Kiedy Mateusz Morawiecki trzy dni temu opublikował w mediach społecznościowych swoje zdjęcie w koszulce z napisem, że wspiera kobiety, Barbara Nowacka z Koalicji Obywatelskiej odpowiedziała: „Typie! Ty wspierasz kobiety? To za Twoich rządów policja tłumiła protesty o prawa kobiet pałkami i gazem”. Chodzi o protesty przeciw zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej za czasów rządów Morawieckiego. Ale to nie rząd doprowadził do zaostrzenia przepisów, tylko Trybunał Konstytucyjny, poproszony o to przez grupę posłów PiS. Teraz jeden z tych posłów przeszedł do stowarzyszenia Morawieckiego, Rozwój Plus. Czy to oznacza, że Morawiecki jest antyaborcyjnym radykałem, katolickim fundamentalistą, skrajnym prawicowcem, który ogranicza prawa kobiet do minimum? Nie.

Nie oznacza też, że kimś takim nie jest.

Po prostu o poglądach Morawieckiego niewiele wiadomo oprócz tego, że zawsze robi to, co do niego należy. Czy wtedy, kiedy był prezesem banku, czy wtedy, kiedy był doradcą gospodarczym premiera Donalda Tuska za czasów pierwszych rządów PO, czy wtedy, kiedy był premierem w rządzie PiS. Robi to, co mu się opłaca.

Jedyne, co można o nim powiedzieć na pewno, to że jest prawicowy, ale nie posługuje się radykalnymi hasłami. Bardziej niż debata o aborcji, interesują go finanse i po prostu pieniądze. A teraz, kiedy zakłada swój klub parlamentarny i rozchodzi się z PiS-em, może odnosić się do różnych grup wyborców. W przeciwieństwie do PiS-u, który idzie już tylko tam, gdzie Przemysław Czarnek.

Morawiecki może więcej

Czy Czarnek pozostanie jeszcze długo „kandydatem” na premiera oczywiście nie wiadomo. Po pierwsze dlatego, że rozłam w partii jeszcze bardziej skomplikował scenariusz wygrania PiS-u w najbliższych wyborach. A po drugie dlatego, że od początku ogłoszenie Czarnka kandydatem na premiera nie oznaczało wcale, że nim zostanie, kiedy PiS będzie tworzyło rząd. Prezes Kaczyński może zmienić zdanie z wielu powodów – choćby dlatego, że tak długie pozostawanie twarzą PiS-u może zmęczyć zarówno twarz, jak i elektorat.

Pewne jednak jest, że na razie prezes zdecydował się postawić na radykalizm, konkurując o wyborców z Grzegorzem Braunem.

W skrócie – Kaczyński walczy o bardzo konkretną grupę światopoglądową, odpuszczając sobie umiarkowanych.

Bo to do nich zwracał się w jego partii Morawiecki, jako to – już nieaktualne – jedno z „płuc”.

Natomiast Morawiecki może zwracać się do różnych grup. Bo wiadomo o nim tylko, że przedstawia się jako centrysta. Ale oprócz skupiania się na gospodarce, nie kojarzy się z żadnymi konkretnymi hasłami. Oczywiście w przyszłości to się musi zmienić – bo jeśli partia nie komunikuje, o co jej chodzi, to wyborcy nie wiedzą, czego chce. Na razie jednak Morawiecki może sobie szukać wyborców i koalicjantów szerzej niż Kaczyński.

Przedstawiając się jako centrysta może szukać niezadowolonych z radykalizmu Czarnka wyborców PiS-u, a także konserwatywnych, niezadowolonych z obecnych rządów wyborców koalicji rządzącej. Może działać wyłącznie pod własnym szyldem albo szukać koalicjantów. Ma do dyspozycji kilka scenariuszy.

Z PSL?

Jeden z nich to rozważany już w mediach wyborczy sojusz z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem. PSL ma notowania poniżej progu wyborczego. Jeśli będzie chciało startować z kimś na wspólnej liście, ugrupowanie Morawieckiego nie wydaje się wykluczone. Kosiniak-Kamysz jest konserwatystą, ważni są dla niego przedsiębiorcy, chce się odróżniać zarówno od PiS-u, jak od KO.

Jednak Kosiniak-Kamysz jest po stronie liberalno-demokratycznej, a Morawiecki przez długi czas był twarzą rządów PiS-u i najgorszych rzeczy, które się z nimi wiązały.

Skąd wyborcy mogą mieć pewność, że po wyborach ewentualna koalicja PSL-ugrupowanie Morawieckiego nie wejdzie w parlamentarną koalicję z PiS-em i resztą prawicy?

Jednym ze scenariuszy może być też jakiś sojusz z Polską 2050 Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Morawiecki odżegnuje się od tego nazywając przewodniczącą Polski 2050 nieodrodnym dzieckiem Donalda Tuska. Ale do wyborów jest jeszcze półtora roku.

Gdyby doszło do tego, że część dawnej Trzeciej Drogi i ugrupowanie Morawieckiego zjednoczą siły i zawalczą o wyborców zmęczonych zarówno KO, jak i PiS-em, taki sojusz byłby niewygodny także dla strony liberalno-demokratycznej. Bo, wbrew obecnemu zadowoleniu premiera Donalda Tuska z obrotu spraw w PiS-ie, osłabiałoby to także pozycję jego partii.

No i powstaje kłopot – jak prowadzić kampanię wyborczą odcinającą się od obecnego rządu, a jednocześnie w nim pozostając?

A może z Konfederacją?

Morawiecki jest tak bardzo pojemny (albo nienapisany programowo), że może też szukać sojuszników w Konfederacji. Nie całej, bo ambicje Sławomira Mentzena są duże i były premier nie jest mu do niczego potrzebny. Ale Konfederacja nie jest przecież jednorodna, politycy tej partii mają różne poglądy i Morawiecki może myśleć, że znajdzie tam chętnych na odświeżenie. Były premier kojarzy się przecież z pieniędzmi, a Konfederacja lubi mieć je w kieszeni, a nie w państwowej kasie. Takie poszukiwania mają jednak szansę na jakikolwiek efekt tylko wtedy, kiedy Morawiecki będzie dawał szanse na sukces.

Dotychczas wizerunkowo wygrywał starcie z PiS-em.

„Intryganci” grali za mocno, a to się często obraca przeciw graczowi.

Mieliśmy na to przykład, kiedy w warszawskiej Radzie Miejskiej, po bezlitosnej wewnętrznej rozgrywce w warszawskiej KO, radni z tej partii obalili projekt nocnej prohibicji. Wygrali, ale wizerunkowo upadli i musieli zmienić zdanie – w efekcie w całej Warszawie od 1 czerwca można kupować alkohol tylko do godziny 22.

Zapowiedzi o wyrzuceniu Morawieckiego z partii nie osłabiły go. Raczej mogły dla niektórych wyglądać jak brutalny atak na polityka, który chce dobrze dla partii i Polski. Teraz jednak, kiedy ostatecznie władze PiS-u odsunęły decyzję o wyrzuceniu go z partii, inicjatywa jest po jego stronie. Wątpliwie zaszczytny puchar rozłamowca zaczyna wędrować w jego kierunku. To może osłabić wrażenie szlachetnej walki, a także partię i całą Polskę.

A tymczasem atrakcyjność koalicyjna ewentualnej nowej partii spada.

Jednak z Kaczyńskim koniec

Najtrudniej jednak wyobrazić sobie, że Morawiecki przeprasza Kaczyńskiego i prosi o ponową szansę, jak kiedyś Zbigniew Ziobro. Przynajmniej nie teraz. Jest przygotowany, jego stowarzyszenie nie działa od wczoraj, ma plan. A PiS słabnie. Jarosław Kaczyński nie panuje tak nad partią, jak kiedyś – walka o sukcesję w PiS nie ustanie po odejściu Morawieckiego.

W dodatku urażony Kaczyński zrobi wszystko, żeby zniszczyć polityka, który się zbuntował i rzucił rękawicę. Jest też gotów na wszystkie koalicje, żeby utrzymać władzę – oczywiście wykluczając koalicji z Tuskiem – czego już w przeszłości dowiódł. Trudno w takiej sytuacji wyobrazić sobie jakąkolwiek wspólną przyszłość Morawieckiego i Kaczyńskiego.

„Najważniejsza zasada: każdy, byle nie Tusk” – powiedział Morawiecki w rozmowie z Superekspresem. Jednak dziennikarz Kamil Szewczyk zapytał jeszcze o Karola Nawrockiego. Prezydent nie będzie startował w wyborach, ale wiadomo, że ma duże ambicje polityczne. Morawiecki odpowiedział: „Pan prezydent Karol Nawrocki jest osobą, która posiada wyjątkową zdolność integrowania różnych środowisk. W wielu gremiach działających przy Pałacu Prezydenckim współpracują osoby z różnych kręgów i frakcji, dlatego myślę, że to bardzo możliwe, iż pan prezydent odegra istotną rolę w tworzeniu takiego rządu.” 

A z tego wynika, że wbrew kalkulacjom o przymierzach z obecnymi politykami koalicji rządzącej, Morawiecki najbardziej może wpłynąć na kształt obecnego obozu prawicy. Pytanie brzmi czy jest wystarczająco silny – a PiS wystarczająco słaby – aby mogło dojść do jakichś przegrupowań po prawej stronie.