Przed wyborami na Węgrzech odnosiłem wrażenie, że w kraju nie sposób prowadzić racjonalnej dyskusji na ich temat, Tiszy bądź Pétera Magyara, gdyż wszelką krytykę – nieważne, jak abstrakcyjną – traktowano wyłącznie jako zniechęcanie do głosowania na Tiszę. Jakby krytyka zmniejszała szanse zmiany systemu, lejąc wodę na młyn Orbána. Jeden z moich znajomych nazwał na Facebooku autorów wątpliwości co do prawicowego technokraty, który rzucił wyzwanie Orbanowi, „lewicowymi wybrzydzaczami”. Doczekaliśmy się i tego.

Ale mamy to za sobą! Można uspokoić nastroje. Orbán przegrał, nadszedł kres prawicowego populizmu.

Odbyła się zmiana systemu, teraz już ponownie możemy przynależeć do Zachodu. A może jednak nie?

Podstawowy problem z tego rodzaju interpretacją wydarzeń polega nie na tym, że są one nieprawdziwe, lecz na tym, że stanowią podporę politycznych iluzji prowadzących do błędnej praktyki politycznej. Problemem nie jest to, że są kłamstwami, lecz to, że są kłamstwami autodestrukcyjnymi.

Odbyła się zmiana systemu

Pewien mój kolega z Helyzet Műhely [Pracownia Socjologii Publicznej Helyzet – red.], przed rokiem czy dwoma laty, w trakcie jednego z piątkowych spotkań przy piwie, rzucił parafrazę Marka Fishera, że łatwiej sobie wyobrazić koniec kapitalizmu niż koniec NER-u [System Współpracy Narodowej, czyli system polityczno-gospodarczy zbudowany za czasów Orbána – red.]. Nieźle się z tego pośmialiśmy, ale była w tej tezie jakaś perwersyjna prawda. Bo znamy scenariusze i argumenty na temat kresu światowego systemu kapitalistycznego, ale nie na temat tego, że może się skończyć NER. I co przyjdzie po nim.

To zrozumiałe, że uwolnieniu się od NER-u towarzyszyła euforia wielu Węgrów.

Tych, którym odchodząca władza uszczupliła prawa, bo nie pasowali do heteronormatywnego obrazu świata. Odebrała zupełnie albo właśnie chciała zlikwidować miejsce pracy, ponieważ krytykowali rząd, bo imigrantów uważali za ludzi bądź zajmowali się nieprzydatną filozofią i naukami społecznymi. Ci mogą teraz nieco odetchnąć. I z tego trzeba się cieszyć. Także piszący te słowa jest lewicowym socjologiem zajmującym się tak zwanymi gender studies. On też się cieszy.

Tymczasem o tym, dlaczego zmianę rządu kłopotliwie jest ujmować jako zmianę systemu, napisano już sporo. Z punktu widzenia filozofii polityki zrobił to Zsolt Kapelner – tutaj. Z punktu widzenia globalnej polityki ekonomicznej – Lajos Kabai Domokos, tutaj. Z perspektywy historyczno-socjologicznej – Dániel Szabó, tutaj. Argumentuję podobnie. Podkreślam również to, że „zmiana systemu” to zła kategoria nie tylko pod względem analitycznym, jest myląca także w kontekście politycznym. Analitycznie jest ona zła dlatego, że system społeczno-gospodarczy w istocie się nie zmienił. Pozostaje nim kapitalizm, ze wszystkimi jego nierównościami społecznymi. Politycznie jest zła dlatego, że określenie zmiana systemu sugeruje nieodwracalność, a tym samym podtrzymuje fałszywe iluzje.

Przed kilkoma laty wśród socjologów odbywała się debata, czy na wydarzenia, które zaszły w 1989 roku, właściwszym określeniem jest to, że system został zmieniony, czy to, że system się zmienił. To pierwsze chyba przesadnie podkreśla rolę sprawczości. To drugie zaś brzmi tak, jak gdyby zmiana systemu wydarzyła się ponad głowami ludzi, niezależnie od nich. W każdym razie zmiana systemu w 1989 roku, rozumiana jako sprawcze działanie/zmiana samoistna była rezultatem globalnego procesu, który rozpoczął się w latach siedemdziesiątych XX wieku.

W latach 70. i 80. XX w. przyrost potencjałów produkcyjnych USA, Europy Zachodniej i Japonii (zwłaszcza w przemyśle samochodowym) przerodził się w kryzys nadprodukcji. Jako że państwa socjalistyczne nawet przy całych swych wysiłkach protekcjonistycznych nigdy nie stały się suwerenne, kryzys ten wpłynął również na nie i dlatego wewnętrzna redystrybucja i zwiększanie poziomu życia napotkały na ograniczenia. Podczas gdy państwa centrum, wykorzystując neoliberalne dopasowanie, były w stanie ustabilizować własną pozycję, to w latach osiemdziesiątych państwa socjalistyczne znalazły się w kryzysie. To prowadziło do zmniejszenia geopolitycznej wagi Związku Radzieckiego, a następnie do jego rozpadu. Pośród tych globalnych procesów zmienił się system na Węgrzech.

Można było inaczej zmienić system

Wszystko to oczywiście nie oznacza, że w trakcie gdy zmieniał się system, nie można by było inaczej zmienić systemu.

Gdyby węgierskimi elitami w mniejszym stopniu kierowała iluzja dogonienia Zachodu, czyli wiara w to, że wolny rynek tworzy dobrobyt i równość, co pozwala półperyferiom na dogonienie centrum, można by było inaczej zmienić system. Węgry, także formalnie, reintegrowały się ze światowym systemem kapitalistycznym i przeszły szybkie zmiany stosunków wewnętrznych i społecznych, z wszelkimi tego katastrofalnymi następstwami.

Globalne procesy, które prowadziły do powstania NER-u, nie przestały jednak istnieć, wręcz przeciwnie. Zmiany po kryzysie 2008 roku, wiążące się z reintegracją z systemem światowym, są nieodwracalne. Globalny neoliberalizm przekształca się, choć jest raczej „żywym trupem”. Fundamenty tego systemu działają, lecz podpierająca go stabilność geopolityczna, demokracja liberalna, systemy finansowe i ekologiczne są w kryzysie. Stosunki społeczno-gospodarcze na Węgrzech nie przekształciły się w sposób zasadniczy, bo integracja kraju z gospodarką światową nie zmieniła się gruntownie.

Nic nie gwarantuje tego, że za kilka lat znów nie dojdzie do władzy jakiś prawicowy populistyczny rząd, niezależnie od tego, jaką nazwę będzie miała kierująca nim partia.

Obserwując trendy międzynarodowe, możemy być świadkami autokratyzacji, militaryzacji i napięć geopolitycznych. Dynamiki światowego systemu kapitalistycznego nie sprzyjają demokratyzacji.

Znów otworzyła się możliwość przynależności do „Zachodu”

Jednym z najczarowniejszych rysów węgierskiej liberalnej inteligencji jest to, że przy każdych wyborach cofa się mentalnie do 1989 roku. Znów głównym przekazem kampanii stała się przynależność do Zachodu bądź Europy. Także moi znajomi prowadzili w mediach społecznościowych kampanię z obrazkami, wedle których na skrzyżowaniu w jednym kierunku mamy Związek Radziecki, a w drugim – UE. No cóż, Związek Radziecki był taką strukturą polityczną, za pomocą której półperyferyjne kraje wschodnioeuropejskie czy też północnoazjatyckie, zapobiegły swojej peryferyzacji i idąc pod prąd logiki kapitalistycznej, próbowały redystrybuować własne zasoby wewnętrzne i podnieść poziom życia robotników. Unia Europejska jest zaś taką strukturą polityczną, za pomocą której byłe kolonialne państwa europejskie próbowały kompensować utratę swych imperiów kolonialnych. Ale to i tak wszystko jedno! Bo Związek Radziecki rozpadł się przed trzydziestu pięciu laty.

Zrozummy dobrze: politycy i organizacje pozarządowe prowadzące kampanię z tymi hasłami pragną utrzymać Węgry w transatlantyckim sojuszu gospodarczo-wojskowym. Wszystko to również w 1989 roku było myślą obciążoną wieloma iluzjami, lecz zrozumiałą.

Ale teraz? Do jakiego Zachodu chcemy przynależeć?

Do USA Trumpa, gdzie półwojskowa organizacja o nazwie ICE dręczy obywateli? Do NATO, które jest w największym kryzysie w swojej historii? Do Niemiec, gdzie sukcesy święci skrajna prawica? Do tych państw, które dostarczają broń do eksterminacji ludności w Gazie? Do tej Europy, której granic broni organizacja o nazwie Frontex, systemowo łamiąc prawa człowieka[i]? Do tej UE, której dalsze rozszerzanie oznacza choćby ogromne wyzwania ekonomiczne?

Nie ma Wschodu i Zachodu. Zimna wojna się skończyła, ale skończył się również znany nam neoliberalizm. Walka pomiędzy USA a Chinami o hegemonię, napięta, trudno przewidywalna i silnie zmilitaryzowana sytuacja geopolityczna, tracąca na znaczeniu Unia Europejska i toczący się proces katastrofy klimatycznej – one są. Nie ma „Wschodu”. Nie ma „Zachodu”.

Główną sprężyną naszej przynależności do „Zachodu” było to, że państwa zachodnioeuropejskie próbowały przezwyciężyć cykl kryzysów, który rozpoczął się od drugiej połowy XX w., a czyniły to poprzez pogłębienie integracji europejskiej. Jednym z ważnych narzędzi było rozszerzenie UE: przedsiębiorstwa z krajów stanowiących centrum Europy potrzebowały nowych rynków i taniej siły roboczej, aby swoją produkcję dopasować do zaostrzającej się konkurencji na rynkach światowych. Dlatego to my staliśmy się jednym z głównym podwykonawców niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego. Tyle że niemiecki przemysł motoryzacyjny jest w dużych kłopotach i nie ma co oczekiwać, że się z nich wykaraska.

„Zachód” w 1989 roku był całkiem inny niż twierdziła lewicowo-liberalna elita i nie istnieje już nawet na tyle, na ile istniał ówcześnie.

Orbán przegrał

Orbán przegrał wybory z Péterem Magyarem i z tego należy się cieszyć. Jednak musimy skonfrontować się również z tym, że z totalnego rozpadu prawicy korzyść wykuła sobie… prawica. Ale wcale nie to jest najsmutniejsze.

Łatwo jest argumentować za tym, że do tej pory nie było w parlamencie prawdziwej partii lewicowej. To prawda.

Natomiast największym zwycięstwem Viktora Orbána nad lewicą jest to, że na lewicy trzeba się cieszyć ze zwycięstwa prawicowej technokratycznej partii.

I rzeczywiście należy się cieszyć, nie ironizuję: ja też się cieszę. Ale jednocześnie jestem też bezbrzeżnie smutny, że właśnie z tego trzeba się cieszyć. Bo największym zwycięstwem NER-u było to, że udało mu się zabetonować logikę „ze mną albo przeciwko mnie”. Wszystko to łączy się z totalnym zawężeniem politycznej wyobraźni. Łatwiej było wyobrazić sobie koniec kapitalizmu niż koniec NER-u, a przecież od czasu Marcusego, Jamesona, Žižka i Fishera wiemy, że to też nie jest akurat łatwe.

Słowem, Orbán wygrał, i co się tyczy kształtowania narracji politycznej, zmiany systemu nie można oczekiwać w najbliższej przyszłości. Zachód nie istnieje, a zagrożenie prawicowym populizmem nie przeminęło.

Zadanie pozostaje takie jak dawniej: w szczelinach i pęknięciach powstających wskutek sprzeczności systemu wybudować, stabilizować i poszerzać zakres działania instytucji reprezentujących logikę antysystemową. Ale ta aktualna władza to nie jest system, tylko określona przez system struktura. Jeśli pole działania poszerzy się dla lewicy, trzeba to wykorzystać. I do tego – mądrze. Jednak nic nie jest zakończone. Wewnętrzne sprzeczności systemu będą się przejawiały w kolejnych latach coraz intensywniej. To zarazem zagrożenie, jak i szansa. To, co jest teraz, to nie Belle Époque.

Przełożyła: Irena Makarewicz

Tekst pierwotnie ukazał się w węgierskim magazynie „Mérce”.

Publikacja jest częścią PERSPECTIVES – projektu współfinansowanego przez Unię Europejską, który promuje autentyczne, wiarygodne, niezależne i wieloaspektowe dziennikarstwo. Projekt PERSPECTIVES, prowadzony przez Instytut Goethego i realizowany we współpracy z redakcjami z Europy Środkowej i Wschodniej stawia na wiarygodne treści, odzwierciedlające złożoną rzeczywistość Europy poprzez różnorodne głosy i punkty widzenia.

This publication is part of PERSPECTIVES — a project and label co-funded by the European Union that stands for authentic, trustworthy, independent and multi-perspective journalism.

Led by the Goethe-Institute and implemented together with newsrooms from Central and Eastern Europe, PERSPECTIVES is committed to credible content that reflects Europe’s complex realities through diverse voices and viewpoints.