https://www.youtube.com/watch?v=jkMFbpCVHu8
„Krokodyl”, czyli pokusy eskapizmu
Nagroda Nos Chopina dla najlepszej muzyki w filmie przypadła w tym roku filmowi „Krokodyl” w reżyserii Pietry Brettkelly i kolektywu artystycznego „The Critics”, których rozwój – od domorosłych zapaleńców kina po uznanych artystów – obserwujemy na przestrzeni kilku lat. Poznajemy ich w momencie, gdy grupa nastoletnich kuzynów buntuje się przeciw konwencjom kina rodzimej Nigerii. Ich żywiołowemu entuzjazmowi odpowiada szalone spektrum środków formalnych, zwrotów akcji i spektakularnych efektów specjalnych: w ich fabułach nie zabraknie krwi robionej z soku z hibiskusa, dość częstych lewitacji, a nawet przylotu ufo. Tworzenie własnych filmików staje się trampoliną do kariery internetowej, która zwraca uwagę ich idoli: najpiękniejszą może sceną filmu jest moment, gdy członkowie kolektywu otrzymują nieoczekiwaną paczkę od J.J. Abramsa i do jej transportu nie omieszkają użyć magicznych mocy. Wkrótce potem zostają jednak znamiennie sprowadzeni na ziemię: wyczekana internetowa rozmowa z reżyserem nowych odsłon „Gwiezdnych wojen” zostaje przerwana przez awarię prądu – nawracającą w filmie jak refren.
Stanowi to znamienne przypomnienie trudnych warunków, w jakich dorastają bohaterowie: ich codzienność to jednak nie tylko deficyty materialne, ale też borykanie się z korupcją i przemocą polityczną oraz presją ze strony konserwatywnych rodziców. Amatorskie produkcje stają się poniekąd alternatywną rzeczywistością pozwalającą im zdystansować się do tej, która ich otacza. Czy jednak tym samym nie grozi im pogrążenie się w eskapizmie i utrata więzi z własną kulturą? Jak sami w pewnym momencie przyznają, nauczono ich ironizować o rodzimych bóstach; nie znają już języków, którymi mówili ich przodkowie. W swoich produkcjach trawestują hity zglobalizowanego obiegu filmowego – jedną z najstaranniej realizowanych sekwencji jest tu choćby odtwarzanie roli Jokera z filmu Todda Phillipsa. Ich postępująca kariera tylko zaostrza to napięcie: awans do opłacalnych profesjonalnych produkcji przyniesie nie tylko radość skoku w nowoczesność (widzimy, jak porzuciwszy rodzinne strony, jeden z nich po raz pierwszy jedzie windą), ale i zderzenie z pierwszymi kryzysami w zespole oraz zasklepienie w monotonnej produkcji eskapistycznych efektów specjalnych. „Krokodyl” oddaje ambiwalentną rolę współczesnych produkcji filmowych: o ile mogą stać się one narzędziem błyskotliwego awansu i wejścia w globalny obieg kultury, może się to dziać za cenę oddzielenia od źródeł pierwotnej pasji do filmowania. „Krokodyl” to opowieść o wkraczaniu w dorosłość, w którym najważniejszym może etapem okaże się ten, gdy bohaterowie nauczą się pożytkować zdobyte filmowe supermoce do oddania świata, który ich uformował.
https://www.youtube.com/watch?v=ZNoAmqVN9NU
„Lis i różowy księżyc”, czyli zapis ocalenia
Istnieją jednak sytuacje, w których ucieczka od warunków codziennego życia staje się już nie tyle wyborem, co kwestią przetrwania. Takie jest doświadczenie kilkunastoletniej Sorayi Akhalaghi, Afganki próbującej wyrwać się przemocowego małżeństwa i Iranu przez podejmowanie „gier” – jak nazywane są przez nią kolejne próby nielegalnego przedostania się na Zachód. „Lis i różowy księżyc” to intymna i bolesna opowieść zrealizowana prostymi środkami, które nie przeszkodziły jej zdobyć głównej nagrody na zeszłorocznym festiwalu IDFA, a w ramach tegorocznego MDAG – m.in. Nagrody FIPRESCI ora Nagrody Amnesty International. Kluczowa okazuje się relacja, którą bohaterka przypadkiem nawiązała z przyszłym współreżyserem filmu, Mehrdadem Oskouei; w porozumieniu z nim realizuje w ukryciu wideodziennik stający się świadectwem jej zbyt głośnej samotności. Jej dni wypełnione są pracą jako sprzątaczka (niektóre z sekwencji przypominają tu dokument domowego uwięzienia Jafara Panahiego, „To nie jest film” z 2011 roku), przetykane przez maskowanie śladów przemocy domowej oraz momenty oddechu, jaki daje jej tworzenie zadziwiająco dojrzałych rzeźb i obrazów, inspirowanych stylistyką Chagalla.
Sztuka bohaterki staje się tu wyrazem jej codziennego potrzasku – jednym z nawracających motywów jest postać klauna, który ukrywa się za maską: dopiero z czasem odsłonięta zostanie kryjąca się za nią, prawdziwa twarz – samej Sorayi. Za pomocą tworzonych z masy zbieranej z wytłaczanek po jajkach rzeźb demonów może ona z kolei wyrazić jakikolwiek bunt przeciw sytuacji politycznej Afganistanu, gdzie talibowie doprowadzili między innymi do śmierci komika Nazara Mohammada Khashy. Kręcony telefonem materiał staje się zapisem nie tylko wstrząsającej sytuacji migrantów, stłoczonych w aucie i na łódce podczas kolejnych „gier”, w których stawką jest ich życie. To przede wszystkim szansa na danie bohaterce-reżyserce jakiejkolwiek nadziei na pozostawienie śladu swoich doświadczeń. Magia kina wkracza w momencie, gdy do ascetycznej stylistyki dodane zostają twory wyobraźni Sorayi – animacje powstałe dzięki rozwiniętej na odległość współpracy ze współreżyserem. W azylu bohaterki – na dachu domu, dokąd ucieka nocami, gdy jej mąż zasypia – pojawia się postać wyobrażonego przyjaciela, lisa, który ratuje ją od rozpaczy. Sam proces filmowania staje się tu swoistym odpowiednikiem pisania przez rozbitka listu wrzucanego w butelce do oceanu. Na całe szczęście list Sorayi mógł zostać wyłowiony – choć o wielu podobnych zapewne nigdy się nie dowiemy.
https://www.youtube.com/watch?v=j74rYLlq0NY
„O czasie i wodzie”, czyli topniejąca pamięć
Film może okazać się narzędziem walki o przetrwanie, która dotyczy nas wszystkich. Znakomicie skonstruowany esej dokumentalny „O czasie i wodzie” (reż. Sara Dosa) wymierzony zostaje przeciw żywiołowi przemijania, doświadczalnemu zarówno na poziomie makro- jak i mikrohistorii. Refleksja nad osobistą pamięcią bohatera, islandzkiego poety i archiwisty Andriego Snæra Magnasona (którego książka była inspiracją dla powstania filmu), przeplata się tu z elegią dla kształtu świata, jaki go otacza; oba porządki zostają organicznie połączone dzięki mistrzowskiemu montażowi, za który film został też słusznie nagrodzony (dzieło Erin Casper, Jocelyne Chaput i Marka Harrisona). Narrator staje przed wyzwaniem napisania epitafium dla pierwszego islandzkiego lodowca, który po siedmiu wiekach trwania zniknął z powierzchni ziemi; sentencja ma zostać wyryta na miedzianej tabliczce, która przetrwa tysiąclecia. Same lodowce okazują się nośnikiem wielowymiarowej, a skazanej na wymazanie pamięci. Zapisane są w nich choćby ślady wybuchów okolicznych wulkanów; ich odejście pociągnie za sobą także zubożenie języka – być może nawet utratę sensu nazwy całej wyspy. Ich topnienie oznacza żegnanie się z pamięcią sięgającą początków ludzkiej obecności na Islandii – i głębiej.
W filmie Dosy fascynuje jednak przede wszystkim ukazanie lodowców także jako przestrzeni intymnych historii mieszkańców – choćby miesiąca miodowego spędzonego na wyprawie przez dziadków Magnasona. „O czasie i wodzie” to wspaniały traktat o tym, jak pamięć natury konstytuuje pamięć społeczną – także tę najbardziej namacalną, w wymiarze życia rodzinnego i łączności pokoleń. Ujmująca jest szczerość, z jaką bohater dzieli się z widzami osobistymi archiwami; widzimy go, kiedy cieszy się z narodzin pierwszego dziecka, a niebawem – kiedy kończy już ono jedenaste urodziny. Dzięki tej osobistej narracji dostrzegamy, jak mnożą się poziomy niepamięci, która osacza narratora; jeden z jego dziadków, mierząc się z perspektywą coraz bliższego odejścia, zaprasza rodzinę na ostatni letni zjazd, podczas którego dzieli się swoimi lekcjami życia (nie żałować wydanych pieniędzy!). Drugi dziadek doświadcza choroby Alzheimera: nie zapamięta nawet własnych urodzin, podczas których prawnuki śpiewają mu piosenkę.
„O czasie i wodzie” staje się jednak również opowieścią o narzędziach, które można przeciw niepamięci zmobilizować. Ocalenie resztek wspomnień pogrążającego się w demencji dziadka możliwe jest dzięki wieloletniej relacji z kochającą go żoną. „Biblioteka lodowców” to natomiast artystyczny projekt, który ma na celu przechowanie ich przynajmniej pod postacią kolumn pochodzącej z nich wody. Cały film Dosy ma strukturę listu do przyszłych pokoleń – kapsuły czasu, w której utrwalony zostanie splendor lodowego środowiska Islandii – zarówno olśniewające obrazy, jak i dźwięk przesuwającego się lodu.
O ile kolejne jednostki i pokolenia wrzucone zostają w świat, to właśnie ciągłość jego kształtu tworzy możliwość komunikacji między nimi – obecnie coraz bardziej zagrożoną. Wobec postępującej zmiany tego kształtu nie musimy czuć się jednak bezbronni – Magnason walczy z zerwaniem międzypokoleniowej więzi choćby przez wyszukane w archiwum, przekazywane przez generacje pieśni o lodowcach, które stają się kołysanką dla jego córeczki. „O czasie i wodzie” to pozbawiony łatwego sentymentalizmu, czuły wgląd w tajemnicze powiązania (nie)pamięci. To także wyraz wiary w sam sens filmowej dokumentacji jako dającej nadzieję na nie tyle może powstrzymanie upływu czasu, ale przynajmniej przechowanie jego skrawków – choćby twarzy najbliższych, którzy już dawno odeszli.
Filmy:
„Krokodyl” [Crocodile], reż. Pietra Brettkelly i „The Critics”, Nowa Zelandia–Nigeria 2026.
„Lis i różowy księżyc” [A Fox Under a Pink Moon], reż. Mehrdad Oskouei i Soraya Akhlaghi, Iran–Dania 2025.
„O czasie i wodzie” [Time and Water], reż. Sara Dosa. Islandia–USA 2026.