Powstanie sojuszu wojskowego Arabii Saudyjskiej, Pakistanu i Turcji to próba przejęcia z rąk Stanów Zjednoczonych roli strażników bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie przez państwa regionu. I to przez kraje, które reprezentują rzeczywistą siłę. Oczywiście powstanie trójstronnego sojuszu, którego deklarację założycielską podpisano w Mekce na początku sierpnia, nie oznacza, iż Stany Zjednoczone wycofają się z Bliskiego Wschodu. Ale ich rola osłabnie.

Regionalizm zamiast globalizmu

Polityka amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa sprawiła, że trzy państwa – z Azji Południowej, Bliskiego Wschodu oraz Europy – postanowiły wzmocnić współpracę militarną i wziąć na siebie większą odpowiedzialność za wspólne bezpieczeństwo. Co prawda, już wcześniej doszło do nawiązania dwustronnej współpracy obronnej pomiędzy Pakistanem a Arabią Saudyjską, ale deklaracja o powołaniu sojuszu i włączenie się do niego Turcji pokazują, iż kraje regionu pragną znaczną część odpowiedzialności za swe bezpieczeństwo wiązać ze współpracą regionalną i nie liczyć wyłącznie na strażnika z zewnątrz.

Jeżeli współpraca w ramach nowego sojuszu przybierze realne kształty, będzie to miało istotny wpływ nie tylko na sytuację w regionie, lecz także odbije się na geopolityce wykraczającej daleko poza Bliski Wschód i Zatokę Perską.

Powstanie silny blok państw, które będą współpracowały w sferze obronnej poprzez wymianę informacji wywiadowczych, wspólne szkolenia i praktyczne ćwiczenia.

Rozwijane będą także współpraca przemysłów obronnych oraz wspólne działania w sferze bezpieczeństwa nowopowstałego sojuszu.

Czy będzie to współpraca przypominająca rolę, którą od lat pełni Sojusz Północnoatlantycki (NATO)? Czyli rolę odstraszacza potencjalnych agresorów, gotowego stawić czoło wrogom zagrażającym któremuś z członków ugrupowania. Innymi słowy, czy rzeczywiście sygnatariusze sojuszu z Mekki poważnie potraktują zobowiązanie mówiące, iż atak na jedno z trzech państw oznacza atak na cały sojusz? I jakich sił zdecydują się użyć poszczególni członkowie, by wesprzeć zagrożonego agresją sojusznika? Pytanie to jest szczególnie istotne w przypadku Pakistanu, jedynego członka sojuszu posiadającego w swym arsenale broń jądrową. Czy jej ewentualne użycie jest wpisane w ramy prawne trójstronnego porozumienia obronnego? Tego nie wiemy.

Co oferuje Pakistan

Warto jednak pamiętać, że sojusz zawiązały państwa posiadające duże i nowoczesne siły zbrojne. Jest to sojusz krajów, których zarówno siły powietrzne, jak i morskie oraz lądowe należą do najsilniejszych nie tylko w regionie, ale i w przestrzeni kontynentu azjatyckiego i regionu bliskowschodniego.

Arsenał jądrowy Pakistanu liczy ponad sto pięćdziesiąt bojowych ładunków nuklearnych oraz rakiety balistyczne zdolne do ich przenoszenia na odległość niemal trzech tysięcy kilometrów. Oprócz tego pakistańskie wojska rakietowe dysponują całą gamą pocisków balistycznych przenoszących bojowe ładunki konwencjonalne.

Warto pamiętać, że Pakistan nie opublikował swojej doktryny użycia broni jądrowej. Eksperci oceniają, iż potencjał nuklearny tego kraju służy odstraszaniu Indii.

Jednocześnie Pakistan uważa, że może użyć ładunków jądrowych jako pierwszy w przypadku egzystencjonalnego zagrożenia państwa.

Siły powietrzne Pakistanu to ponad dwieście bojowych samolotów wielozadaniowych, nie licząc maszyn rozpoznawczych, transportowych i szkoleniowych. Dla porównania, Polska dysponuje około sześćdziesięcioma samolotami wielozadaniowymi. Siły morskie Pakistanu to kilkanaście fregat i korwet oraz kilkanaście okrętów podwodnych. Wreszcie, siły lądowe to około 560 tysięcy żołnierzy służby czynnej oraz ponad 500 tysięcy rezerwistów. Stanowią one o sile militarnej państwa, które w globalnych rankingach, takich jak Global Firepower, znajduje się w czołówce.

Co dokłada Turcja

Niemniej imponująco przedstawiają się siły zbrojne Turcji. Kraj ten posiada obecnie około trzystu samolotów bojowych. W 2028 roku Turcja powinna mieć w służbie dwadzieścia myśliwców piątej generacji Kaan powstałych w efekcie realizacji krajowego programu TF-X. Świadczy to o niezwykle rozwiniętym sektorze wojskowej produkcji lotniczej. Na tureckie siły morskie składają się: jeden lotniskowiec, kilkanaście fregat i korwet, kilkanaście okrętów podwodnych.

Tureckie siły lądowe to największa armia w regionie Bliskiego Wschodu i Europy oraz kluczowy filar militarny NATO.

Kraj posiada tysiące czołgów, głównie zmodernizowane warianty Leopard 2, M60 oraz M48. Wdrażany jest również program rodzimego czołgu podstawowego Altay.

Z kolei największym atutem sił zbrojnych Królestwa Arabii Saudyjskiej są siły powietrzne. Kraj posiada ponad trzysta bojowych samolotów wielozadaniowych. Siły morskie to kilkanaście fregat i korwet, kilka kutrów rakietowych oraz niszczyciele min i trałowce. W siłach lądowych widzimy setki czołgów, w większości M1A2S Abrams.

Sojusz się zbroi

O militarnej sile Arabii Saudyjskiej, Pakistanu i Turcji świadczy także rozwinięty sektor przemysłu zbrojeniowego. Państwa te już od jakiegoś czasu intensyfikowały współpracę krajowych producentów uzbrojenia. Turcja jest głównym partnerem Saudyjczyków w obszarze systemów bezzałogowych. Rijad masowo kupuje tureckie drony i lokalizuje ich produkcję oraz serwis na swoim terytorium. Pakistan od dekad zapewnia wojskom Arabii Saudyjskiej wsparcie szkoleniowe i kadrowe. Z kolei przemysł zbrojeniowy Pakistanu opiera się na ścisłej współpracy technologicznej z Chinami oraz Turcją, produkując broń strzelecką, czołgi (Al-Khalid), myśliwce (JF-17 Thunder) i amunicję. I wreszcie przemysł turecki, który pokrywa obecnie około 80 procent potrzeb własnych sił zbrojnych. Kraj stał się potęgą eksportową w dziedzinie bezzałogowców (drony Bayraktar), systemów rakietowych, elektroniki wojskowej oraz pojazdów opancerzonych. W sferze produkcji zbrojeniowej Turcja aktywnie wchodzi na rynki globalne.

Sojusz przeciwko komu?

Rozczarowanie polityką i działaniami Stanów Zjednoczonych w rejonie Zatoki Perskiej to z pewnością tylko jedna z przyczyn, które sprawiły, iż trzy państwa regionu wyniosły na wyższy poziom współpracę obronną.

Pozornie logiczne byłoby uznać, iż nowy sojusz skierowany jest przeciw Iranowi.

Oto Iran, w odpowiedzi na ataki bombowe i rakietowe przeprowadzane przez Stany i Izrael, zaatakował bazy amerykańskie na terytorium Arabii Saudyjskiej oraz Turcji. Z kolei na raczej pozytywnych relacjach irańsko-pakistańskich cieniem kładł się w ostatnich latach konflikt w podzielonym pomiędzy oba kraje Beludżystanie oraz wspieranie przez Iran mniejszości szyickiej mieszkającej w Pakistanie.

Trzeba pamiętać, iż dominującą gałęzią islamu zarówno w Arabii Saudyjskiej, jak i w Pakistanie oraz w Turcji są sunnici. Z kolei Iran reprezentuje islamską tradycję szyicką. Byłoby jednak znacznym uproszczeniem sądzić, iż oto trzy państwa z dominującą tradycją sunnicką sprzymierzyły się przeciw państwu, w którym większość stanowią szyici.

Doszukiwanie się w nowym sojuszu konfliktu religijnego wewnątrz islamu i podziału tradycji na gałąź sunnicką i szyicką to stanowczo zbyt wielkie uproszczenie sytuacji.

Teheran zareagował na powstanie nowego bloku wojskowego u swych granic nad wyraz spokojnie.

Bez entuzjazmu, ale i bez histerii, która mogłaby wskazywać na obawy.

Obawy Indii

Nieco inaczej na powołanie w Mekce nowego sojuszu patrzą analitycy w niedalekich Indiach.

Eksperci w New Delhi nie kryją obaw i uważają, że indyjskie siły zbrojne oraz indyjska dyplomacja mają obecnie twardy orzech do zgryzienia.

Sojusznicza intensyfikacja współpracy pomiędzy trzema krajami według analityków indyjskich przede wszystkim oznacza wzmocnienie pozycji Pakistanu. W efekcie zawiązania w Mekce sojuszu z Arabią Saudyjską oraz Turcją rola polityczna Islamabadu znacząco wzrosła, podobnie jak możliwości militarne tego państwa. Dodajmy, że Pakistan jest od lat w konflikcie z Indiami. Co więcej, trudno byłoby uwierzyć, że Islamabad, powiązany tak wieloma połączeniami militarno-przemysłowymi z Chinami, wszedł do nowego sojuszu bez wiedzy i akceptacji Pekinu. A zarówno polityka Pekinu, jak i Islamabadu postrzegane są przez Indusów jako główne zagrożenie.

W przeddzień podpisania trójstronnego sojuszu w Mekce indyjski premier Narendra Modi odbył długą rozmowę telefoniczną z premierem Izraela, Benjaminem Netanjahu. Obaj liderzy rozmawiali o rozwoju sytuacji na terenie Azji Zachodniej, a także o rozwoju już wcześniej deklarowanej współpracy strategicznej. Podkreślili potrzebę pozostawania w kontakcie.

Czy Modi i Netanjahu już wtedy analizowali potencjalne skutki dla Indii i Izraela zawiązania dzień później sojuszu militarnego Arabii Saudyjskiej, Pakistanu i Turcji dla swych państw? Tej informacji w oficjalnych komunikatach nie było – możemy się tylko domyślać.