Co było wiadomo rok temu, kiedy Karol Nawrocki składał przysięgę przed parlamentem? Że będzie prezydentem PiS-u, jak jego poprzednik Andrzej Duda. Że będzie wetował ustawy o politycznym znaczeniu dla koalicji rządzącej. Że będzie prowadził własną politykę zagraniczną, opozycyjną wobec rządu. Że będzie dążył do konfliktów i napędzał polaryzację.

Wiadomo było, że będzie robił to wszystko w innym stylu niż Duda. Bo ma inny charakter, doświadczenia, środowisko i temperament. Duda, owszem, w przeciwnikach budził gniew, kiedy na przykład nocą zaprzysięgał „sędziów” Trybunału Konstytucyjnego. Albo, gdy posłusznie podpisywał ustawy PiS-u i wetował te uchwalone przez obecną koalicję rządzącą. Częściej jednak wyrażano publicznie na jego temat słowa pełne politowania z powodu braku samodzielności czy wyrazistych cech charakteru, a także zgody na złe traktowanie przez Jarosława Kaczyńskiego oraz specyficznego poczucia humoru.

Z kolei Nawrocki budzi wśród przeciwników głęboki sprzeciw – w wielu z nich w związku z tym, że w ogóle jest prezydentem. Przypomnijmy, że zaprzysiężenie Nawrockiego przez marszałka Szymona Hołownię zostało uznane za zdradę przez tych, którzy wierzą, że wybory zostały sfałszowane. Jednak również ci, którzy nie traktują poważnie tego podejrzenia, nie mają Nawrockiego za osobę godną urzędu prezydenta z powodu jego związków ze środowiskiem kibolskim, gangsterskim. Ale także jego mentalność i rodzaj patriotyzmu uważane są za niegodne funkcji prezydenta.

Jednak z poprzednikiem łączy go to, że realizuje interes partii, dzięki której wygrał wybory. Nawrocki nie robi tego w sposób, który można nazwać pokornym, bo jest waleczny. Ale efekt jest ten sam.

Nawrocki – mimowolny zawodnik wagi ciężkiej?

Tego też się spodziewano – mimo waleczności, ambicji czy bezwzględności, przed którą przestrzegał prof. Antoni Dudek, Nawrocki nie zdecyduje się na niezależność i walkę ze środowiskiem politycznym, które za nim stanęło. Pomimo spekulacji, że chciałby zbudować własny obóz polityczny, odegrać osobną rolę, nie będzie on dążył do konfliktu z Jarosławem Kaczyńskim. A to dlatego, że Nawrocki chce zostać wskazany jako kandydat na prezydenta jeszcze raz.

Jednak po prawej stronie polskiej sceny politycznej zaszły w ciągu tego roku tak duże zmiany, że rola Nawrockiego zupełnie się odmieniła. Chociaż nie za sprawą jego działań.

– Na prawicy zawodnikiem wagi ciężkiej jest prezydent Nawrocki. Nie mówię tutaj o gabarytach i o boksie, tylko o tym chyba nie do końca przewidzianym przez Kaczyńskiego pojedynku między nimi. Moim zdaniem Kaczyński nie ma szans – stwierdził premier Donald Tusk na konferencji prasowej.

Pojedynek toczy się między Jarosławem Kaczyńskim a Mateuszem Morawieckim. Między Kaczyńskim a Braunem toczy się rywalizacja o skrajnie prawicowy elektorat. Między PiS-em a obydwoma Konfederacjami toczyła się jeszcze niedawno walka o to, która z tych dwóch stron będzie miała większe poparcie – czy PiS zachowa na prawicy miano hegemona, czy przejmie ją skrajna prawica.

Jednak od kiedy Mateusz Morawiecki został wyrzucony z PiS-u i założył osobne stowarzyszenie oraz klub parlamentarny, PiS już nie może być hegemonem – przynajmniej teraz.

Jak widać, wszystko się zmieniło z powodu wielu pojedynków, jednak żadnego nie toczył Nawrocki. Owszem, swoje w tej sprawie rozgrywał, ale niewiele. Oficjalnie stoi z boku i przygląda się, pozując na patrona prawicy. Ale póki co, z naciskiem na „pozując”.

O co więc chodzi Tuskowi? Dlaczego wskazuje Nawrockiego, którego przecież chętnie widział w roli nieakceptowanego prezydenta, jako tak silną postać, że może toczyć pojedynek z dotychczasowym władcą prawicy? Przecież mówiąc to, Tusk pozwala rosnąć Nawrockiemu w oczach swoich odbiorców.

Kimś trzeba straszyć

To nie zdolności ani świetnie prowadzona polityka, ani jego upór i siła pozwoliły Nawrockiemu tak wyrosnąć, że nie da się już tego ukryć. Po prostu Nawrocki trafił na moment, który po prawej stronie jeszcze niedawno był nie do wyobrażenia.

Słaby PiS, a więc słaby Kaczyński, nie budzi już takiego lęku w wyborcach koalicji rządzącej jak kiedyś.

Nie każdy pamięta też, jak Morawiecki realizował politykę PiS-u przed sześciu laty. Ci, którzy PiS-u nie znoszą, cieszą się raczej, że się rozpada.

Jak więc PiS-em straszyć? Jak polaryzować? Można by straszyć dwiema Konfederacjami – i Tusk to robi. Ale jest to „zagrożenie” rozproszone, niewyrażone w jednej osobie. A poza tym Tusk nie dystansuje się wobec wszystkich haseł Konfederacji. Szukając elektoratu, sam skręca w prawo.

Ale z Nawrockim nic go nie łączy oprócz Lechii Gdańsk. I Nawrocki jest jeden, konkretny. Z Nawrockim Tusk może walczyć bez żadnych ograniczeń.

Na niego może zrzucić swoje niepowodzenia – bo prezydent wetuje ustawy. Może pokazywać różnice mentalne oraz różnice w podejściu do bezpieczeństwa – robi to, wypominając zawetowanie ustawy wprowadzającej program SAFE.

Nawrocki wygląda i zachowuje się, jakby wiele mógł, chociaż wiele nie może. Ale Tusk podjął tę grę.

Co to oznacza w kontekście roku Nawrockiego? Że być może stanie się rzeczywiście bohaterem nowej odsłony walki dobra ze złem i będzie pomagał w budzeniu silnych emocji spolaryzowanych Polaków. Formalnie, możliwości do prowadzenia polityki Nawrocki będzie miał wciąż te same – „wetomat” i rywalizacja w polityce zagranicznej. Ale zyskuje on znaczenie, którego jeszcze rok temu nie miał. Bo w rozproszonej prawicy – jako głowa państwa, a nie aktywny uczestnik nadchodzącej kampanii wyborczej – może więcej. Musi jednak umiejętnie to wykorzystać.