Gdy mowa o autocenzurze, często wyobrażamy sobie konkretną postać: człowieka, który ma własne poglądy, lecz nie śmie ich głosić w obawie przed reakcją otoczenia. To obraz zaczerpnięty wprost z klasycznej „spirali milczenia”, pojęcia ukutego przez politolożkę Elisabeth Noelle-Neumann: mniejszość, która wyczuwa, że jej zdanie jest źle widziane, woli zamilknąć niż narazić się na ostracyzm. W polskim dyskursie to zjawisko jest chętnie poruszane przez prawicę. Ale także część liberalnych komentatorów traktuje je poważnie.

Problem w tym, że zwykle „spirala milczenia” jest przykładana do jednej strony. Zakłada się, że to wyborcy prawicy mieliby milczeć w wielkomiejskich liberalnych bańkach, w gronie znajomych zdominowanym przez „drugą stronę”. Autocenzura jawi się więc jako symptom nietolerancji – dowód, że publiczna debata została zawłaszczona przez jeden obóz. Ale czy faktycznie milczą tylko oni?

„Zastraszona” prawica – fakt czy mit?

Dane z sondażu zrealizowanego w maju pozwalają sprawdzić, czy ten obraz jest trafny. Respondentów zapytano wprost: „Czy swoje poglądy polityczne może Pan(i) wyrażać swobodnie wśród przyjaciół i znajomych?”. Chodzi zatem o najbliższe otoczenie – dokładnie tę sferę, w której spirala milczenia miałaby się zaciskać.

Odpowiedzi rozkładają się następująco: 59 procent deklaruje, że wypowiada się swobodnie, 20 procent uważa na to, co mówi, a 22 procent woli o polityce w ogóle nie rozmawiać. 

Jednak pozostaje pytanie: kto kryje się za tymi liczbami?

Gdyby autocenzura wynikała z „efektu mrożącego”, wymierzonego w polityczną mniejszość, milczeć powinni przede wszystkim ci, którzy mają wyraziste poglądy i obawiają się reakcji otoczenia. Tymczasem dane pokazują coś przeciwnego. Odsetek osób, które wolą o polityce nie rozmawiać, jest jednolicie niski wśród deklarujących poparcie dla którejkolwiek z partii: od 12 do 16 procent. I to niezależnie od tego, czy mowa o Lewicy, Koalicji Obywatelskiej, PiS-ie, Konfederacji czy o łącznym elektoracie PSL-u i Polski 2050. 

Szczególnie wymowny jest wynik Konfederacji: właśnie ten rzekomo „zakneblowany” elektorat najrzadziej ze wszystkich wycofuje się z rozmów, a swobodę wypowiedzi deklaruje niemal równie często jak wyborcy KO i Lewicy. Zwolennicy PiS-u oraz PSL-u i Polski 2050 nieco częściej niż inni przyznają, że uważają na to, co mówią (24–27 procent). Ale to ostrożność, nie milczenie. Wciąż rozmawiają. A więc teza o spętanej, zastraszonej prawicy nie znajduje oparcia w danych.

Kto naprawdę milczy

Milczenie zaczyna się gdzie indziej: wśród tych, którzy w ogóle nie stanęli po żadnej stronie. Wśród niezdecydowanych – czyli tych, którzy nie potrafili wskazać żadnej partii, za którą się opowiadają – 31 procent woli o polityce nie rozmawiać. Czyli co najmniej dwukrotnie częściej niż w którymkolwiek partyjnym elektoracie. To jedyna grupa, w której swobodnie wypowiada się ledwie połowa. 

Granica nie przebiega więc między lewicą a prawicą lub między obozem rządzącym a opozycją. Przebiega między tymi, którzy w polityce uczestniczą, a tymi, którzy się z niej wypisali.

Można by jeszcze bronić klasycznej interpretacji. Czyli założyć, że milczący to w istocie ludzie o sprecyzowanych poglądach, którzy tylko maskują się obojętnością. Jednak dane tego nie potwierdzają. Zestawiając deklarowaną swobodę wypowiedzi z innym pytaniem – o to, kogo respondent ostatnio częściej krytykował w rozmowach z bliskimi – okazuje się, że milczący nie są skrytą opozycją wobec żadnej ze stron.

Wśród osób, które „wolą o polityce nie mówić”, aż 45 procent nie krytykowało ani rządu, ani opozycji, a kolejne 38 procent nie potrafiło wskazać adresata swojej krytyki. Łącznie ponad cztery piąte tej grupy nie zajmuje żadnego rozpoznawalnego stanowiska politycznego. Część tego wyniku to oczywiście prosta konsekwencja pytania: kto unika rozmów, ten rzadziej kogokolwiek krytykuje. Tym bardziej wymowna jest jednak mniejszość, która sympatie zdradza: 6 procent częściej krytykowało rząd, 8 procent – opozycję. Gdyby cisza kryła stłumiony sprzeciw, ten rozkład byłby jednostronny. 

Badania wskazują, że milczenie nie wygląda na skrywanie poglądu, którego nie wolno wypowiedzieć – wygląda na brak poglądu, którego można by bronić. 

To nie spirala milczenia, lecz coś prostszego i pod pewnymi względami groźniejszego: wyjście z polityki w ogóle.

Nie idee, a społeczne zasoby

Jeśli autocenzura jest w Polsce raczej wycofaniem niż zastraszeniem, to powinna koncentrować się nie wśród osób o niepopularnych poglądach, lecz wśród tych, dla których polityka jest sferą obcą i męczącą. Albo po prostu „nie dla nich”. I rzeczywiście: to, kto rezygnuje z rozmów, konsekwentnie układa się wzdłuż linii zasobów społecznych, a nie linii ideowych.

Najwyraźniejsza linia podziału to płeć. 

Kobiety niemal dwukrotnie częściej niż mężczyźni wybierają milczenie: 28 wobec 15 procent.

Trudno tę różnicę tłumaczyć poglądami; lepiej pasuje do niej obraz politycznej rozmowy jako sfery dla wielu kobiet kosztownej lub nieprzyjaznej. Drugi wyraźny podział dotyczy wykształcenia: wśród osób z wykształceniem podstawowym z rozmów rezygnuje 29 procent, wśród osób z wyższym – niespełna 18. Wycofanie idzie więc w parze z marginalizacją. Wiek różnicuje słabiej, z jednym uderzającym wyjątkiem: najczęściej milczą osoby między 35. a 44. rokiem życia, w środku kariery i rodzinnych obowiązków (34 procent) – to anomalia, której te dane nie wyjaśniają.

Najczęściej milczy wieś

Ten sam wzorzec powtarza się w przypadku miejsca zamieszkania i dochodu. Najgłośniejsze są miasta średniej wielkości; najczęściej milczy wieś (27 procent). Wśród zarabiających poniżej 4 tysięcy złotych netto z rozmów o polityce rezygnuje co czwarta osoba, wśród zarabiających 7 tysięcy i więcej – zaledwie 7 procent. 

Im wyżej na drabinie dochodów, tym swobodniej; rozmowa o polityce okazuje się w praktyce przywilejem zamożniejszych.

Najlepiej widać to jednak w statusie zawodowym – choć nie tam, gdzie podpowiadałaby intuicja. Bierni zawodowo, od emerytów po studentów, milczą w stopniu zbliżonym do osób aktywnych (około 21 wobec 20 procent). 

Wyraźnie odstaje natomiast prekariat: wśród osób na umowach cywilnoprawnych i bezrobotnych z rozmów o polityce rezygnuje aż 32 procent. Wynika z tego wniosek, że nie bierność zawodowa, lecz krucha lub zerwana więź z rynkiem pracy idzie najsilniej w parze z wycofaniem z rozmów o polityce. 

Ludzie o najbardziej niestabilnej pozycji najczęściej wypisują się z polityki, choć to właśnie ich interesy są w niej reprezentowane najsłabiej.

Czy to wszystko nie jest jednak tylko innym opisem zwykłego braku zainteresowania polityką? Dane pozwalają tę wątpliwość oddalić: nawet wśród osób, które poszły do urn w pierwszej turze wyborów prezydenckich – trudno o bardziej elementarny dowód zaangażowania – kobiety wybierają milczenie ponad dwukrotnie częściej niż mężczyźni (23 wobec 10 procent), a zarabiający poniżej 4 tysięcy złotych milczą ponad czterokrotnie częściej niż zarabiający 7 tysięcy i więcej (23 wobec 5 procent). Wycofanie nie jest więc apatią w przebraniu: podąża za pozycją społeczną także wśród tych, którzy głosują.

Wąska debata polityczna nie reprezentuje Polaków

Liberalna diagnoza powszechnej autocenzury brzmi zwykle alarmistycznie: oto dowód na atmosferę nietolerancji, na zawężanie pola swobodnej wypowiedzi. Polskie dane każą tę diagnozę odwrócić. Problem nie polega na tym, że dysydenci zostają uciszeni – wyborcy wszystkich partii mówią względnie swobodnie. Polega na tym, że z politycznej rozmowy wypisują się ci, którzy nie zaciągnęli się do żadnej armii: niezdecydowani, kobiety, słabiej wykształceni, gorzej zarabiający, mieszkańcy wsi i prekariat. Głośni stają się jeszcze głośniejsi, a ci ambiwalentni cichną.

To zjawisko najtrafniej opisuje nie spirala milczenia, lecz klasyczna triada ekonomisty Alberta O. Hirschmana: lojalność, głos i wyjście. Jeśli polityka zamienia się w plemienną wojnę prowadzoną przy rodzinnym stole, to dla każdego, kto nie należy do żadnego plemienia, koszt „głosu” rośnie – i racjonalnym wyborem staje się „wyjście”. Ta interpretacja ma swoje granice: sondaż jest migawką z jednego momentu, nie długookresową obserwacją tych samych osób. Więc „wyjście” z polityki i jego powody pozostają hipotezą, a nie dowiedzionym mechanizmem. Co więcej, w nielicznych podgrupach dokładne odsetki trzeba traktować ostrożnie. Jednak kierunek różnic jest jednoznaczny – a to, że sondażowe pytanie nie dotyczyło forum ani internetu, lecz bliskich relacji, dodatkowo wzmacnia odczytanie odpowiedzi w kategoriach wycofania, zamiast autocenzury.

Mimo tych zastrzeżeń wniosek pozostaje niewygodny dla liberalnej wyobraźni. Demokracja liberalna potrafi przetrwać głośny spór – gorzej znosi cichą rejteradę wszystkich, którzy nie są niczyimi stronnikami. 

Bo gdy ze sfery publicznej wycofują się właśnie ci najmniej zakorzenieni i najsłabiej słyszani, to, co zostaje, nie jest debatą całego społeczeństwa. 

Taka debata staje się rozmową coraz węższego grona zaangażowanych. A coraz mniej reprezentatywnym obrazem tego, czym Polacy naprawdę żyją i co jest dla nich ważne.

Dane: sondaż zrealizowany przez Opinia24; dostęp autora do danych sfinansowano ze środków grantu Narodowego Centrum Nauki (nr 2020/39/B/HS6/00853).