Po obu stronach kluczowej cieśniny Bab al-Mandab rządowe siły saudyjskie i etiopskie chwilowo powstrzymały ofensywy jemeńskich i tigrajskich przeciwników; jednych wspiera Iran, drugich Erytrea. Ale sukcesy te zapewne nie uśmierzą obu ponownie rozgorzałych wojen domowych, które wpisują się w głębokie przekształcenia militarne i polityczne regionu.

Co łączy obie wojny domowe?

Pozornie wojny domowe w Jemenie i Etiopii nie mają ze sobą nic wspólnego, prócz równoczesności. Walczą w nich inne strony, podzielone są też morzem. Jednak łączy je podobny ładunek krwawych rozliczeń z przeszłości, a interesy stron zaczynają się zazębiać. Co więcej, oba brzegi Morza Czerwonego oddalone są od siebie w cieśninie Bab al-Mandab – Bramie Łez – o ledwie 24 kilometry. A przez tę cieśninę, bramę do Kanału Sueskiego, przechodzi 15 procent światowego handlu, w tym 30 procent kontenerowego.

Jeśli linie frontów połączą się przez tę Bramę, wojny mogą się spotęgować i zadać kolejny, po blokadzie Ormuzu, cios światowej gospodarce.

Wojna domowa w Jemenie to ciąg dalszy konfliktu między północną, monarchiczną częścią kraju, a republikańskim południem; kraj przez większą część swej historii był podzielony. Saudowie historycznie popierali północ, lecz gdy władzę tam objęli powstańcy Huti, wyznający bliską szyizmowi zajdyjską gałąź islamu, Rijad poparł uznawany międzynarodowo rząd. Zrobił to z obawy przed wzrostem wpływów szyickiego Iranu, swego regionalnego przeciwnika, na południowej granicy.

Saudyjski zwrot stał się samospełniającą przepowiednią i pchnął Hutich w objęcia Teheranu – ale w roli sojusznika, nie wasala. Arabia Saudyjska i Emiraty interweniowały zbrojnie: w walkach w latach 2012–2016 zginęło w Jemenie ponad 130 tysięcy ludzi, zaś 85 tysięcy dzieci zmarło z głodu od saudyjskiej blokady. ONZ wynegocjowała w końcu zawieszenie broni, pozostawiające w rękach Hutich północną połowę kraju ze stolicą Saną, acz bez czerwonomorskiej linii brzegowej. Rząd wycofał się do Adenu, jemeńskiego historycznego miasta portowego i dawnej stolicy południowojemeńskiej republiki.

Huti sieją zamęt

Wierni hasłu: „Śmierć Ameryce, śmierć Izraelowi, przekleństwo Żydom, zwycięstwo islamowi”, Huti włączyli się w 2024 roku w najnowszą fazę konfliktu bliskowschodniego. Z solidarności z Hamasem jęli – korzystając z najnowszej irańskiej broni – ostrzeliwać Izrael oraz żeglugę na Morzu Czerwonym. Pierwszym w historii zestrzeleniem rakiety balistycznej w przestrzeni kosmicznej było uderzenie, w kwietniu 2024 roku, izraelskiej antyrakiety w hutyjski pocisk. Ich ostrzał Izraela pozostał stosunkowo niegroźny, lecz po serii trafień w statki handlowe ruch przez cieśninę Bab al-Mandab zmalał o 70 procent, zmniejszając o około 10 miliardów dolarów egipskie wpływy z Kanału Sueskiego.

Izrael i USA odpowiedziały, atakując pozycje Hutich w Jemenie, lecz Waszyngton zawarł z nimi w końcu jednostronne porozumienie: odtąd, w zamian za wstrzymanie ostrzału, mieli nie godzić w statki USA. Izraela to porozumienie nie objęło; wcześniej Amerykanie także nie zareagowali zbrojnie na hutyjski atak na saudyjską rafinerię.

Izraelsko-amerykański atak na Iran zwiększył saudyjskie obawy przed Hutimi. Wynikają one z faktu, że Teheran odpowiedział ostrzałem arabskich sojuszników USA w Zatoce, choć nie uczestniczyli oni w wojnie. Saudowie zareagowali zbrojnie na intensyfikację współpracy wojskowej Hutich z Iranem. Huti w odpowiedzi przypuścili atak na pozycje rządu w Adenie, zdobywając wybrzeże i obszary graniczące z Arabią.

Porozumienie mekkańskie zawiodło

Początkową rozsypkę sił rządowych spotęgował wcześniejszy konflikt między Saudami a Emiratczykami o wpływy w Adenie, zakończony klęską stronników tych drugich. Choć siłom rządowym udało się, z pomocą saudyjskiego lotnictwa, w końcu odbić utracone obszary, hutyjski ostrzał rakietowy Rijadu zadał Saudyjczykom poważne straty. Co więcej, Waszyngton znów się z Hutimi dogadał jednostronnie: ich blokada obejmuje na razie jedynie saudyjską żeglugę, a USA w odpowiedzi powstrzymują się od interwencji zbrojnej.

Nie zadziałało też niedawne porozumienie z Mekki: mimo zapewnień sojusznicy nie pospieszyli Saudyjczykom z pomocą.

Pakistan, mający wojska w Arabii, zaprzeczył, jakoby uczestniczyły one w walkach, zaś Turcja porozumienia jeszcze w ogóle nie ratyfikowała. Wspólny wróg mógłby zbliżyć Saudyjczyków i Izrael, ale Rijad odrzuca wszelką współpracę, ze względu na brak politycznych perspektyw rozwiązania kwestii palestyńskiej. Saudyjczycy pozostali więc sami i być może będą musieli skorzystać z oferty mediacyjnej Iranu. Zarazem negocjują z Syrią ewentualny udział jej żołnierzy w walce z Huti.

Co się dzieje w Etiopii?

W tym samym czasie co jemeńska, ponownie rozgorzała wojna domowa z drugiej strony Morza Czerwonego. Przypomnijmy, że w Etiopii w latach 2020–2022 zginęło około 600 tysięcy ludzi. Etiopia formalnie nie leży nad morzem. Utraciła do niego dostęp, gdy w 1993 zwycięzcy tigrajscy powstańcy zaakceptowali secesję Erytrei, ich sojusznika w walce z obaloną marksistowską dyktaturą wojskową. Tigrajczycy, mniejszość stanowiąca około 10 procent ludności wielonarodowej Etiopii, przekształciła to państwo. Rządzone dotąd przez silną władzę centralną w Addis Abebie, stało się ono federacją etniczną, zdominowaną jednak przez nich przez ćwierć wieku. W tym czasie kraj wdał się także w krwawy konflikt z niepodległą już Erytreą.

Odsunięcie Tigrajczyków od władzy w stolicy zaowocowało pokojem z Erytreą. A także późniejszym sojuszem, wymierzonym w dążenie Tigraju do większej autonomii, a może i do odzyskania dawnej pozycji. Zarazem inne narody: najliczniejsi Oromo (30 procent) i dominujący w dawnej cesarskiej Etiopii Amharowie, wszczęli walki o większą autonomię wobec Addis Abeby i o kontrolę nad mieszanymi etnicznie kresami. Przez moment było zagrożenie, że Tigrajski Front Wyzwolenia Narodowego (TPLF) zdobędzie Addis Abebę. Lecz armia federalna zadała mu w końcu klęskę, do czego walnie przyczyniło się użycie dronów dostarczonych przez ZEA.

Konflikt w Etiopii się zaostrza

Zawarty w Pretorii pokój nie zakończył jednak konfliktu. W jego obecnej fazie Tigrajczycy są rozbici na dwa obozy. Jeden stawia na autonomię przy poparciu władz centralnych, drugi na wywalczenie jej przez pokonanie tych władz, a przy wsparciu dawnych wrogów: Erytrei i partyzantki Amharów. Do antyrządowego sojuszu tigrajsko-amharskiego – zdumiewającego ze względu na wzajemne krwawe zaszłości – dołączyły inne partyzantki etniczne.

Po pierwszych sukcesach autonomiści utracili jednak stolicę Tigraju, Mekelie, odbitą przez Tigrajczyków prorządowych. Ale także w poprzedniej fazie wojny TPLF zrazu straciło stolicę, by ja potem odzyskać. Losy wojny nie są przesądzone, także ze względu na obecne poparcie TPLF przez Erytreę. Asmara zaprzecza tym oskarżeniom, ale ma żywotny interes w osłabieniu sąsiada, który dąży do odzyskania dostępu do morza, najchętniej przez aneksję trudnego do obrony erytrejskiego portu Assab.

Oba kraje zerwały stosunki dyplomatyczne, a następnie Etiopia oficjalne oskarżyła Erytreę o agresję i uderzyła dronami na siły erytrejskie obecne od 2020 roku na jej północnym terytorium. Ten konflikt komplikuje rozłam wśród samych Tigrajczyków na zwolenników orientacji erytrejskiej i etiopskiej; większość mieszkańców udręczonej prowincji zdaje się nie pokładać w żadnej ze stron nadziei na pokój.

Etiopia chce z powrotem morze

Co więcej, Etiopia jest skonfliktowana nie tylko z Erytreą, lecz także z niemal wszystkimi sąsiadami. Z Egiptem i Sudanem dzieli ją kwestia ogromnej zapory na Nilu, którą północni sąsiedzi, ogromnie zależni od wód tej rzeki, uważają za egzystencjalne zagrożenie. Dla Addis Abeby zaś zapora ta, generująca elektryczność w ogromnych ilościach, jest szansą na gospodarczy rozwój.

Wąskim gardłem tego rozwoju jest jednak brak dostępu do morza, od czasu oderwania się Erytrei. Obecnie niemal cały eksport etiopski przechodzi przez port w Dżibuti – za cenę niezmiernie słonych opłat.

Etiopia usiłuje odzyskać dostęp do morza: kilka lat temu zawarła z Somalilandem umowę o korzystanie z portu w Berberze.

Ale porozumienie to było nie do przyjęcia dla Somalii, od której Somaliland się oderwał, nie zyskując jednak międzynarodowego uznania. Prosomalijska koalicja Egiptu, Sudanu, Erytrei, Dżibuti oraz – rzecz istotna – Turcji, która utrzymuje bazę w Mogadiszu, zmusiła jednak Addis Abebę do zamrożenia porozumienia. Skłoniło to Etiopię do wspierania przeciwników swych przeciwników, zwłaszcza sudańskich Sił Szybkiego Reagowania, walczących ze wspieranymi przez Kair wojskami sudańskimi.

Tym samym Addis Abeba znalazła się w militarnym porozumieniu z Emiratami. I w konfrontacji z Saudyjczykami, opowiadającymi się za utrzymaniem status quo.

Kruche sojusze

Już ten wielopiętrowy układ doraźnych sojuszy jest niestabilny i grozi destabilizacją. A do niego dochodzą jeszcze więzi między siłami radykalnymi po obu stronach Bab al-Mandab. Mimo konfliktu z Mogadiszu, Etiopia utrzymuje w Somalii wojska. Te, w ramach misji Unii Afrykańskiej, walczą z islamistyczną partyzantką al-Szabab, kontrolującą część kraju. Islamiści z kolei utrzymują więzi wojskowe z Huti po drugiej stronie cieśniny.

Finansowani przez Emiraty najemnicy sudańscy z Sił Szybkiego Reagowania walczyli w jemeńskiej wojnie domowej przeciwko Hutim. Skończyło się to, gdy emirackie poparcie dla południowojemeńskich separatystów doprowadziło do kryzysu w relacjach Emiratów z Saudyjczykami i wycofania Sudańczyków. Następnie Rijad uderzył w jemeńskich sojuszników Emiratów, co doprowadziło do osłabienia koalicji antyhutyjskiej i obecnego kryzysu.

Sytuację komplikuje też udział rosyjskiego Afrika Korps, najpierw po stronie sudańskich Sił Szybkiego Reagowania, a następnie po stronie ich przeciwników. A także obecność w Sudanie i Jemenie kolumbijskich najemników zwerbowanych przez Emiraty.

A mocarstwa milczą

Uderzający w tym zbudowanym nad Bramą Łez wielopiętrowym domku z kart, jest brak udziału wielkich mocarstw. Mimo że ich interesy są poważnie zaangażowane, a w Dżibuti mają swe bazy wojskowe USA, Francja, Chiny i Japonia. Także Izrael, choć uznał Somaliland i walczył z Hutimi, oraz Turcja, która zmusiła Etiopię do rezygnacji z porozumienia z Somalilandem, pełnią role raczej marginalne.

Na wycofaniu się mocarstw, niezdolnych już do aktywnej interwencji, korzystają już dziś somalijscy piraci, którzy wznowili swe apolityczne, a zarazem dochodowe ataki na żeglugę. Pozostali aktorzy tego teatru działań chcą osiągać zyski – także polityczne, które na dłuższą metę przełożyć się mają na zyski materialne.

Ile zarobią Huti, jeśli bez ich zgody nie będzie można przekroczyć Bramy? Ile straci Dżibuti, jeśli Etiopia zdobędzie sobie własny port? Na ile ucierpią Emiraty, jeśli zostaną odcięte od kontrolowanych przez Siły Szybkiego Reagowania sudańskich kopalń złota? Szukanie odpowiedzi na te pytania kosztowało już życie setek tysięcy ludzi. Kolejna runda nie będzie tańsza.