniony właśnie fakt, że podczas wojny Pakistan skierował do Rijadu szwadron myśliwców JF-17, własnej produkcji na chińskiej licencji, oraz 8 tysięcy żołnierzy, pokazuje że także i Saudowie szukają sobie alternatywnych sojuszników. Zaś Islamabad zawarł umowy o ścisłej współpracy wojskowej, w tym o dostawie samolotów bojowych, także z Egiptem oraz rządem libijskim w Trypolisie, pokazując, że gotów jest uwolnić państwa arabskie od uzależnienia od amerykańskiego jedynie sprzętu. Tu z kolei może wejść w rywalizację z mającą takie same ambicje Turcją, choć oba kraje łączy polityczna i wojskowa współpraca.

Znalezienie sojuszników, którzy wypełnią spodziewaną lukę po Amerykanach, to jednak tylko częściowe rozwiązanie. Waszyngton pokazał – na Bliskim Wschodzie, ale także w Europie – że istotnie jest partnerem, na którym nie można polegać, ale nie ma żadnych gwarancji, że jego następcy będą bardziej godni zaufania. Ani Rosja, ani – w zeszłym stuleciu – Wielka Brytania nie były wszak w tym zakresie rzetelniejsze, i nie ma powodu wierzyć, że Izrael czy Pakistan sprawdzą się lepiej. Tym bardziej, że, same będąc częścią skonfliktowanego regionu, mają własne interesy bezpieczeństwa, niekoniecznie zgodne z interesami ewentualnych partnerów. Dlatego też Arabia Saudyjska bada możliwość zawarcia na Bliskim Wschodzie regionalnego paktu o nieagresji.

Byłoby to radykalnie nowe rozwiązanie, które mogłoby pohamować imperialne ambicje Iranu – bez którego udziału taki pakt byłby bezwartościowy. To Iran byłby najsilniejszym militarnie jego uczestnikiem, i to on dyktowałby innym sygnatariuszom warunki. Bez radykalnej zmiany politycznej w Teheranie – na co się nie zanosi – wspólny pakt Iranu i Izraela pozostaje niewyobrażalny. To oznaczałoby, że ewentualny regionalny układ bezpieczeństwa powstałby bez udziału Izraela. Tym samym, niekoniecznie zgodnie z intencją innych niż Teheran jego sygnatariuszy, pakt wymierzony byłby w Izrael. Wojna, której celem była likwidacja atomowego programu Teheranu i jego zagrożenia dla Izraela, może więc w konsekwencji doprowadzić do tego, że Iran bombę w końcu wyprodukuje, a bezpieczeństwo Izraela nadal będzie zagrożone.