Sytuacja pierwsza. Trybunał Konstytucyjny rok temu uznał za niekonstytucyjną ustawę o Trybunale Konstytucyjnym, którą uchwaliła obecna koalicja rządząca. Nowa ustawa miała uczynić Trybunał odpornym na naciski i manipulacje polityczne. Zgodnie z jednym z jej zapisów sędzią Trybunału nie może być czynny polityk, który w ciągu ostatnich czterech lat był parlamentarzystą albo ministrem. Po to, aby nie brał udziału w ocenianiu konstytucyjności prawa, nad którego powstawaniem sam pracował.
Obecna koalicja rządząca traktuje przywrócenie praworządności jako jedno z najważniejszych zobowiązań wyborczych. A jego żelaznym punktem jest odpolitycznienie i usprawnienie Trybunału Konstytucyjnego. Problem w tym, że właśnie kandydatem Koalicji Obywatelskiej do Trybunału został Maciej Berek, dotychczasowy członek Rady Ministrów. Jak mówi premier Donald Tusk – po to, by naprawić Trybunał.
Gdyby to był mem, kończyłby się pytaniem: „czego nie rozumiecie?”.
Czy tłumaczenie, że ustawa o uzdrowieniu Trybunału została zablokowana przez podporządkowany PiS-owi Trybunał, więc nie trzeba jej przestrzegać, nie brzmi przekonująco?
Morawiecki normalizuje patologię
Sytuacja druga, ale o kilka dni wcześniejsza. Zadowolony z siebie Mateusz Morawiecki udziela wywiadu. Mówi, że w czasie, kiedy był premierem w rządzie PiS-u, konserwatywni posłowie partii prosili prezesa Jarosława Kaczyńskiego, by wymusił wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Morawiecki nie powiedział, że prezes wymuszał, ale my wiemy, że wyrok zapadł zgodnie z prośbami wspomnianych posłów.
Podsumowując – były premier potwierdza publicznie, że za jego rządów Trybunał Konstytucyjny był upolityczniony.
Ale nie przejmuje się tym i znowu chce być w jakiejś koalicji rządzącej.
Poprosimy kolejny mem. Bo czy polityk, który nie waha się publicznie przyznać, że jego partia upolityczniła Trybunał Konstytucyjny, musi być od razu pociągnięty politycznie do odpowiedzialności za swoje słowa? Przecież wszyscy wiedzieli, jak jest. O co tyle krzyku?
Mieliście być inni
Koniec żartów. Obie sytuacje, niestety, są podobne. „Niestety”, bo koalicja rządząca, w tym Koalicja Obywatelska, naprawdę szła do wyborów z hasłem przywrócenia praworządności. I wyborcy traktowali to serio.
Dziś niektórzy komentatorzy mówią: mieliście być inni. Bo przywracanie praworządności w sposób, który zaprzecza jej standardom, jest tak samo złe, jak cyniczne przyznawanie się do jej łamania.
Owszem – zgodnie z prawem przepis o tym, że w Trybunale nie może zasiadać sędzia, który w ciągu ostatnich czterech lat nie był czynnym politykiem biorącym udział w tworzeniu aktów prawnych, nie obowiązuje. Ale nie obowiązuje dlatego, że zablokował je upolityczniony Trybunał, który ustawa miała odpolitycznić. A koalicja rządząca wie, że to ważna zasada, bo chciała ją wprowadzić.
Po drugie – kiedy sędziami Trybunału za czasów rządów PiS-u zostali politycy, Krystyna Pawłowicz i Stanisław Piotrowicz, krytycy demontażu instytucji krytykowali ten wybór.
Oburzenie czy niesmak z powodu decyzji Koalicji Obywatelskiej, a właściwie Donalda Tuska, wyrażają prawnicy, którzy za czasów rządów PiS-u bronili praworządności.
Nawet tacy jak profesor Wojciech Sadurski, który uchodzi za „jastrzębia” w debacie nad przywracaniem praworządności i proponuje rozwiązania, które polemiści uznają za radykalne.
„Jeśli TK nie cieszyłby się opinią sądu niezależnego, lepiej, żeby go nie było. Przynajmniej rządzący nie musieliby udawać, że ktoś ich kontroluje” – pisze Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego. Jednak obrońcy decyzji Tuska mówią o skuteczności – najpierw odbić, potem przywracać praworządność.
Czy to jednak jest polityczna skuteczność, czy cynizm, który przekroczył granice? Jak cynizm Morawieckiego.
Skuteczność czy cynizm?
Publiczne przyznawanie się do lekceważenia standardów praworządności jest cynizmem przekraczającym granice bez względu na intencje.
Owszem, Morawiecki zrobił coś, co świadczy o głębokim zepsuciu. Nie wahał się publicznie przyznać do tego, co potwierdzały europejskie i polskie sądy, a czemu jego ministrowie i podporządkowany jego partii Trybunał zaprzeczali. Tego, że niezależne instytucje zostały w Polsce zniszczone i podporządkowane PiS-owi. Oczywiście, że to wiadomo, bo Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, Europejski Trybunał Praw Człowieka czy Naczelny Sąd administracyjny wydały orzeczenia, które to potwierdzają. Ale nie było jeszcze sytuacji, w której prominentny, współodpowiedzialny za to polityk przyznał się do tego otwarcie i z dumą. Bo Morawiecki, mówiąc to, chwalił się, że przewidział wówczas polityczne skutki tej decyzji. Czyli spadek notowań PiS-u.
Ale Tusk też publicznie przyznaje się do łamania standardów w imię politycznej skuteczności. „Biorę na siebie odpowiedzialność za to, że niektórzy mogą czuć się rozczarowani” – mówił. I też jest z tego dumny, bo pokazuje się jako siłacz, który nie cofnie się przed uzdrawianiem państwa.
Tylko że ten rząd miał być inny.
Rząd i koalicja parlamentarna walczą o skuteczność. Robią to w bardzo trudnych warunkach zaminowanego prawnie państwa. I z prezydentem, który seryjnie blokuje kolejne ustawy. Wybieranie nieoczywistych dróg jest w tych warunkach zrozumiałe. Ale jeśli będą, jak ich poprzednicy, może okazać się, że niektórzy wyborcy nie znajdą między nimi różnicy.
Oczywiście twardy elektorat KO i Tuska wybaczy takie działania. A wręcz pochwali, bo silny Tusk może mobilizować tych wyborców do walki. Tylko że żelaznym elektoratem nie wygrywa się wyborów.