We wrześniu 1991 roku ugrzęzłem w Ochrydzie. Macedonia właśnie ogłosiła niepodległość od Jugosławii. W Skopju wybuchły protesty Albańczyków, oburzonych, że nowo powstałe państwo zdaje się ich całkowicie ignorować – pomimo że stanowili jedną czwartą ludności.

Chciałem udać się do stolicy, ale wojsko zamknęło drogi dojazdowe. Więc nie pozostało mi nic innego, jak z Albańczykami i Macedończykami rozmawiać w Ochrydzie. Od jednych i od drugich słyszałem niemal to samo. Najpierw długie opisy wad i win tych drugich; „brudasy” i „mnożą się jak króliki” należały do najłagodniejszych określeń. Potem narzekanie na niezbadane wyroki Bożej opatrzności, która nas, niewinnych, skazała na mieszkanie z tamtymi na jednej ziemi, która zresztą jest nasza, a nie ich. „I tak się już z nimi męczymy od wieków”, konkludowali moi rozmówcy. A niektórzy, radykalniejsi, stwierdzali, że od tysiącleci. „Ale jakoś, mimo wszystko, dawaliśmy do tej pory radę. Czy to nie okropne, że teraz będziemy musieli się zabijać?”.

Wcześniej wróg był z zewnątrz

Do tej pory zawsze ktoś inny – Belgrad, socjalistyczny lub królewski, a wcześniej cesarz, najpierw konstantynopolitański, potem stambulski. Zewnętrzne potęgi siłą narzucały spokój w Skopju i w Ochrydzie. A teraz, odkąd w Ochrydzie rządzi już tylko Skopje i, jak głosił Władysław Broniewski: „żadna obca dłoń rachunków krzywd nie przekreśla”. Wśród obu grup panowało przekonanie, że „sami siebie będziemy musieli wziąć za pysk” – czyli tamci będą chcieli wziąć nas, więc my musimy być pierwsi.

Groźba zabijania nie była tylko czczą retoryką. W tamtym okresie trwała jeszcze krwawa wojna w Chorwacji i nikt nie miał złudzeń, że sąsiednia Bośnia będzie następna. Macedonia, wieloetniczna podobnie jak Bośnia, także nie rwała się wcale ku niepodległości – ale po secesji Słowenii i Chorwacji z Jugosławii pozostała jedynie Serbosławia i nie było już wyjścia.

Ochryda czekała na rzeź.

„Następna wojna światowa może wybuchnąć z powodu Macedonii, a ludzie myślą, że to nazwa koktajlu owocowego” – cierpko komentował Henry Kissinger. Ostrzeżenia, że tym razem to już, tym razem się zacznie, słyszałem potem wielokrotnie aż do końca dekady. Ale zawsze rozchodziło się po kościach – nawet wtedy, gdy władze usiłowały rozjechać buldożerami nielegalny prywatny albański uniwersytet w Tetowie. Nielegalny, bo działający bez stosownych zezwoleń. Prywatny, bo na państwowy nie chciały się zgodzić władze.

Aż w dziesięć lat po macedońskiej niepodległości przestało się rozchodzić po kościach. Upojeni zwycięstwem w sąsiednim Kosowie i przezeń wspierani pieniędzmi, żołnierzami i bronią, Albańczycy utworzyli własną Armię Wyzwolenia Narodowego (UÇK). Sporadyczne walki trwały pół roku; zginęło po kilkudziesięciu żołnierzy po każdej ze stron. Było jednak oczywiste, że nikt nie ma szans na militarne zwycięstwo. I że nikt poza granicami kraju do takiego zwycięstwa nie dąży. W sierpniu 2001 roku w Ochrydzie podpisano porozumienie pokojowe.

Sukces porozumienia ochrydzkiego

Porozumienie ochrydzkie było mało radykalne: UÇK została rozwiązana, uczestników walk objęła amnestia, administrację państwową zdecentralizowano. A każdy język, którym w danej gminie mówi przynajmniej 20 procent ludności, zyskał status państwowego, obok macedońskiego. Uniwersytet w Tetowie został instytucją państwową. Z kolei nowa albańska partia polityczna – Unia Demokratycznej Integracji (DUI), powstała ze struktur UÇK – stała się niemal nieusuwalnym elementem kolejnych macedońskich koalicji rządowych, a także filarem państwowości.

W 2013 roku, Talat Xhaferi, który dwanaście lat wcześniej zdezerterował z wojska, by dołączyć do UÇK, został z ramienia DUI pierwszym albańskim ministrem obrony, a następnie przewodniczącym parlamentu i wreszcie premierem. Niektórzy, owszem, krzyczeli o zdradzie narodowej, deptaniu honoru i pluciu w twarz. Ale ta retoryka – zresztą obficie stosowana także w kontekście konfliktów z greckimi i bułgarskimi sąsiadami – uległa dewaluacji. Za to albański minister obrony był istotnym argumentem na rzecz Skopja, gdy decydowano o macedońskim członkostwie w NATO, do którego kraj przystąpił w 2020 roku.

Członkostwo Macedonii w NATO nie byłoby możliwe, gdyby nie ustępstwa wobec Aten.

Rzecz w tym, że Grecy, gospodarze największej części historycznej Macedonii (niewielki kawałek ma też Bułgaria), uważają macedońskie roszczenia do tej spuścizny za zamach na ich suwerenność. Macedończycy odpowiedzieli przebudową śródmieścia Skopja w okropnym, pseudoantycznym stylu. W centrum postawili gigantyczny pomnik, jakoby anonimowego „Wojownika”, którego wszyscy nazywają Aleksandrem. Ale i tak pod grecką presją musieli zmienić flagę i nazwę kraju z Macedonii na Macedonię Północną. Podobnie członkostwo w Unii Europejskiej nie będzie zapewne możliwe bez ustępstw wobec Sofii. Ta uważa Macedończyków za Bułgarów, a język macedoński za dialekt bułgarskiego. I żąda, by Macedończycy też to uznali. W tej sytuacji

roszczenia Albańczyków, którzy nie zamachiwali się na macedońską tożsamość, a jedynie chcieli równouprawnienia, dużo łatwiej było zaakceptować.

Macedonia miała szczęście także i w tym, że nie miała znaczącej mniejszości serbskiej ani chorwackiej, co zapobiegło przeniesieniu na jej terytorium zapiekłego konfliktu między tymi narodami. Konflikt macedońsko-albański pozbawiony był podobnej historycznie zakorzenionej zapiekłości, a także realnych obszarów spornych: w kraju obowiązywał de facto swoisty apartheid, egzekwowany przez obie strony. Z socjalistycznych mieszanych osiedli wyprowadzili się po niepodległości ci, którzy stanowili lokalną mniejszość. A dzieci z małżeństw mieszanych było równie niewiele, jak samych takich małżeństw. Nie było o co się bić.

Nowe wyzwania

To nie znaczy, że porozumienie ochrydzkie rozwiązało wszystkie problemy: ono je po prostu zastąpiło innymi, bardziej rozwiązywalnymi. I zrodziło zresztą nowe. Wszystkie stanowiska w groteskowo rozrośniętym aparacie państwowym obsadza się z klucza etnicznego. Co sprawia, że zdarza się, iż ludzie zmieniają deklarowaną tożsamość, by kandydować na dane stanowisko.

Jako że Albańczycy stanowią już jedną trzecią ludności, albańscy urzędnicy i język albański są dużo bardziej obecni. Sprawia to, że macedońscy nacjonaliści mówią o „wypieraniu rdzennej ludności”. Ale nie był to nigdy pierwszoplanowy spór, bo nacjonaliści musieli najpierw stawiać czoła Grekom, a potem Bułgarom. Ich skargę na ustawę językową, rzekomo niekonstytucyjną, trybunał konstytucyjny bada niespiesznie. Emocje rozpaliło niedawno żądanie albańskich studentów prawa, by mogli zdawać egzaminy po albańsku.

Czego możemy uczyć się od Macedonii

Można by powiedzieć, że dużo tych problemów jak na dwumilionowy kraj. Ale w porównaniu z Chorwacją, niemal etnicznie oczyszczoną z Serbów, Bośnią uwięzioną w kaftanie bezpieczeństwa z Dayton, czy Kosowem, gdzie serbskich enklaw nadal muszą strzec siły międzynarodowe, Macedonia jest wzorem.

Zwłaszcza jeśli spojrzymy szerzej. Na Ukrainę, która nie chce się uznać za Małorosję, a której mieszkańców Polacy coraz bardziej już nie chcą uznawać za sojuszników na częściowo okupowany i etnicznie wyczyszczony Cypr. Albo na Turcję, gdzie może znów będzie można mówić po kurdyjsku, ale nie o ludobójstwie Ormian z ubiegłego wieku.

Albo jeszcze szerzej: od Kaukazu, gdzie to, co zostało z Armenii, już nawet się nie domaga, by o tym ludobójstwie wspominać; poprzez Iran, któremu niektórzy potrafią nawet wybaczyć wymordowanie tysięcy protestujących, bo stał się obiektem istotnie niesprowokowanego amerykańskiego ataku. Iran także wspiera mordercze bojówki irackiego pospolitego ruszenia. Choć utracił bazę w Syrii, której reżim wprawdzie został obalony, ale dopiero po wymordowaniu setek tysięcy. A sami zwycięzcy teraz dławią Kurdów i mordują Druzów.

Nie zapominajmy także o libańskim Hezbollahu i palestyńskim Hamasie, zjednoczonym w swej determinacji, by – zgodnie z życzeniem Teheranu – wymazać państwo żydowskie z mapy. I o samym Izraelu też nie zapominajmy, gdzie faszystowski minister bezpieczeństwa narodowego wzywa w parlamencie, by co noc zamordować w Gazie ze czterdzieści osób, „które nie zasługują, by żyć, a zresztą w ogóle nie są ludźmi”. I gdzie co noc terrorystyczne bojówki osadników bezkarnie napadają na palestyńskie wsie, palą pola, a czasem zabijają ludzi.

A jeszcze Jemen, jeszcze Libia, niekończący się koszmar Sudanu, hańba wojny w Tigraju, która ponownie grozi wybuchem… Dość.

Nie wiem, czy albańscy studenci w Macedonii zyskają prawo do zdawania egzaminów w ojczystym języku i czy to prawo istotnie im się należy. Nie będę też sprawdzał, czy żeby zostać zawiadowcą w Gostivarze, trzeba zostać Albańczykiem. Ani dociekał, czy jacyś jeszcze prawdziwsi Wewnętrzni Rewolucjoniści nie skrzykują się potajemnie, by tym despektom dla Macedonii położyć kres.

Nie będę szukał dziur w Ochrydzie. Czasami po prostu coś się jednak udaje.