W nadchodzących za dwa miesiące wyborach parlamentarnych w Izraelu wydaje się pewne, że obecna koalicja rządząca przegra: wszystkie sondaże dają jej co najwyżej około 50 miejsc w 120-osobowym Knesecie. Jednak ważniejsze jest, by koalicja jej przeciwników zdobyła w parlamencie przynajmniej 61 miejsc i była w stanie utworzyć rząd.
W przeciwnym wypadku obecny rząd, pod przywództwem premiera Benjamina Netanjahu, zachowa władzę jako rząd techniczny – do czasu uformowania nowej większości. Wprawdzie rząd ten miałby ograniczone możliwości uchwalania nowych ustaw. Ale kontynuacja obecnej linii politycznej wystarczy, żeby szanse na pokój, a także na przetrwanie izraelskiej demokracji, zostały pogrzebane.
O tym, że taka właśnie jest stawka, świadczy właściwie każdy dzień najnowszej, czteroletniej kadencji Netanjahu na stanowisku szefa rządu.
Gdzie są partie arabskie
Brak alternatywnej większości rządowej skutkowałby koniecznością rozpisania nowych, przedterminowych wyborów. Ale na radykalnie inny wynik szanse byłyby niewielkie. Było już tak wiosną 2019 roku, kiedy rozsypała się koalicja rządząca: po przyspieszonych jesiennych wyborach nowa większość nie powstała i szef partii Likud, Netanjahu, nadal sprawował władzę. Wreszcie w połowie 2021 roku udało się sklecić alternatywną koalicję (zaledwie z 61 mandatów), która przetrwała jedynie rok.
Nowe, przyspieszone wybory w 2022 roku przywróciły do władzy Netanjahu. Teraz chodzi o to, by ten scenariusz się nie powtórzył. Alternatywna większość w 2021 roku pozwoliła przeciwnikom Likudu na włączenie do rządzącej koalicji arabskiej partii Ra’am – po raz pierwszy w historii Izraela. Jednak sprzeciw żydowskich nacjonalistów sprawił, że alternatywna koalicja się w końcu rozsypała. Dziś, po krwawej rzezi Hamasu z 7 października, udział Arabów w rządzie byłby jeszcze trudniejszy politycznie. Dlatego przeciwnicy Netanjahu zarzekają się, że utworzą jedynie „syjonistyczną koalicję” – czyli taką bez Arabów.
Nieobecność partii arabskich w izraelskich koalicjach rządowych zapewne wynika także z rasizmu. Ale głównym powodem jest to, że państwo od momentu powstania żyje w poczuciu zagrożenia przez arabskich sąsiadów, co nieuchronnie powoduje kryzysy lojalności – odczuwanej i postrzeganej. Z tego powodu w II RP partie mniejszości niemieckiej czy ukraińskiej też nigdy nie wchodziły w skład rządzących koalicji.
Zarazem wszystkie partie arabskie poza Ra’am, która uznała Izrael jako państwo żydowskie, mniej lub bardziej kategorycznie wykluczają możliwość udziału w takiej koalicji. Przynajmniej dopóki model ustrojowy państwa nie zmieni się na taki, który skłonne byłyby akceptować. Chodzi przede wszystkim o zawarte w Deklaracji Niepodległości kluczowe dla syjonizmu określenie Izraela jako państwa zarazem żydowskiego i demokratycznego.
Arabskie partie oczekują, że państwo zrezygnuje z samookreślenia „żydowskie” lub przynajmniej uzupełni je o „arabskie”.
Dlatego żydowska opozycja Likudu uważa te partie za „niesyjonistyczne” i wyklucza możliwość współpracy z nimi.
Koalicja rządząca uważa zaś partie arabskie po prostu za wroga. Należy jednak zauważyć, że wchodzące w skład tej koalicji partie religijne oraz faszystowskie podważają bądź odrzucają określenie Izraela jako państwa demokratycznego, co przecież również czyni je „niesyjonistycznymi”. A najwyraźniej nie stanowi to przeszkody do ich udziału w rządzie.
Kto zagraża partii Likud
Jeżeli więc nic się nie zmieni, grozi powtórka z sytuacji sprzed pięciu lat. Oznacza to kontynuację mniejszościowych już rządów Netanjahu, następnie powstanie słabej „syjonistycznej” koalicji wrogiej premierowi, bez Ra’am. Taka koalicja upadnie i w konsekwencji rozpisane zostaną przyspieszone wybory, w których ponowne zwycięstwo obecnej koalicji, jako jedynej zdolnej do funkcjonowania, byłoby niemal pewne.
Gdyby jednak do alternatywnej koalicji ponownie dołączyć Ra’am, mogłaby ona liczyć na wygodną większość około 65 mandatów i możliwość realizacji linii politycznej radykalnie odmiennej od obecnie forsowanej, przynajmniej w sprawach wewnętrznych.
Ra’am jasno określiło swoja cenę za przystąpienie do takiej większości: realne równouprawnienie arabskich obywateli Izraela.
Współbrzmi to z postulatem najbardziej prawdopodobnego opozycyjnego kandydata na premiera, byłego szefa sztabu, generała Gadiego Eisenkotta, który dziś jest przywódcą nowej, centrolewicowej partii Jaszar [prawy, uczciwy], cieszącej się obecnie największym poparciem. Jego brak doświadczenia politycznego stał się atutem, bo nie ponosi odpowiedzialności za wcześniejsze fiaska. Jego nieumiejętność występowania publicznie budzi zaufanie, bo ma być gwarancją przed propagandowymi triami. Zaś fakt, że jego własny syn oraz bratanek zginęli na froncie w Gazie, czyni go zwykłym obywatelem, ponoszącym dla kraju ofiary – nie tak jak premier Netanjahu, którego synowie nie służyli w jednostkach bojowych. To, jakim zaufaniem Izraelczycy gotowi są obdarzyć generała, o którym wiadomo głównie to, że niewiele o nim wiadomo, oraz stworzoną przezeń właśnie z niczego partię, świadczy o głębokim braku zaufania do całego establishmentu.
Eisenkott pragnie między innymi rozciągnięcia obowiązku służby wojskowej na wszystkich obywateli, w tym Arabów oraz ultrareligijnych Żydów – dotychczas z niej zwolnionych. Dla partii obecnej koalicji rządzącej takie równouprawnienie to zdrada. Rzecz jednak w tym, że dla świeckiej części społeczeństwa izraelskiego zdradą jest systematyczne uchylanie się ortodoksów od poboru w sytuacji, gdy dwieście tysięcy rezerwistów służy miesiącami. Prawica nie ma już monopolu na patriotyzm.
Czy Ra’am zmieni politykę?
Miary paradoksu dopełnia fakt, że Ra’am, która urosła do roli izraelskiego języczka u wagi, jest religijną partią muzułmańską. Jej przywódca Mansour Abbas zerwał jednak z podporządkowaniem partii Szurze – nadzorującej ją wcześniej koranicznej radzie Ruchu Muzułmańskiego, który partię utworzył. Składa się ona z uczonych w Piśmie – podobne, również niewybieralne ciała są de facto najwyższą władzą w obu żydowskich partiach religijnych. Odrzucił też propozycje reaktywowania Wspólnej Listy z pozostałymi trzema arabskimi partiami, wcześniej wyborczo całkiem skutecznej. To znaczy, że chce być częścią izraelskiego życia politycznego, a nie tylko jego zewnętrznym uczestnikiem.
Zarzuty rady o zdradę interesów narodowych Abbas odparł, stwierdzając w Knesecie, że „państwo palestyńskie istnieje i uznaje je cały świat, z wyjątkiem Izraela i USA”.
To stwierdzenie faktu. Wydawałoby się, że niekontrowersyjne. Wywołało ono jednak burzę protestów i wśród polityków koalicji, i opozycji, którzy boją się, że samo podejrzenie, iż uznają polityczną rzeczywistość, może ich drogo w wyborach kosztować.
Abbas jest niewątpliwie jednym z najbardziej oryginalnych i twórczych izraelskich polityków. A polityczne znaczenie jego partii jest dużo większe, niż wskazywałaby pięcioosobowa liczebność jej parlamentarnej reprezentacji. Największą jednak sensację wywołał były wiceminister bezpieczeństwa i były wicekomendant policji, Joaw Segalowitz. Zapowiedział on, że występuje z klubu parlamentarnego opozycyjnej centrowej partii Jachad [Razem] i zamierza przystąpić do Ra’am. To z jej listy miałby startować w nadchodzących wyborach.
Żydowski polityk w arabskiej partii?
Warunkiem jego przejścia do muzułmańskiej partii Ra’am było uznanie Izraela jako państwa żydowskiego, co Abbas już był uczynił. A także zgoda partii na powszechną (niewojskową) służbę arabskich obywateli, co teraz wydaje się całkiem możliwe. Co więcej, Segalowitz zyskał wśród Arabów uznanie za swą walkę z kryminalną przemocą wśród tej społeczności. Problem ten obecne władze zdają się ignorować (pomimo 252 morderstw w roku ubiegłym, 144 w pierwszej połowie obecnego). Segalowitz mógłby więc liczyć na arabskie poparcie w wyborach.
W Izraelu na listach partii żydowskich, tak z lewa jak z prawa, obecni są nieliczni arabscy politycy, zaś partia komunistyczna Hadasz od początku wystawia tak żydowskich, jak i arabskich kandydatów. Ale czołowy polityk żydowski na liście partii muzułmańskiej byłby czymś absolutnie bezprecedensowym.
Zarazem obecność Segalowitza wśród posłów Ra’am potencjalnie umożliwiłoby uznanie tej partii za wystarczająco „syjonistyczną”. Wtedy zaakceptowałyby ją partie żydowskiej opozycji, i większość jej wyborców – zwłaszcza, że alternatywą byłyby kolejne rządy Netanjahu.
Wyzwania dla nowego rządu
Abbas za wstęp Ra’am do koalicji chciałby realnych działań na rzecz arabskich obywateli. Ale będąc politycznym realistą, nie żądałby natychmiastowej radykalnej zmiany kursu wobec Palestyńczyków, na którą większość żydowskich Izraelczyków nie jest jeszcze gotowa. Tyle tylko, że przyznanie realnego równouprawnienia izraelskim Arabom oraz sytuacja międzynarodowa taką zmianę i tak musiałyby wymusić.
Zadaniem nowego rządu, który powstanie po wyborach 27 października, będzie przede wszystkim odbudowa zdewastowanego przez politykę Netanjahu państwa. Udział partii arabskiej w odbudowie byłby nie tylko ustępstwem wobec parlamentarnej arytmetyki, ale i wartością samą w sobie. Tego rodzaju odbudowa spotkałaby się niemal na pewno z sabotażem nie tylko ze strony obecnej koalicji, ale i popierającej ją części obywateli – to zaś wymusiłoby w końcu przyspieszone wybory.
Zaś w tych wyborach kwestia palestyńska – czyli postulat wynegocjowanej niepodległości Palestyny – niewątpliwie stałby się kwestią podstawową.
Tak wiele zależeć może od tego, czy żydowski policjant stanie się muzułmańskim posłem.