Ekranizacje powieści nagrodzonego Noblem brytyjsko-japońskiego pisarza Kazuo Ishigury były dotychczas wielkimi sukcesami. „Okruchy dnia” [1993] Jamesa Ivory’ego z Emmą Thompson i Anthonym Hopkinsem był w mojej opinii jednym z najlepszych filmów lat dziewięćdziesiątych. Bardzo dobrze wypadło też na ekranie połączenie dramatu psychologicznego i science-fiction w „Nie opuszczaj mnie” [2010] Marka Romanka. Udane były również samodzielne wypady pisarza na terytorium filmu. Jego scenariusz do „Najsmutniejszej muzyki świata” Guya Maddina [2003], o zorganizowanym w czasach głębokiej depresji konkursie muzycznym, zachwycał oryginalnością i śmiałością pomysłu, zaś scenariusz remake’u „Piętna śmierci” Akiry Kurosawy pod nowym tytułem „Życie” Olivera Hermanusa [2022] otrzymał nominację do Oscara. Niestety, „Pejzaż w kolorze sepii” według debiutanckiej powieści Ishigury z 1982 roku, zaadaptowanej i wyreżyserowanej przez Keia Ishikawę, wyłamuje się z tej imponującej serii.
Przyznam, że nie czytałem tej książki, ale na podstawie obejrzanego filmu mogę sobie wyobrazić, jak trudna musiała być do przeniesienia na ekran, i chyba nie jest przypadkiem, że, mimo tak zachęcających doświadczeń z innymi powieściami noblisty, tak długo z tym zwlekano. Co ciekawe, sam autor wypowiadał się o niej niedawno w zaskakująco krytycznym tonie. Przy okazji pokazu filmu w sekcji „Un certain regard” na festiwalu w Cannes w 2025 roku miał powiedzieć „To zła powieść […] Pisałem ją jako bardzo młody człowiek. Miałem 25 lat” (na NHK World-Japan w artykule „Recalling the past, reshaping the future” jest przytoczony szczegółowo monolog pisarza wygłoszony ze sceny).
Jest o tym mowa także w wywiadzie Kuby Armaty z Ishigurą w „Gazecie Wyborczej”. Nawet jeśli był to żart, to znamienny. W tym samym miejscu pisarz wyraził też nadzieję, że z filmem Ishikawy będzie inaczej: „Ze złych powieści powstają niekiedy dobre filmy”. Święta prawda, ale nie tym razem.
Życie po katastrofie i tajemnicza sąsiadka
„Pejzaż…” składa się z dwóch przeplatających się, odległych w czasie historii. Jedna w prowincjonalnej Anglii w latach osiemdziesiątych XX wieku, druga – o trzy dekady wcześniej, w Japonii w latach pięćdziesiątych. Łączy je postać głównej bohaterki imieniem Etsuko.
W części angielskiej Etsuko (Yoh Yoshida), mieszkająca samotnie w Anglii po śmierci drugiego męża, Anglika, szykuje się właśnie do sprzedania pełnego smutnych wspomnień domu. Pewnego dnia odwiedza ją córka Niki (Camilla Aiko), początkująca dziennikarka i pisarka, mieszkająca w Londynie. Chce porozmawiać z matką o jej życiu w Nagasaki po wybuchu bomby atomowej w tym portowym mieście i na podstawie jej relacji napisać reportaż a może nawet książkę non fiction (inspiracją do tego pomysłu były trwające wówczas w Anglii protesty przeciwko zainstalowaniu w tym kraju amerykańskich rakiet z głowicami nuklearnymi).

Etsuko, co dość zrozumiałe, niechętnie wraca do tych traumatycznych wspomnień, odpowiada zdawkowo i w ogóle między tymi dwoma kobietami wyczuwa się napięcie oraz brak wzajemnego zrozumienia. Wydają się od siebie emocjonalnie oddalone, podczas wizyty panuje ciężka, pełna niedopowiedzeń atmosfera. Ma to zapewne związek z samobójczą śmiercią przyrodniej siostry Niki, Keiko, córki Etsuko z poprzedniego związku, którą zabrała wbrew jej woli do Anglii i która nie zaadaptowała się do nowego otoczenia – chyba też nie zaakceptowała drugiego męża matki – i wpadła w depresję, z wszystkimi tego tragicznymi konsekwencjami (ta informacja to nie jest spoiler, pada niemal na początku rozmowy między matką i córką). Czy przy okazji zbierania materiału do reportażu/dokumentalnej książki Niki nie chce się dowiedzieć się od matki czegoś więcej na ten temat?
W części japońskiej, retrospekcyjnej, rozgrywającej się w Nagasaki w latach pięćdziesiątych widzimy Etsuko (Suzu Hirose) jako będącą w ciąży młodą, delikatną i nieśmiałą kobietę, uległą i posłuszną żonę Jiro (Kohei Matsushita). To raczej antypatyczny, nieczuły i w sumie dość nieznośny facet, który lubi podkreślać, jak to on strasznie haruje, poświęcając się dla rodziny – tak jakby wytężona praca usprawiedliwiała wszystko, włącznie z zaniedbywaniem żony. Jiro odnosi się do niej obojętnie, momentami szorstko i nieprzyjemnie, a najczęściej nie ma go po prostu w domu.
Czująca się samotnie w tym związku Etsuko zaprzyjaźnia się z mieszkającą w sąsiedztwie tajemniczą kobietą Sachiko (Fumi Nikaido), stanowiącą jej dokładne przeciwieństwo. Etsuko jest wzorową gospodynią domową, osobą grzeczną i potulną, Sachiko – obcesową i bezpośrednią, dumną outsiderką, lekceważącą opinię otoczenia, planującą właśnie wyjechać z Japonii do USA ze swoim amerykańskim boyfriendem, choć przygotowań do tego wyjazdu nie widać.
Sachiko imponuje naszej bohaterce swoją niezależnością, lecz ta niezależność ma też swoją ciemną stronę. Sashiko samodzielnie wychowuje nastoletnią córkę Mariko (Mio Suzuki) – choć słowo „wychowuje” ma tu czysto umowny charakter; w rzeczywistości w ogóle się nią nie zajmuje, nie zwraca na nią uwagi, a w jednej ze scen traktuje ją z wyrafinowanym okrucieństwem. Zaniedbywana przez nią córka wyrasta na małą dzikuskę, nastolatkę zbuntowaną i chodząca samopas, której jedyną życiową miłością są koty. I jest dziewczyną bardzo nieszczęśliwą.
Inercja narracyjna i ulotny nastrój
Powieść odnosi się bezpośrednio do doświadczeń pisarza, który w wieku pięciu lat przeniósł się z rodzicami do Anglii. Film zachowuje jej osobisty charakter, ale to jedna z jego nielicznych zalet – jako całość się nie broni.
Trudno mi ocenić, na ile jego słabości zostały odziedziczone po oryginale literackim, na ile obciążają już adaptatora i reżysera. Na pewno na jego konto trzeba zapisać bardzo nierówne aktorstwo. W części angielskiej jest tak drętwe, że cały ten wątek wydaje się sztuczny i teatralny (nie jest to bynajmniej zamierzony efekt, wynikający z faktu, że Etsuko i Niko są sobą wzajemnie skrępowane, a przez to usztywnione). Szwankuje także dramaturgia. Choć w tle mamy bardzo dramatyczne wydarzenia – czy to w planie ogólnym (wybuch bomby atomowej), czy indywidualnym (samobójcza śmierć dziecka) – historia pozostaje ospała, pozbawiona napięcia i określonego kierunku, nie wiadomo, do czego zmierza. Wydarzenia następują po sobie, jedno po drugim, drugie po trzecim, itd. ale nie przebiega między nimi żadna iskra, nie wzbudzają zainteresowania, „co będzie dalej?”.
W adaptacjach powieści zawsze narracji grozi pewna inercyjność – co jednak ujdzie w prozie, w kinie jest trudniejsze do przyjęcia.
Można z wielką satysfakcją przeczytać 800-stronicową powieść, chłonąc jej atmosferę i delektując się pisarskim stylem, ale w filmie jakaś minimalna energia fabularna jest jednak potrzebna. Reżyser „Pejzażu…” próbuje tkać tu ulotny, melancholijny nastrój, co wychodzi nienajgorzej, ale z drugiej strony nie daje nam powodu, aby śledzić ekranowe wydarzenia z napiętą uwagą i podniesioną temperaturą emocji.

Czym mamy się bowiem emocjonować w części angielskiej? Przecież nie tym, jak się zakończą, zasygnalizowane tu jedynie, perypetie zawodowe i uczuciowe Niki (romans z żonatym mężczyzną). Raczej tym, czy między oddalonymi uczuciowo, mającymi do siebie nieokreślony żal matką i córką dojdzie to jakiegoś porozumienia, emocjonalnego zbliżenia, może pojednania. Oczywiście jest to ważna kwestia, na samym tym pytaniu można zbudować cały film, ale wszystko jest tu opowiadane w tak letargiczny sposób, że ciekawość słabnie z każdą chwilą (wspomniane już nienadzwyczajne aktorstwo też nie pomaga). Mnie ciekawiło najbardziej, co się właściwie stało z Keiko, jak doszło do jej samobójstwa, ale o tym napomyka się tylko na początku, a potem już nie wraca do tematu. Nie tłumaczy się tego „normalną” niechęcią do rozdrapywania niezabliźnionej rany – rzeczywiste powody tej wstrzemięźliwości staną się jasne dopiero w zakończeniu filmu.
Także niewiele się dzieje w części japońskiej, choć jest niewątpliwie żywsza i znacznie lepiej zagrana. Jesteśmy też jakoś zainteresowani, jak się zakończy dziwna przyjaźń między tymi dwoma skrajnie różnymi kobietami, ale oczekiwanie na odpowiedź wymaga znacznej cierpliwości.
Ciekawa natomiast jest koncepcja estetyczna filmu. Obie części, angielska i japońska, są utrzymane w odmiennej tonacji kolorystycznej. Angielska jest chłodna, nakręcona w stonowanych barwach – bladych szarościach i ciemnych błękitach. Japońska odwrotnie: jest jaskrawo oświetlona, cała w nasyconych, żywych kolorach, co nadaje jej odrealniony, nieco oniryczny charakter. Ten przemyślany i elegancki kształt wizualny film zawdzięcza polskiemu operatorowi Piotrowi Niemyjskiemu
(Polska jest jednym ze współproducentów „Pejzażu…”).
Skutki katastrofy i pułapki pamięci
Film dotyka tak wielu spraw i tematów, że trudno jest jednoznacznie powiedzieć, o czym właściwie jest. Najprościej mówiąc, jest to film o konsekwencjach wojny, a ściślej: o społecznych skutkach katastrofy, jaką był wybuch bomby atomowej w Nagasaki. Tym, co było dla mnie nowe i szokujące, to zawarta w nim sugestia (która się zresztą potwierdza w wielu źródłach na przykład w „Discrimination still haunts Japan’s Nobel-winning A-bomb survivors” [Reuters, 2024] czy „Hibakusha: Stories of Survivors of Hiroshima and Nagasaki” [PBS 2025]), że ofiary wybuchu, które znalazły się w strefie promieniowania, były po wojnie w Japonii napiętnowane, spotykały się z ostracyzmem. Z pewną przesadą można powiedzieć, że traktowano je jak trędowatych, w obawie, że choroba popromienna jest zaraźliwa albo stanowi rodzaj klątwy, która może przejść na osoby trzecie.
Doświadczyły tego zarówno Sachiko, jak i jej córka, na której ramieniu widzimy bliznę pooparzeniową: sąsiadka Etsuko była traktowana jak wyrzutek społeczny nie tylko z powodu jej ostentacyjnego lekceważenia zasad japońskiego patriarchatu, ale też dlatego, że była tak zwaną hibakusha („osobą dotkniętą eksplozją”). Może właśnie z tego wynikała zresztą jej hardość i wyzywająca postawa: jeśli już jestem odrzucana i spychana na margines, to niech przynajmniej wiem, za co. Etsuko też znalazła się w strefie popromiennej i starannie to ukrywa, nie przyznaje się do tego mężowi, i nawet go w tej sprawie okłamuje. Atmosfera społecznej niechęci i lęku wokół ofiar atomowego wybuchu, skrajnie niesprawiedliwy do nich stosunek (raczej powinno się im współczuć) w nieco innym świetle stawia decyzję o emigracji. Nie chodziło tylko o to, aby przenieść się do kraju dającego większe poczucie bezpieczeństwa i nie obciążonego koszmarnymi wspomnieniami, pozwalającego łatwiej zapomnieć, ale też by uciec z kraju, w którym jest się powszechnie stygmatyzowanym.
W filmie pojawia się też wątek odpowiedzialności starszego pokolenia za wciągnięcie Japonii w wojenną awanturę. Pewnego dnia w domu Etsuko i Jiro składa wizytę jego ojciec, Ogata (Tomokazu Miura). Jiro jest jak zawsze zajęty pracą, więc trud goszczenia teścia spada na Etsuko. Staroświecko się noszący Ogata okazuje się emerytowanym nauczycielem i dyrektorem szkoły, który w latach trzydziestych wpajał uczniom nacjonalistyczne, fałszywie wielkościowe i militarystyczne idee, które popchnęły naród do wojny. Dziś nie żałuje tego i nie poczuwa się do winy. Ale ten rozrachunek historyczny przeprowadzony jest bardzo pobieżnie i zdawkowo, wątek wydaje się sztucznie doczepiony i dla całości filmu ma znaczenie marginalne.
„Pejzaż…” mówi też o nieprzekazywalności międzypokoleniowych doświadczeń oraz dramatów, jakie mogą się wiązać z emigracją itd. itp., ale wchodząc na wyższy stopień ogólności, można go określić jako film o pamięci i tożsamości. O zawodności i zdradliwości pamięci, o możliwości manipulowania wspomnieniami, o tym, że nasza psychika w celu samoobrony potrafi dokonywać najdziwniejszych manewrów, byleby tylko uchronić nas przed cierpieniem i bólem.
Czy rzeczywiście niespodzianka?
„Pejzaż…” należy do tych filmów, w których wszystko jest podporządkowane zaskakującemu zakończeniu, sprawiającemu, że wiele z tego, co dotychczas obejrzeliśmy, zostaje podane w wątpliwość, jeśli nie wprost zakwestionowane. Cała intryga prowadzi do tej jednej, najważniejszej dla filmu sceny, w której dokonuje się nieoczekiwanego odkrycia.

Dokonuje go Niko i jest ono raptowne, w jakimś sensie nieprzygotowane fabularnie – to znaczy: córka Etsuko nie dokopuje się do niego stopniowo, zrywając kolejne warstwy mistyfikacji. Tylko… czy naprawdę jest tak zaskakujące, jak życzyłby sobie tego reżyser? Gdy bowiem przyglądamy się losom Etsuko i Sachiko uderza ich zastanawiająca paralelność: obie były ofiarami ataku bombowego, Sachiko chce następnie wyemigrować do Stanów, Etsuko wyjeżdża do Anglii, Sachiko ma głęboko nieszczęśliwą córkę, córka Etsuko popełnia samobójstwo… Już wcześniej rodziło to pytanie: kim właściwie była Sachiko? Czy stanowiła dla Etsuko swoisty wzór postępowania, czy też była wyobrażeniem jej potencjalnej przyszłości? I czy w ogóle istniała? A może była tylko projekcją jej lęków i koszmarów, psychicznym awatarem, na którego przerzuciła poczucie winy? Nadal nie wszystko jest tu całkiem jasne, ale przynajmniej dowiadujemy się, dlaczego tak mało miejsca poświęcono samobójczej śmierci Keiko – gdyby to zrobiono i skierowano na nią wzrok, utracono by efekt zaskoczenia, na którym tak zależy reżyserowi. Szkoda, że głównie na nim.
Film:
„Pejzaż w kolorze sepii”, reż. Kei Ishikawa, Japonia–Wielka Brytania–Singapur–Polska, 2025.