To zjawisko ma prawo przejść niezauważone, bo wymaga pewnego rodzaju metaanalizy, na którą z reguły brakuje czasu czy kompetencji. Niemniej warto poświęcić chwilę niesamowitemu wręcz skrócenia cyklu obiegu informacji w Polsce w ostatnich tygodniach.
Krótko mówiąc, rzeczywistość przyspieszyła do poziomu dotąd niespotykanego. Najpierw niemal codziennie media informowały o aktach sabotażu, incydentach związanych z bezpieczeństwem publicznym u nas i u naszych bezpośrednich sąsiadów. Potem zaczęła się trwoga związana z rosyjską eskalacją wobec Ukrainy, w tym z bombardowaniem pociągu z zagranicznymi dyplomatami.
Przemówienie premiera Tuska zwiastującego trudną w zakresie bezpieczeństwa jesień i zimę nieodpowiedzialni i chyba podświadomie pragnący heroizmu publicyści przekształcili w zapowiedź konwencjonalnej wojny z Rosją. A potem przyszła fala ataków nożowników w szkołach, o której jednak w niedzielę wieczorem większość odbiorców mediów mogła zapomnieć.
Pojawił się mianowicie temat, który w normalnych warunkach dominuje debatę publiczną na tydzień bądź dwa, może nawet dłużej: służby udaremniły poważną, wiarygodną próbę zamachu na premiera i wicepremiera polskiego rządu.
Jakie to zagrożenie?
Reakcja w postaci przytłoczenia, paniki, w końcu rezygnacji z obserwowania rzeczywistości jest w tych warunkach normalna. Obywatele nie powinni być obwiniani za to, że nie konsumują informacji w tempie rzeczywistym, także dlatego, że to tempo jest bezprecedensowe. Osobny temat to brak jakiejkolwiek edukacji medialnej i coraz gorszej diety informacyjnej, choć to problem ogólnoświatowy, dotyczący większości społeczeństw, na który nie znaleziono jeszcze rozwiązania.
Jednak już od rządzących i liderów opinii powinno się w tej sytuacji wymagać znacznie więcej – również dlatego, że sytuacja w najbliższych latach nie poprawi się znacząco. Możemy być tego pewni, bo jest to funkcją natury rosyjskiego państwa i rosyjskiego społeczeństwa, które przecież nie przestanie być naszym sąsiadem.
W natłoku mikrowydarzeń, jakimi w skali wielkich procesów są akty sabotażu czy groźby pod adresem Donalda Tuska i Władysława Kosiniaka-Kamysza, łatwo stracić z oczu szerszy obraz sytuacji, w jakiej znalazł się nasz kraj. Z jednej strony, jesteśmy głęboko zakorzenieni w instytucjach Zachodu, nasza pozycja geopolityczna jest prawdopodobnie najsilniejsza od kilku stuleci. Mamy silną i dobrze wyposażoną armię. Przynajmniej część naszych sojuszników podziela naszą ocenę zagrożenia ze strony Rosji, co zwiększa wiarę w ich ewentualną pomoc w przypadku konwencjonalnej, kinetycznej agresji.
Z drugiej strony jednak, współczesna Rosja stanowi egzystencjalne zagrożenie dla wszystkich tych czynników – i Putin nawet tego nie ukrywa. Wręcz przeciwnie, otwarcie od lat mówi o potrzebie wprowadzenia „nowej równowagi sił na świecie”, czegoś na kształt systemu wielobiegunowego. Czyli, odrzucając wszelkie eufemizmy, układu, w którym Rosja ma prawo współdecydować o losie innych suwerennych państw, zwłaszcza tych znajdujących się w arbitralnie zdefiniowanej przez nią „historycznej sferze wpływów”.
Rosja się nie zmieni
Teoretycznie wszystkie te stwierdzenia są obecne w polskiej debacie publicznej. Jednocześnie jednak słabo wybrzmiewa w niej to, jak głęboko zakorzenione wśród rosyjskich elit politycznych i biznesowych, a także coraz bardziej wśród rosyjskiego społeczeństwa, jest przekonanie o konieczności nieustannej walki z Zachodem. Nazywając rzeczy po imieniu, Rosjanie mogą rzeczywiście być zmęczeni wojną z Ukrainą, ale to nie znaczy, że są gotowi na cokolwiek innego.
Wręcz przeciwnie, cytując Janę Kobzovą z Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych, analityczkę zajmującą się rosyjskim społeczeństwem –
dominującą postawą Rosjan wobec rzeczywistości jest apatia.
Nie są zadowoleni z sytuacji w kraju, ale nie wierzą też, że może się ona zmienić. Jak twierdzi Kobzova, uważają, że ta apatia może rozlać się na inne kraje, najpewniej za pomocą rosyjskich wojsk do nich wkraczających. A jeśli nie będą to konwencjonalne siły – zrobią to boty na platformach internetowych. Jednym z krajów, którym grozi to cały czas i grozić będzie w przyszłości, jest oczywiście Polska.
Możemy żyć nadzieją, że upór i brak rzetelnych informacji z frontu sprawi, że Putin całkowicie rozreguluje gospodarkę, doprowadzi do jakiejś wewnętrznej zapaści, zagłodzi swój naród. Niewykluczone, że tak się stanie, choć raczej nie będzie to proces nagły i spektakularny.
Rosja nie zawali się od środka, jak wielu na Zachodzie by chciało.
A nawet jeśli będzie istniało takie ryzyko, z wysokim prawdopodobieństwem można niestety założyć, że zachodnie elity polityczne zrobią wszystko, by do upadku Rosji nie doprowadzić, obawiając się wewnętrznego chaosu, wojny domowej czy walki o rosyjski arsenał nuklearny.
W praktyce oznacza to, że rosyjskie państwo, zarówno pod względem instytucjonalnym, jak i społecznym, zostało w ostatnich latach trwale zmienione i przygotowane na wieczną wojnę. Cytując popularnego ukraińskiego dziennikarza Witalija Portnikowa, Rosja musi walczyć – bo tylko wtedy, kiedy walczy, świat poświęca jej uwagę, a bez uwagi świata Rosja funkcjonować nie umie.
Rosyjskie nastolatki, a nawet dzieci w pierwszych klasach szkoły podstawowej, są kształcone na samobójczych patriotów, żołnierzy w wojnie cywilizacyjnej. To samo dzieje się nawet z dziećmi na terytoriach okupowanych w Ukrainie – zarówno tymi, które tam zostały, jak i porwanymi do Rosji.
Dr Jade McGlynn z King’s College London bada sytuację na wschodzie Ukrainy i regularnie alarmuje o kolejnych dziesiątkach i setkach ukraińskich nastolatków wcielanych do rosyjskiego wojska, często po uprzednim szkoleniu propagandowym i praniu mózgu. Cała inżynieria społeczna rosyjskiego państwa przestawiona jest na tory konfrontacji z zachodnimi ideami wolności i Oświecenia. I tak będzie jeszcze przez lata po odejściu Władimira Putina – przede wszystkim dlatego, że nie ma w Rosji nikogo o innym światopoglądzie, kto mógłby go zastąpić.
Próby znalezienia „dobrych Rosjan”, jak chociażby okładkowe rozmowy tygodnika „The Economist” z rosyjskim oligarchą Andriejem Melniczenką, to tylko dowód naiwności i głębokiego niezrozumienia sytuacji wewnątrz Rosji.
Czy jesteśmy gotowi na życie w cieniu agresji?
Dlatego trzeba zadać pytanie, czy Polska jest przygotowana na wieloletnie życie w cieniu rosyjskiej agresji. Intuicyjna odpowiedź jest negatywna, choć oczywiście nie można stawiać takiej tezy jednoznacznie, bo może ją zweryfikować jedynie rzeczywistość.
Przydałoby się jednak drastycznie zwiększyć nakłady i zmienić strategię wobec społecznej odporności polskiego społeczeństwa, które ewidentnie nie jest gotowe na zalew aktów rosyjskiej agresji w skali mikro czy makro. Musimy nauczyć naszych obywateli, czym dzisiaj jest wojna i że niekoniecznie będzie ona oznaczać kolumnę rosyjskich czołgów wjeżdżających do Białegostoku czy Łomży. Przekonać, że posiadanie spakowanego plecaka ewakuacyjnego, zapasów wody i gotówki w mieszkaniu czy nawet naładowanego powerbanka nie jest powodem do wstydu czy oznaką tchórzostwa. Przeciwnie – pokazuje właściwe zrozumienie sytuacji i odpowiedzialną postawę społeczną. Przecież nie musi być tak, że tego plecaka ostatecznie użyjemy. A nawet jeśli – być może przyda się on w czasie awarii zasilania, powodzi albo kryzysu społecznego w innej formie?
Rosyjskie zagrożenie nie zniknie, ale nie oznacza to, że mamy wszyscy przez najbliższą dekadę codziennie budzić się w stanie strachu i paniki. Możemy tego uniknąć i na szczęście jest to w zasięgu ręki. Wystarczy zrozumieć, gdzie naprawdę się w tej chwili znajdujemy – a do tego wystarczy rzut oka na mapę.