W tydzień po wyborach parlamentarnych w Izraelu sytuacja polityczna to – jak to się mówi po hebrajsku – jeden wielki plonter. To idiomatyczne określenie wzięło się z żydowskiego, dużo bardziej ekspresyjnego farplontered – czyli prostej kalki językowej z polskiego poplątane. Spróbujmy tę sytuację trochę rozplątać.
Żaden z dwóch wielkich żydowskich bloków: pięciopartyjnej koalicji rządowej premiera Benjamina Netanjahu (53 mandaty) i czteropartyjnej koalicji opozycyjnej (48 mandatów) – nie zyskał w 120-osobowym Knesecie absolutnej większości. Pierwsi utracili władzę, drudzy nie mogą jej objąć. Triumfatorem są natomiast partie arabskie: Wspólna Lista trzech partii (11 mandatów) oraz islamiści z Raam (8 mandatów).
Nigdy dotąd partie arabskie, reprezentujące 20 procent obywateli, nie były tak silne.
Partie arabskie – historia kruchych koalicji
Partie te także są opozycyjne. Ale nigdy dotąd nie uczestniczyły w budowaniu koalicji. Poza dwoma wyjątkami. Po raz pierwszy w latach 1992–1995, kiedy to udzielały w parlamencie poparcia mniejszościowemu rządowi Icchaka Rabina, który wynegocjował z Palestyńczykami porozumienia pokojowe z Oslo. I drugi raz, w latach 2021–2022, Raam wszedł w skład krótkotrwałej koalicji Naftalego Benneta i Yaira Lapida, która na rok odsunęła od władzy Netanjahu – po serii pięciu przyspieszonych wyborów bez wyraźnej większości w poprzednich dwóch latach.
Obecnie włączenie Arabów do koalicji rządowej byłoby jednak trudne z kilku zasadniczych powodów. Rasistowska część społeczeństwa izraelskiego odrzuca taką możliwość niezależnie od politycznych okoliczności. I to właśnie tym motywowane ataki na koalicję Bennett–Lapid spowodowały jej ostateczną rozsypkę i powrót Netanjahu po kolejnych wyborach do władzy.
Potem miała miejsce hamasowska rzeź 7 października, która tylko wzmocniła w społeczeństwie nastroje antyarabskie, uczyniwszy odtworzenie takiej koalicji niemal niemożliwym. Wyobraźmy sobie, że II RP po drugiej wojnie światowej i rzezi wołyńskiej odzyskała niepodległość i terytorium z przedwojenną demografią. Koalicja z partiami ukraińskimi byłaby wówczas właściwie niewyobrażalna. Zaś żadna z partii arabskich nie uznaje Hamasu za organizację terrorystyczną, a jedynie Raam uznaje Izrael za państwo żydowskie.
Kto zgodziłby się na koalicję z Arabami?
Partie ze Wspólnej Listy programowo odmawiają koalicji z syjonistami, skupiają się na walce z izraelskim „apartheidem” i „ludobójstwem”. Poza tym nacjonaliści z Baladu, bardziej radykalni od tych z Taal oraz od komunistów, nie uznają Izraela jako państwa żydowskiego; odrzucają flagę, godło i hymn. I właśnie na tym programie zostali wybrani. Dlatego, żeby wejść do koalicji, musieliby złamać obietnicę daną wyborcom.
Z partii opozycyjnych jedynie lewicowi Demokraci popierają koalicję z partiami arabskimi. Jisra’el Betenu pod przywództwem Awigdora Liebermana odrzuca ją explicite, zaś partia BeJachad Benneta i Lapida implicite.
Jedynie Jaszar generała Gadi Eisenkota, triumfatora wyborów (21 mandatów, drugie miejsce po Likudzie), dopuszcza koalicję z partiami arabskimi. Warunkiem byłoby zaakceptowanie Izraela jako państwa żydowskiego i demokratycznego, poparcie wartości jego Deklaracji Niepodległości, żądanie powszechnej służby wojskowej (bądź cywilnej), z której ultraortodoksi oraz Arabowie są dziś zwolnieni, i uznanie Hamasu za organizację terrorystyczną. Nawet Raam miałby trudności z dwoma ostatnimi warunkami. Ale gdyby jednak je spełnił i zostałby przyjęty do koalicji, zaś Jisra’el Betenu, jak zapowiada, wówczas z niej wystąpił, to zyskałaby ona na tej wymianie jedynie jeden mandat. Potrzeba trzynastu – no chyba, żeby Lieberman zechciał złamać daną wyborcom obietnicę. Zaś ewentualne zewnętrzne wsparcie parlamentarne przez Wspólną Listę, jak za Rabina, nie zrównoważyłoby powtórki z nieuchronnych ataków ze strony wrogów wszelkiego arabskiego udziału we władzy.
Arabski triumf pogrzebał mit izraelskiego apartheidu. Ale głęboka nieufność, już to rasistowska, już to zrozumiała w świetle wydarzeń i zajmowanych przez te partie politycznych stanowisk, pozostaje faktem.
Spór o służbę powszechną kluczem do koalicji?
Krytykę tę osłabiłoby ewentualne włączenie do koalicji którejś z dwóch partii religijnych, dotychczasowych koalicjantów Netanjahu. Partie te były ogromnie rozczarowane rządem, że nie przeprowadził w formie ustawy gwarancji ich przywileju niesłużenia w wojsku, który Sąd Najwyższy uznał za niekonstytucyjny. Dały do zrozumienia, że są chętne do rozmów z innymi partiami, które by taką ustawę gotowe były przeprowadzić.
Ewentualny udział w antynetanjahowskiej koalicji obu partii – arabskiej i religijnej – po części łagodziłby krytykę to z jednej, to z drugiej strony. Tyle tylko, że wszystkie partie żydowskiej opozycji obiecały wyborcom, że doprowadzą do powszechnego obowiązku służby. Teraz musiałyby złamać tę obietnicę. Co więcej, ewentualni arabscy koalicjanci też nie byliby skłonni poprzeć rozszerzenia obowiązku służby także na ich społeczność.
Jednak podczas gdy takie scenariusze polityczne budzą, jak widzieliśmy, zasadnicze trudności polityczne, rząd jedności narodowej – trzech prawicowych partii żydowskiej opozycji, bez Demokratów, oraz Likudu – byłby politycznie niemal bezproblemowy. Co więcej, wyzwoliłby Netanjahu z zależności od obecnych, ultraortodoksyjnych i faszystowskich partnerów koalicyjnych, przywracając do izraelskiego życia politycznego nieco normalności.
Wszystkie partie ewentualnej nowej koalicji łączą podstawowe elementy programu politycznego, ale opozycjonistów od Likudu dzieli osoba premiera. Partie opozycyjne uważają, że realizacja tego programu była katastrofalna, czego doprowadzenie do rzezi 7 października jest tylko najbardziej jaskrawym dowodem. Przywódcy wszystkich trzech partii dzisiejszej opozycji byli kiedyś członkami różnych rządów Netanjahu i wszyscy zerwali z nim, nie mogąc pogodzić się z jego sposobem sprawowania władzy.
Co więcej, wszyscy mają przed oczami losy generała Benny’ego Ganca, który przystąpił był z Netanjahu do rządu jedności narodowej, mamiony obietnicą rotacyjnego premierostwa. A następnie premier sprokurował kryzys budżetowy, by wymusić nowe wybory, które wygrał, dzięki czemu nie musiał już dzielić się władzą. Partia Ganca, swego czasu największa siła w Knesecie, w sondażach przed obecnymi wyborami zgarniała 1,2 procent poparcia – skłoniło to Ganca do wycofania się i z wyborów, i z polityki. Nikt nie chce powtórzyć jego drogi.
I dlatego przywódcy opozycji zgodnie obiecali, że nie przystąpią na żadnych warunkach do rządu Netanjahu. Ewentualny rząd jedności wymagałby, by zerwali tę solenną obietnicę.
Netanjahu pozostanie u władzy?
Wyborcy oczywiście są świadomi, że kandydaci często mówią im to, co sądzą, że chcieliby usłyszeć, a nie to, co wiedzą, że zrobić będą musieli. Ale tu nie chodzi o dalsze elementy wyborczej platformy, lecz o sprawy dla wyborców fundamentalne: udział Arabów w rządzie, powszechna służba wojskowa, odsunięcie Netanjahu od władzy. Głosowali, kierując się przedwyborczymi obietnicami partii w tych sprawach. Zerwanie takich obietnic musiałoby wzbudzić ogromny społeczny bunt, także po stronie dotychczasowych zwolenników. Jedynie znaczące sukcesy rządu, który dzięki takiemu złamaniu obietnic by powstał, mogłyby z czasem ten bunt uśmierzyć.
Tymczasem przewiduje się,
że mandat takiego rządu raczej zakończy się i tak – na skutek społecznego buntu – przyspieszonymi wyborami, w których wyborcy wystawią tym, którzy ich zawiedli, rachunek.
Ta perspektywa sprawia, że tego rodzaju radykalne zwroty polityczne są mało prawdopodobne.
Rządzić będzie więc Netanjahu, którego rządom cała opozycja obiecała wszak położyć kres. Dopóki bowiem nie powstanie nowa koalicja i nowy gabinet, nadal rządzą ci, którzy rządzili w dniu wyborów. Wprawdzie obecnie już jako rząd mniejszościowy, pozbawiony możliwości uchwalania ustaw, ale nadal sprawujący władzę.
By ten stan rzeczy utrzymać, Netanjahu nie musi robić nic. Niemożność utworzenia nowego rządu, nieuchronna, jeśli wszyscy pozostaną przy przedwyborczych obietnicach, doprowadzi do przyspieszonych wyborów.
Trudno zaś sobie wyobrazić, by i w nich utrzymała się frekwencja niemal 78 procent, która pozbawiła Netanjahu tydzień temu większości; izraelskie Jagodno się nie powtórzy. Wystarczy więc, by premier poczekał, aż w tych następnych – czy kolejnych następnych – przyspieszonych wyborach znów zyska poparcie większości.
Netanjahu obiecywał od lat, że pod jego władzą Izrael będzie bezpieczny – i faktycznie, dziś rakiety z Gazy, Libanu czy też Iranu na kraj nie spadają. Co prawda wcześniej był 7 października – ale Netanjahu oświadczył, że gdyby został tego dnia obudzony od razu, zdołałby odwrócić sytuację i do rzezi by nie doszło. Jak – tego już nie tłumaczy, za to zapewnia, że jeśli premierem być przestanie, na Tel Awiw spadnie irańska bomba atomowa – ta, której ryzyko powstania już dwukrotnie, według własnych jego słów, raz na zawsze wyeliminował. Słowem, Netanjahu obiecuje, że będzie znakomicie rozwiązywał problemy, których nigdy by nie było, gdyby nie on.
Opozycja musi złamać swoje obietnice
Jedynym sposobem na pozbawienie Netanjahu władzy, co opozycja obiecywała wyborcom, jest złamanie przez nią innych, równie fundamentalnych, obietnic. Bez gwarancji sukcesu, za to z poważnym ryzykiem wyborczej klęski w przypadku niepowodzenia. Trudno się dziwić przywódcom opozycji, że nie chcą się na taki krok zdecydować.
Ale szanse na zmianę premiera będą malały z każdą nową próbą: wyborcy do win Netanjahu już przywykli i nie będą chcieli ryzykować wymiany go na innych, których win trzeba będzie dopiero się uczyć.
Rzecz w tym, że o konieczności poszerzenia opozycyjnej koalicji przesądza nie tylko parlamentarna arytmetyka, ale fundamentalny interes państwa. Ten nie może z jednej strony gwarantować wszystkim ich prawa, lecz z drugiej strony odmawiać niektórym możliwości korzystania z dobrodziejstw z tego wynikających.
Tu już nie tylko chodzi o to, by Izrael Netanjahu zostawić wreszcie za sobą. Chodzi o to, by Izrael bez Netanjahu nie zadowolił się jakąś bardziej cywilizowaną jego wersją – lecz by znów dał wszystkim swoim obywatelom nadzieję.