Obchody rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych to od wielu lat najsmutniejsza z naszych historycznych celebracji. Tradycyjnie już rozłupana pomiędzy dwa miejsca pamięci, które w przestrzeni gdańskiej stoczni dzieli raptem kilkadziesiąt metrów, chociaż symboliczny dystans należałoby liczyć w latach świetlnych. 

Z dawnymi bohaterami stąd i stamtąd, którzy pewnie już nigdy nie podadzą sobie ręki. Oraz ich politycznymi spadkobiercami, których przeznaczeniem jest wzajemne zwalczanie się. Przeszłość staje się wtedy wyłącznie pretekstem do podkreślenia różnic, surowcem polityki historycznej. Tylko czy godzi się używać do tego celu akurat Solidarności? 

Wspólnie albo wcale

Jej historyczny fenomen polegał przecież na tym, iż umożliwiła wielomilionowej zbiorowości spotkanie pod wspólnym etycznym mianownikiem. Na bardzo krótko, ledwie parę pierwszych miesięcy „karnawału”, bo później wewnątrz ruchu wyodrębniły się typowe już polityczne mechanizmy rywalizacji o władzę i wpływy.

Było to jednak doświadczenie unikalne nie tylko w naszych dziejach, tym samym kruche i ulotne. Z ducha republikańskie, ale w tak bardzo skondensowanej formie trochę nawet sprzeczne z ludzką naturą. Bo przecież w normalnym życiu mimo wszystko bardziej nas dzielą indywidualne i grupowe interesy, przekonania, kodeksy etyczne i szereg innych spraw, a polityka jest od tego, żeby takie konflikty rozstrzygać.

Solidarność może się zatem jawić wartością antypolityczną i z tego powodu tak bardzo dzisiaj egzotyczną. Słownik PWN definiuje ją jako „poczucie wspólnoty i współodpowiedzialności wynikające ze zgodności poglądów oraz dążeń”. Jeśli jednak potraktować te słowa poważnie, to święto Solidarności najlepiej byłoby obchodzić wspólnie bądź wcale. 

Pierwsze jest niestety w naszych czasach niemożliwe, zostaje więc to drugie. Ale niestety znów się w tym roku nie udało. 

Pałeczka na wroga

Było coś symbolicznego w prezydenckim geście nadania akurat tego dnia Orderu Orła Białego Krzysztofowi Wyszkowskiemu. Człowiekowi swego czasu bardzo zasłużonemu i pomysłodawcy nazwania biuletynu strajkowego „Solidarnością”, z czego później wzięła się nazwa całego ruchu. 

Tyle że był to jedynie biograficzny epizod, podczas gdy zdecydowaną większość życia Wyszkowski poświęcił na desolidaryzację pamięci o narodowej wspólnocie.

Rzekomo splugawiły ją demoniczne siły. A to przecież jeden z najgłębszych archetypów naszego współczesnego podziału, wokół którego porządkowały się później kolejne konflikty.

Odznaczając zatem Wyszkowskiego najwyższym polskim orderem Nawrocki w jakimś sensie przejął pałeczkę po dawnych rewizjonistach solidarnościowego mitu. Natychmiast zresztą stała się ona w jego ręku ciężką pałą do okładania po głowach już jak najbardziej współczesnych politycznych przeciwników.

Mit na wyprzedaży

Poprzedni prezydenci przeważnie się jeszcze pilnowali, żeby akurat w tym dniu uszanować eksterytorialny status wspólnej pamięci. Odwoływali się z tej okazji do wątków wspólnotowych i jeżeli nawet próbowali to wpisywać w aktualne polityczne narracje, czynili to w miarę dyskretnie, przez jedwabną chusteczkę.

U Nawrockiego nie ma jednak miejsca na niuanse. Używa wspólnej przeszłości do brutalnego dzielenia na swoich i obcych. Robił to wiele razy na przestrzeni ostatniego roku. Tym razem w tandetnej publicystyce o rzekomo niezrealizowanych postulatach Sierpnia (bo kolejki do lekarzy), banalnych personalnych aluzyjkach (bo „komuch” Czarzasty), utopionych w hipokryzji pouczeniach (bo złe media publiczne). 

A wszystko jak zwykle ubrane w patriotyczny frazes, z podpórką w postaci autorytetu  Jana Pawła II. Oficjalnie świętego, chociaż jak widać już nie ma świętości. 

Pozostał tylko obwoźny handel relikwiami i wyprzedaż za bezcen resztek narodowej mitologii.

I chyba nawet nie było w tym żadnego cynizmu. Nawrocki wyglądał, jakby nie zdawał sobie sprawy, że robi coś nieprzyzwoitego. Jakby nie przyszło mu do głowy, że na głowie państwa mogą ciążyć inkluzywne zobowiązania. Szczególnie właśnie w takim dniu, kiedy należałoby przecież odwołać się do tego, co wspólne. 

Deklaratywnie broniąc więc dziedzictwa Solidarności prezydent sam sobie zaprzeczał, chociaż i w tym przypadku nic nie wskazywało, żeby miał tego świadomość. 

Bohater popkultury

I ten brak świadomości wydaje się właśnie kluczowy. Bo Nawrocki niczego nie udaje i nikogo nie odgrywa. Mówi o sobie, że jest „wojownikiem” i należy to brać dosłownie. Wojownik jest przecież ma walczyć, a nie opiekować się, cokolwiek uzgadniać bądź negocjować, zawierać z kimkolwiek… porozumienia. A już zwłaszcza z przeciwnikiem.

Został bowiem ukształtowany w realiach politycznej polaryzacji oraz komunikacji opartej na cyfrowych algorytmach, które sortują wyłącznie skrajne treści i jednocześnie gubią się przy każdym przypadku ambiwalencji. 

Tak samo świat Nawrockiego jest dwubiegunowy i nie znajduje się w nim nic pomiędzy skrajnościami.

Kaczyński z Tuskiem musieli kiedyś do tego dojrzeć. Świadomie sformatować się pod schemat polaryzacji, który im obu politycznie pasował. Wymagało to jednak sporego wysiłku, pozbycia się inteligenckich nawyków, redukcji świata do prostych wymiarów. Nie za każdym razem byli w tym zresztą autentyczni, bo marketing ma jednak swoje ograniczenia. 

Ale młodszy co najmniej o pokolenie Nawrocki już nie posiada takich obciążeń, stając się tym samym symptomem pokoleniowej zmiany w naszej polityce. Stąd ślepe uwielbienia jego fanów, którzy cenią w prezydencie przede wszystkim autentyzm, podchodząc do jego słów i czynów niemal bezkrytycznie oraz demonstrując uwielbienie. Jan Rokita niedawno zauważył, iż prezydent cieszy się statusem popkulturowego idola i chyba coś jest na rzeczy. 

Na miarę epoki

Oto więc nowy ideał polityki, która już nie musi używać wojny do osiągania swoich celów, gdyż celem stała się sama wojna. Codzienna i uporczywa, w której każdy kolejny front jest tak samo ważny i tak samo nieważny. O niejasnych często stawkach, gdyż konflikt przede wszystkim ma wywoływać wibracje, które wprawiają publiczność w stan drżenia i dostarczają chwilowych uniesień. 

Forma stała się właściwą treścią polityki. Górnolotny patriotyczny frazes w wystąpieniach Nawrockiego już nie pełni roli ornamentu, tylko awansował do rangi obiektywnej kategorii opisu świata. Oczywiście świata stosownie wcześniej zredukowanego do prostego bipolarnego układu. Pozbawionego głębi, hierarchii, świadomości przyczyn i skutków.

Nie ma zatem mowy o braniu odpowiedzialności za cokolwiek, a już zwłaszcza za wspólnotę, która stopniowo przez lata zatracała swój obywatelski wymiar, cofając się do form plemiennych. I pewnie jest to nieuniknione, gdyż cały nasz pogrążający się w rozmaitych konfliktach świat staje się coraz mniej odpowiedzialny. 

Tym samym Nawrockiego należałoby jednak uznać za być może idealnego bohatera tych coraz bardziej ponurych czasów. Z jednej strony jakoś utalentowanego, ale zarazem dosyć typowego, by nie powiedzieć – pospolitego.

Potrzeba innego mitu

I to niezależnie od jego faktycznej skuteczności oraz politycznych perspektyw, co oznacza dzisiaj tyle, że chyba prędzej wyczerpią się źródła jego specyficznego uroku niż samej metody uprawiania polityki. Trudno tym samym liczyć na wywołanie przesytu skrajną brutalizacją polityki i rychłe nadejście zbiorowego opamiętania, korekty w duchu obywatelskim. 

Dopóki więc nie nastąpi jakieś zasadnicze przewartościowanie, najlepiej w skali globalnej, ten typ przywództwa jeszcze na jakiś czas z nami pozostanie. Chociaż warto oczywiście stawiać mu opór i zarazem strzec tych kilku wartych ocalenia reliktów starego świata, choćby wydawały się dzisiaj mało zrozumiałe. 

Takich właśnie jak solidarnościowy mit, który niezależnie od samej treści uczy nas przecież również tego, że wielka zmiana z reguły przychodzi niepostrzeżenie, kiedy nikt się jej nie spodziewa. Trzeba więc być ostrożnym, żeby jej nie przegapić.