Sojusze militarne na ogół zawiera się przeciwko komuś. Ale sygnatariusze paktu, podpisanego w miniony piątek w Mekce – Arabia Saudyjska, Pakistan i Turcja – uprzedzają, że „nie jest on wymierzony w nikogo” i ma charakter czysto obronny. Przed kim jednak trójprzymierze chce się bronić też nie jest jasne, ale zarazem kwestia tej obrony najwyraźniej nie jest pilna, bo nie powołano żadnych wspólnych struktur wojskowych.
Być może sprawę wyjaśniłoby opublikowanie tekstu „Porozumienia Mekkańskiego”, ale pozostaje ono tajne. Wiadomo jedynie, że – tak jak w NATO, do którego Turcja, jeden z sygnatariuszy, zresztą należy – atak na któregokolwiek z sygnatariuszy zostanie uznany jako atak na całą trójkę.
O tym, że oto powstało „islamskie NATO”, mówił sam pakistański minister obrony oraz niemal wszyscy wypowiadający się na ten temat komentatorzy.
„Porozumienie mekkańskie” – po co?
Nie wiadomo jednak, czy Pakistan, który jako jedyny z tej trójki posiada broń atomową, udzielił w Mekce atomowych gwarancji pozostałym sojusznikom. Wprawdzie po podpisaniu w ubiegłym roku sojuszu wojskowego Islamabad-Rijad, dowódca armii pakistańskiej, marszałek Asim Munir, potwierdził, że obejmuje on także atomowe gwarancje dla Rijadu. Ale atakowana przez Iran Arabia Saudyjska nie mogła liczyć nawet na konwencjonalne wsparcie wojskowe ze strony Pakistanu, mimo, że rozmieścił on w Arabii kilka tysięcy żołnierzy i eskadrę myśliwców. Można zakładać, że Turcja, dołączając do tego sojuszu, nie zaakceptowałaby ze strony Pakistanu mniej niż Arabia już dostała. Ale, jak się wydaje, nie jest to zbyt dużo.
Podobnie jak zawarcie dwustronnego sojuszu nie zaowocowało pakistańską pomocą wojskową dla zaatakowanej Arabii Saudyjskiej, Porozumienie Mekkańskie także zostało od razu wystawione na próbę. Wojna domowa w Jemenie akurat rozgorzała ponownie, po czteroletniej przerwie. Saudyjczycy poparli dość fikcyjny, choć międzynarodowo uznany rząd centralny, który stoi przeciwko ruchowi Huti. A Huti z kolei są wspierani przez Iran.
Szyiccy rebelianci ogłosili blokadę czerwonomorskiego wybrzeża Arabii i ostrzelali należące do niej tankowce oraz przygraniczną saudyjską rafinerię ropy.
Sojusznicy z Mekki w odpowiedzi nie tylko nie zareagowali, ale nawet nie powiedzieli niczego, co by wykraczało poza rytualne potępienie, do którego wszak nie potrzeba sojuszu. No to po co Rijadowi takie porozumienie?
Może chodzi o Iran?
Można by domniemywać, że jest ono w istocie wymierzone w Iran i ma na celu zniechęcenie Teheranu do wznowienia ostrzału saudyjskiego terytorium, gdyby wojna z USA znów weszła w fazę gorącą. Jednak hipoteza, że Pakistan czy Turcja mogłyby się włączyć do wojny, wydaje się skrajnie nieprawdopodobna. Oba państwa utrzymują z Iranem bliskie stosunki; prezydent Trump powiedział wręcz, że udało mu się powstrzymać prezydenta Erdoğana przed włączeniem się do wojny… po stronie Iranu. Pakistan z kolei jest głównym mediatorem między Teheranem a Waszyngtonem i na pewno nie chciałby utracić związanego z tym statusu.
Co więcej, Pakistan dysponuje narzędziami skutecznej presji na Iran. Przez pakistańską granicę odbywa się dochodowy szmugiel towarów irańskich, które są w innych wypadkach objęte sankcjami. Groźba wstrzymania przemytu sprawiła, że Iran zobowiązał się do wstrzymania ataków na Arabię Saudyjską. I słowa dotrzymał. To skuteczniejszy instrument niż głowice atomowe. Tym bardziej, że Pakistan nie dysponuje rakietami wystarczająco dalekiego zasięgu, by uderzyć w cele bliskowschodnie. A zresztą potrzebuje wszystkich swoich ładunków atomowych, by szachować Indie.
Wprawdzie w wojnie o Karabach Iran popierał Armenię, pokonaną przez wyposażony przez Turcję Azerbejdżan, zaś Pakistan i Iran wzajemnie wspierają beludżyjskich separatystów po obu stronach granicy, ale z takich powodów nie zawiera się militarnych sojuszy. Co więcej, Iran deklaruje, że nie czuje się zagrożony nowym sojuszem.
Nagła przyjaźń
Istotne wydaje się też to, że sojusznicy jeszcze niedawno byli przeciwnikami. W 2017 roku Saudowie i ich sojusznicy obłożyli Katar blokadą za wsparcie dla popieranego przez Turcję Bractwa Muzułmańskiego, uznanego przez Saudów za śmiertelnego wroga. Wtedy Turcja wsparła Katar. To właśnie tureckie poparcie dla Bractwa zapewne sprawiło, że Egipt, nadal toczący z nim wewnętrzną wojnę, nie dołączył do trójprzymierza.
Turcja także potępiała Rijad za zamordowanie w swym konsulacie w Stambule saudyjskiego dysydenta Adnana Khasudżiego. A także rywalizowała z Saudami o pozycję lidera świata sunnickiego.
Trudno sobie wyobrazić, by wszystko to nagle poszło w zapomnienie. Co więcej, nie tylko Arabia wnosi do trójprzymierza hipotekę nierozwiązanego konfliktu z Huti i z Iranem. Pakistan toczy wojnę z Afganistanem. Turcja zaś wprawdzie załagodziła konflikty z Kurdami w kraju i za granicą, ale jest głęboko zaangażowana w Syrii. Tam wspiera nowy reżim lokalnego przywódcy Al-Kaidy. Tu pojawia się nowy konflikt: Izrael uważa syryjski reżim za śmiertelnego wroga. Niektórzy izraelscy analitycy wręcz prognozują, że Turcja może się stać przeciwnikiem groźniejszym niż Iran.
Teraz wszystkie te konflikty każdego z sojuszników stają się problemami także dla pozostałych sygnatariuszy Porozumienia Mekkańskiego. W tak skomplikowanej sytuacji, jaki jest sens paktu?
A może Izrael
Być może chodzi o Izrael. Turcja wprawdzie utrzymuje z Jerozolimą stosunki dyplomatyczne, a Saudowie od dawna mają liczne nieformalne kontakty. Natomiast Pakistan Izraela nie uznaje i go bojkotuje. Ale w istocie wszyscy sygnatariusze mają do Izraela podobny stosunek.
Przed niedawnym szczytem NATO w Ankarze szef tureckiego MSZ, Hakan Fidan, oświadczył o Izraelu, że „ci ludzie stali się ciężarem, którego ludzkość już dłużej nie może dźwigać.” Z kolei szef pakistańskiego MON, Khawaja Asif, który wcześniej określał w internetowym poście Izrael jako „rak… zło i przekleństwo ludzkości”, wezwał świat islamski do „utworzenia wspólnego frontu przeciwko Izraelowi”. Na tym tle wypowiedź byłego szefa saudyjskiego wywiadu, księcia Fajsala al-Turki, że Arabia mogłaby znormalizować stosunki z Izraelem „jeżeli Izrael stałby się normalnym krajem”, jawić się musi jako szczyt umiarkowania. Ale Fidan potem złagodził swoją wypowiedź, Asif skasował wcześniejszy post, a ich retoryka, choć jak wyjęta ze „Stürmera”, i tak niezbyt odbiega od tego, jak się o Izraelu mówi w świecie muzułmańskim – zaś marzenia Asifa o wspólnym froncie, czy choćby zalążkowym islamskim NATO nie przekładają się na rzeczywistość.
Arabia jako muzułmański lider
Paradoksalnie, islamski wymiar sojuszu nie musi być w pierwszym rzędzie wymierzony w Izrael. Podpisano go w Mekce, a nie w stolicy królestwa, Rijadzie, z dość oczywistego powodu: ma to przypominać o przywódczej roli Saudów dla wszystkich muzułmanów, a już na pewno dla wszystkich sunnitów. Pakistan nigdy tej roli nie podważał, chociaż Turcja, siedziba kalifatu aż do upadku Imperium Osmańskiego, o rolę przywódcy z Saudami rywalizowała. Ale podpisanie trójporozumienia w świętym mieście ma symboliczny wydźwięk na korzyść Saudów. I to dlatego Saudowie chcieli tego porozumienia, mimo jego słabości i wad. I dlatego szyicki Iran, który zasadnie nie czuje się nim wojskowo zagrożony, musi czuć się chwiejnie na płaszczyźnie religijnej, a więc także i politycznej.
Ale zarazem to zapewne Teheran najtrafniej odczytał głębokie motywacje sygnatariuszy. Rzecznik irańskiego MSZ oznajmił, że jest on „oznaką zmiany stosunku do USA”, jaka się w dokonała wśród członków paktu. „Kraje regionu zrozumiały, że bezpieczeństwo nie jest towarem, który można nabyć od fałszywych pośredników”, konkludował, jak Asif wzywając do skierowania ostrza porozumienia przeciwko „syjonistycznemu wrogowi”. Do tego jednak droga daleka.
Jednak irańska interpretacja zmieniającego się stosunku sygnatariuszy do amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa jest najprawdopodobniej trafna. Amerykanie wplątali Saudów w konsekwencje wojny z Iranem, której ci nie chcieli, a przed którymi Waszyngton nie potrafił ich obronić. Co więcej, bilans tej wojny dla Stanów jest fatalny. Amerykańska opinia publiczna całkowicie ją potępia, a Trump daje do zrozumienia, że za otwarcie Ormuzu gotów jest zrezygnować z żądań tyczących się irańskiego programu atomowego. Biorąc pod uwagę, że jest to trzecia przegrana bliskowschodnia wojna, amerykańskie rozliczenia mogą być radykalne.
Zmiana paradygmatu?
Przez sto lat to Wielka Brytania była na Bliskim Wschodzie głównym zewnętrznym rozgrywającym. Fatalnie pomyślana interwencja sueska z 1956 roku, kiedy Wielka Brytania i Francja chciały utrzymać kontrolę nad Kanałem Sueskim, położyła kres tej roli. Działania Londynu (oraz Paryża i Jerozolimy) spotkały się wówczas z kategorycznym wetem Waszyngtonu. W ciągu kilkunastu następnych lat Brytyjczycy zniknęli z Bliskiego Wschodu, a ich rolę przejęli Amerykanie.
Jest całkiem możliwe, że Stany Zjednoczone przeżywają właśnie swój moment sueski: skala błędów jest podobna, choć to oni sami, a nie inne mocarstwo, wystawiają sobie za to rachunek.
Podpisując porozumienie mekkańskie najbogatsze państwo sunnickie, jedyne sunnickie mocarstwo atomowe i jedyny sunnici członek NATO postanowili wspólnie zmierzyć się z nową polityczną rzeczywistością, która powstanie po możliwym amerykańskim odwrocie. Odwrót ten może trwać lata, jak ten Brytyjczyków po Suezie.
Ale Stany już dziś nie są w stanie zapewnić sojusznikom bezpieczeństwa. Ani narzucić wrogom swej woli.