Wspieram Kulturę Liberalną
Przyszłość naszego tygodnika zależy od Darczyńców. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

Fot. Henrik Sandklef, Flickr.com, (CC BY-SA 2.0)

Szanowni Państwo,

bezprecedensowa burza, jaka rozpętała po uchwaleniu przez Sejm nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, skłoniła rząd do przyjęcia tej samej strategii… co zawsze. Przy poprzednich konfliktach dyplomatycznych, nawet jeśli dotykały problemów mniejszej wagi, słyszeliśmy uderzanie w najwyższe patriotyczne tony. Za każdym razem przekonywano nas, że to reakcja nie na konkretne działania rządu, lecz atak na wszystkich Polaków i na całą Polskę.

Z perspektywy ekipy rządzącej sytuacja prezentowana jest w sposób intelektualnie nie do utrzymania: oto nasi niedawni sojusznicy dyplomatyczni, jeden po drugim rzucają się na nasz kraj.

Błędy dyplomacji, złe intencje, czy nawet fałszywa świadomość – wszystko to jest zawsze po drugiej stronie. Można odnieść wrażenie, iż rząd Prawa i Sprawiedliwości nigdy nie popełnia błędów. A w każdym razie przenigdy nie przyzna się do błędu. Starożytne „mylić się jest rzeczą ludzką, jednak obstawanie przy błędzie jest diabelską [pomyłką]”, jak widać, nie obejmuje obecnego gabinetu. Trudno przy tym nie zauważyć, że w ciągu dwóch lat rządów PiS-u dyplomacji udało się wywołać konflikty z krajami, mimo wszystko tak odmiennymi, jak Ukraina Poroszenki, Niemcy Merkel, Francja Macrona, a teraz nawet Stany Zjednoczone Trumpa. O sporze z organami Unii Europejskiej o artykuł 7 nawet na moment wszyscy zapomnieli.

Obrońcy linii PiS-u tłumaczą nam rzecz następująco: „Atak nastąpił teraz, bo wchodzimy na poziom, z którego być może później nie da się nas już zepchnąć”, mówi w rozmowie z tygodnikiem „Sieci” Józef Orzeł, współzałożyciel Klubu Ronina i członek zarządu słynnej Polskiej Fundacji Narodowej. Ten sam tygodnik na okładce zamieszcza zdjęcia przywódców Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Rosji i Izraela z dramatycznym podpisem czerwonymi literami: „CHCĄ NAS ZŁAMAĆ”.

To ciekawe, albowiem jeszcze kilka miesięcy temu okładka tego samego tygodnika z Donaldem Trumpem i Andrzejem Dudą ogłaszała powstanie „Sojuszu w obronie cywilizacji”. Temu wyjątkowemu aliansowi duchowo patronować mieli Ronald Reagan i... Jan Paweł II, umieszczeni przez grafików w tle. To oczywiście były zabawy pozbawione jakichkolwiek rygorów intelektualnych. Zaiste trudno bowiem pojąć, co wspólnego ma dziedzictwo papieża z obecnym prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Rządzący oraz ich zwolennicy liczą także na naszą krótką pamięć. Jeszcze kilka tygodni temu, polska prawica mówiła przecież o wielkim sukcesie naszej dyplomacji, a to z powodu wizyty w naszym kraju Rexa Tillersona, sekretarza stanu w administracji Donalda Trumpa. Dziś ten sam Trump jest już członkiem wielkiej i kolorowej antypolskiej koalicji.

„Nakazem chwili jest nieugiętość. Gdy druga strona zrozumie, że nie da się nas złamać, można zacząć myśleć o kompromisie”, pisze Piotr Skwieciński. Cały problem w tym, że nie wszyscy dyplomaci są przyzwyczajeni do stawiania polityki na ostrzu noża. Na świecie istnieją kraje, dla których założenia o czarno-białym świecie i czarno-białej polityce będą w ogóle nie do przyjęcia. Nie dlatego, że ktoś nas nie lubi, ale dlatego, że zdobyta wiedza o człowieku na to nie pozwala. Choćby ta zdobyta w czasie okupacji i stalinizmu na ziemiach polskich.

Tymczasem członkowie rządu i jego zwolennicy nieustannie wmawiają odbiorcom, że świat jest czarno-biały i nie popierając zmian ustawy o IPN-ie, występują przeciwko Polsce. Tak przygotowane ramy dyskusji sprawiają, że mamy znaleźć się w sytuacji szantażu moralnego. Istnieje bowiem tylko wybór: „albo-albo”.

Przykład? „Dzisiaj nie można kierować się ambicjami i politycznymi sympatiami”, pisze Beata Szydło na Twitterze. „Nieważne czy jesteś z obozu rządzącego, czy opozycji. Ważne czy bronisz Polski. Polska-nasz wspólny obowiązek. Nasza wspólna historia, teraźniejszość i przyszłość. Walczymy o prawdę. Wspieramy rząd @MorawieckiM”.

Nie ma tutaj ani milimetra na racjonalną analizę, ani milimetra na sztukę dyplomacji. Nic tylko spisek sił, które uwzięły się akurat na Polskę. O dziwo, nawet Krzysztof Mazur z Klubu Jagiellońskiego pisze, że: „Trzeba rzeczy nazwać po imieniu. Od wielu lat jesteśmy poddawani systematycznej kampanii propagandowej fałszującej prawdę o wydarzeniach sprzed 70 lat”. „Role zostały rozpisane, a my w tym spektaklu mamy odegrać rolę winnych”.

Kto nam tę rolę rozpisał? Nie wiadomo, ale w tekście Mazura winnych nie brakuje: globalizacja, kapitalizm, Izrael, Niemcy, a nawet filmy Quentina Tarantino, którego „Bękarty wojny” czynią spustoszenie w głowach globalnej publiczności. Wszyscy dookoła nas pogrywają historią dla swych niecnych celów i jedna Polska chce żyć uczciwie. Jako że my „ciągle jesteśmy narodem tradycyjnym, który przeszłość rozpatruje w kategoriach obiektywnej prawdy i ponadczasowych zasad moralnych”. Tylko my „nie umiemy poświęcić historii na ołtarzu naszych interesów”.

Szef Klubu Jagiellońskiego najwyraźniej nie czyta polskiej prawicowej prasy, której okładki regularnie przedstawiają współczesnych zagranicznych polityków w roli nazistów lub w najlepszym razie – zaborców. Nie słucha też wszędobylskiego europosła Prawa i Sprawiedliwości Ryszarda Czarneckiego, który ostatnimi czasy spopularyzował w Europie pojęcie „szmalcownika”, po tym, jak nazwał tak swoją rodaczkę i polityczną przeciwniczkę, Różę Thun. Jak łatwo się domyślić, Czarnecki także twierdzi, że krytyka, jaka na niego spadła i wniosek o odwołanie z funkcji wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego, to również – a jakże! – atak na Polskę.

Nic dziwnego, iż w takiej atmosferze mogą brylować takie postacie jak Jerzy Targalski. On z kolei twierdził w Telewizji Republika, że kryzys został wywołany celem utrącenia koncepcji „Międzymorza”. Cóż, „gdy rozum śpi, budzą się demony”.

Całe to wzmożenie, targające polską debatą publiczną, ma za zadanie przykryć jeden prosty fakt. To nie Polska staje się przedmiotem krytyki, lecz polskie władze i nie za to bynajmniej, że „podnoszą kraj z kolan”, lecz za to, że przygotowały fatalną ustawę. Bubel prawny, który musiał wzbudzić kontrowersje. Słynny już punkt 55a ustawy – który mówił o karaniu za niesłuszne przypisywanie „Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialności lub współodpowiedzialności za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie” – nie precyzuje, jak sędziowie mają interpretować „Naród Polski” (termin daleki od precyzji, odwołujący się raczej do „czucia i wiary” niż rygorów postępowania). Ani tym bardziej, czym jest działalność naukowa lub artystyczna, która miałaby zwalniać z odpowiedzialności karnej. W kanonie dzieł na temat Shoa często spotykamy przecież prace, które zacierają granice pomiędzy publicystyką a nauką. I nie muszą to być prace Jana Tomasza Grossa (jakby ktoś mógł pomyśleć), lecz na przykład Hannah Arendt.

„Fragment ten [artykuł 55a projektu ustawy] słusznie został przez wiele osób odczytany jako możliwość zamykania debaty publicznej na temat postaw Polaków w trakcie II wojny światowej. Argumentowano, że jest to próba karnego sankcjonowania możliwości krytykowania tychże postaw i generalizowania na tej podstawie”, pisze Karolina Wigura z „Kultury Liberalnej”.

Do sporów o przeszłość dodano nam tylko serię pytań związanych z nieszczęsnym projektem. Czy naukowiec udzielający wywiadu telewizji byłby pociągnięty do odpowiedzialności? Czy dziennikarz, który nie ma formalnego tytułu, ale zajmuje się badaniem Holokaustu, nie może pisać krytycznie o czynach konkretnych osób? Czy oskarżenie kilkuset mieszkańców jakiegoś miasteczka jest pomawianiem narodu?

„To jest chore. To całe mierzenie historii, szukanie zasług, liczenie, ilu Polaków ratowało Żydów, ilu zabijało. Badając historię, nie zajmujemy się taką buchalterią”, mówi prof. Jacek Leociak z Centrum Badań nad Zagładą Żydów w rozmowie z Adamem Puchejdą. „To się pojawia później, kiedy do gry wchodzą publicyści i kiedy politycy próbują załatwiać swoje interesy”.

Ustawa jest też przeciwskuteczna i to w podwójnym tego słowa znaczeniu. Po pierwsze, „zamiast zgasić temat i nawyk słowny do mówienia za granicą o «polskich obozach», zwielokrotniliśmy jego popularność. Jeśli celem było zadbanie o dobre imię Polski, to osiągnęliśmy efekt zdecydowanie odwrotny do zamierzonego”, mówi były szef MSZ-u Radosław Sikorski w rozmowie z Łukaszem Pawłowskim. Po drugie, twierdzi Sikorski, nie wiadomo, jak miałaby być egzekwowana. „Jeżeli poseł Knesetu Jair Lapid ponownie skłamie, że Polacy zabili jego babcię, to ktoś doniesie do IPN-u, IPN zgłosi sprawę do sądu, sąd wyda wyrok i co? Wyślemy do Izraela jednostkę GROM, żeby sprowadziła Lapida do polskiego więzienia?”.

W tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem byłoby wycofanie się z tej ustawy. Nie wiemy, czy prezydent Andrzej Duda ją zawetuje, ale nawet gdyby to zrobił, Polska na arenie międzynarodowej poniosła ogromne straty, twierdzi dziennikarz zajmujący się tematyką żydowską, Konstanty Gebert. „W ciągu trzech dekad słusznie zapracowaliśmy sobie na opinię kraju, który rozlicza się ze swoją przeszłością. Myślę, że mało jest krajów, które przeprowadziły tak uczciwą debatę, szczególnie w Europie Środkowo-Wschodniej. To dało nam ogromny kredyt zaufania, który został już zmarnowany. Tego odkręcić się już nie da, trzeba zacząć od początku”, mówi Gebert w rozmowie z Jakubem Bodzionym i Filipem Rudnikiem.

Czy PiS zdecydowało się na tak poważny kryzys dyplomatyczny dla osiągnięcia korzyści wizerunkowych wśród radykalnej części elektoratu? „Nie mogę się oprzeć poczuciu, że PiS i jego medialny obóz bardzo umiejętnie sprawę kontrowersji wokół ustawy o IPN-ie na użytek wewnętrzny rozgrywają”, pisze Wojciech Engelking z „Kultury Liberalnej”. „Przedstawienie ustawy jako mającej zapobiegać używaniu zwrotu «polskie obozy śmierci» ustawia tych, którzy na to nowe lex pomstują, w roli ludzi niemających nic przeciw obecności tego zwrotu w debacie publicznej”.

Czy te działania będą jednak aż tak skuteczne? Tego nie wiemy. Wiemy tylko na pewno, że prawdopodobnie jeszcze nigdy świat tak dużo nie mówił o „polskich obozach śmierci”. Ważne zatem, by pamiętać, że w punkcie wyjścia w sporze z Izraelem nie chodziło w ogóle o bohaterstwo czy tchórzostwo Polaków podczas II wojny światowej. Chodziło o to, że ktoś napisał bardzo złą ustawę, przegłosował ją w niefortunnym momencie, nie sprawdził potencjalnych zagrożeń, nie miał dyplomatycznego planu „B”, a teraz nie potrafi lub nie chce się z tych błędów wytłumaczyć.

Nie dajmy się nabrać. Z walką „o dobre imię Narodu”, nie ma to nic wspólnego.

Zapraszamy do lektury!
Jarosław Kuisz, Łukasz Pawłowski

Stopka numeru:
Koncepcja Tematu Tygodnia: Redakcja.
Opracowanie: Łukasz Pawłowski, Adam Puchejda, Filip Rudnik, Jakub Bodziony, Natalia Woszczyk, Jagoda Grondecka.

Nr 474

(6/2018)
06.02.2018

Z Jackiem Leociakiem rozmawia Adam Puchejda

Marzec wiecznie żywy

Niektórzy Polacy zabijali. Ale już podczas wojny pojawiła się narracja oczyszczająca. Polacy ex definitione nie mogli mordować Żydów. Jeśli ktoś mordował, np. jacyś chłopi na wsi albo mieszkańcy małego miasteczka Jedwabne, to nie mogli być Polacy. To jest konstrukcja, którą można usłyszeć także dziś.

Z Radosławem Sikorskim rozmawia Łukasz Pawłowski

Psychoza oblężonej twierdzy

„Wypaliły się emocje smoleńskie, więc Jarosław Kaczyński potrzebuje nowego paliwa do budowania psychozy oblężonej twierdzy. I właśnie znalazł”, mówi Radosław Sikorski.

Z Konstantym Gebertem rozmawiają Jakub Bodziony i Filip Rudnik

Wszyscy płacimy za frustracje Kaczyńskiego

„Przypominam, że nie tylko Polska miała wstać z kolan, ale i wszyscy inni mieli paść na kolana przed Polską. Tymczasem Niemcy nie płacą odszkodowań, Rosja nie oddaje wraku tupolewa, a Ukraina upiera się przy tym, że Bandera był bohaterem. Jakiś sukces jest konieczny – no to pokażemy Żydom!”.

Wojciech Engelking

Ja to ktoś inny. O tym jak Polacy (nie)mordowali Żydów

W dialogu o polskim mordowaniu Żydów mieszają się dwa dyskursy, które na potrzeby tego tekstu określam mianami „historycznego” i „psychologicznego”. Nad nimi powiewają strzępki dyskursu politycznego, który mógł z tej debaty wyrosnąć, ale nie wyrósł. To zaś Polskę osłabia.

PATRZĄC
WIĘCEJ
CZYTAJĄC

Anna Augustyniak

Odchodzenie z życia. O „Jasnej godzinie” Niny Riggs

Młoda, szczęśliwa i spełniona. Kiedy dowiaduje się, że zachorowała na raka, Nina Riggs, poetka i prapraprawnuczka Ralpha Waldo Emersona, zaczyna pisać dziennik. I żyje – bardziej intensywnie niż dotychczas.

Marta Baszewska

Zaczytując się w szkolnej lekturze [KL dzieciom]

Seria „Detektywi na kółkach” Marcina Kozioła oferuje młodemu czytelnikowi przygodę pełną zagadek kryminalnych i zwrotów akcji. Wplatają się w nią porywające biografie słynnego wynalazcy Nikoli Tesli i kontrowersyjnej badaczki starożytnego Egiptu Dorothy Eady.

WIĘCEJ

FELIETONY

[Projekt: Polska] Czy Gowinowi uda się zreformować naukę?

[Chiny] Ciocia Teresa w Pekinie

[Sylwetka artysty] Agata Bogacka / „Po schodach”

[Z miasta] Zazielenić Plac Defilad?

[Polska] Żarty z polskiej prawicy