Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > DOBROWOLSKI: Sensacyjny moralitet....

DOBROWOLSKI: Sensacyjny moralitet. O “Pokłosiu” Władysława Pasikowskiego

Jacek Dobrowolski

Sensacyjny moralitet. O „Pokłosiu” Władysława Pasikowskiego

„Pokłosie” to film bardziej ważny niż wybitny. Zasługuje jednak na obronę mimo wyraźnych braków czy słabości, a to ze względu na przeszywającą go dobrą wolę. Sukcesem jest już to, że film powstał. Wszak jego realizacji towarzyszyła legenda dzieła nieomal „przeklętego”, prawie niemożliwego do zrealizowania „w tym kraju, w tych warunkach”. Co więcej, autorem jest Władysław Pasikowski – twórca równie legendarnych „Psów” (i paru innych obrazów, czasem do bólu nieambitnych, zwykle o konserwatywnym przekazie). Wszystko to sprawia, że nawet gdyby „Pokłosie” miało okazać się kompletną klęską, było jednym z bardziej wyczekiwanych i intrygujących wydarzeń tego filmowego roku. Obraz głośny i komentowany jeszcze zanim powstał klęską nie jest, ale i do bezdyskusyjnego triumfu czegoś mu brak. Lepszy, niż można się było obawiać, lecz gorszy, niż chciało się mieć nadzieję, budzi bardzo ambiwalentne odczucia, które jednak ostatecznie przechylają się na jego korzyść.

„Pokłosie” to film – jak należało się spodziewać – sensacyjny. Zastosowanie konwencji kina popularnego, sensacji z elementami horroru, jest wyjściowo pomysłem bardzo dobrym. Wprowadza narrację o wydarzeniach w Jedwabnem do obiegu i estetyki bardziej rozpowszechnionej, a więc tym samym do szerszego wymiaru świadomości zbiorowej. Zabieg ten oznacza ponadto próbę wykorzystania kapitału zgromadzonego przez Pasikowskiego dzięki „Psom” u odbiorcy kina rozrywkowego do tego, by dotrzeć do jak najszerszego kręgu fanów z historią bardzo trudną, z przekazem drastycznym i radykalnie podminowującym fundamenty polskiej tożsamości i automitologii. Pojawia się jednak kwestia, czy w pełni się to udało,  i czy „Pokłosie” będzie miało równie wielką widownię jak inne hity (i kity) tego reżysera?

Sensacyjny moralitet

Można w to wątpić. Mimo sensacyjnego sztafażu i sporej liczby „trzymających w napięciu” chwytów, fabuła jest jednocześnie zbyt alegoryczna, a za mało osadzona w realiach (pomimo że oparta na faktach) – i chyba zbyt też moralitetowa, jeśli nie wręcz metafizyczna, by dobrze sprawdzić się jako scenariusz kina akcji. Odbierana wyłącznie na poziomie kina sensacyjnego, historia z „Pokłosia” szybko się wyczerpuje. Ale chyba trudno sobie wyobrazić, by – przynajmniej w Polsce – wielu było widzów, którzy odbieraliby ją wyłącznie jako kolejną opowieść kryminalną.

Być może błąd fabuły polegał tu na tym, że nie zdecydowano się jednoznacznie na podporządkowanie całości jednej konwencji, wobec czego trudno przekonać się do jej spójności. Czasem zdaje się ona opowiadać o rzeczywistych losach pewnych jednostek traktowanych w ich realistycznej konkretności, czasem zaś brać je w cudzysłów, przekształcać w metafory czy może raczej pewne idealne uogólnienia, symbole pewnych postaw, z zasady uproszczone i dalekie od subtelniejszej, psychologicznej analizy ich głębszego dna.

Dlatego postaci czasem działają powodowane własnymi motywami, czasem zaś ich działania wydają się podporządkowane symbolice, jaką wyraża ich sytuacja. Najlepiej widać to w finałowym konflikcie braci Kalinów – głównych bohaterów historii – który bardziej niż umotywowany stawaniem się ich osobowości, ma wyrażać myśl, że odkrycie bolesnej prawdy wcale nie wyzwala, ale ostatecznie różni.

Odwieczna Polska z pocztówki

Także przedstawiona w filmie polska prowincja nie wydaje się realna, lecz symboliczna. Na poziomie scenografii i ikonografii jest to obraz sztuczny, stereotypowy (jeśli ktoś woli), nie ma tu próby wiernego oddania wsi i jej mieszkańców, lecz raczej szczegółowo odtworzone imaginarium i rekwizytorium polskiego „zadupia” oglądanego z góry, z inteligencko-mieszczańskiego punktu widzenia. Filmowe „Jedwabne”, choć bez wątpienia prawdziwe pod względem pejzażowym, to drewniane chałupy, rzeczne rozlewiska, pola pszenicy, malownicze knieje i polne dróżki, po których wędrują księża w sutannach oraz chłopi z obłędem w oczach i w rozchełstanych koszulach. Początkowo wydaje się nawet, że twórcy filmu nieudolnie odtwarzają realia, o których nie mają pojęcia. Kiedy jednak pojawia się pośród łanów zboża strach na wróble, zaczynamy rozumieć, że ta pocztówkowa sceneria ma być symbolem – ma składać się ze wszystkich rekwizytów i figur, które lepiej znamy z lekcji języka polskiego niż z doświadczenia.

Na naszych oczach świat przedstawiony filmu staje się więc „odwieczną Polską” – a nie jakimś konkretnym w niej miejscem – z odwiecznie zamieszkującym ją ludem. To przestrzeń, w której mogłoby równie dobrze zacząć się zaraz „Wesele” Wyspiańskiego czy jakiś epizod z „Chłopów” Reymonta. Wywrotowość – dodajmy, że całkowicie uzasadniona i po stokroć godna naśladowania – tego filmu polega na tym, by do krajobrazu polskiej sielanki i „odwiecznej”, tkwiącej z pozoru poza wszelką historią prowincji wprowadzić figurę z niego usuniętą, dosłownie i metaforycznie pogrzebaną postać zamordowanego przez jej mieszkańców Żyda. Tu jednak znowu dochodzi do pewnego zgrzytu – figura ta bowiem zakodowana zostaje w poetyce horroru jako czaszka, którą w czasie rzęsistego deszczu bracia Kalinowie wydobywają nieomal gołymi rękami z zalanego wodą dołu w ziemi.

Nie chodzi mi o to, czy jest to „moralnie stosowne” przedstawienie tego kluczowego dla filmu wydarzenia – ale o to, czy nie powoduje to pewnego efektu dezidentyfikacji u widza i ośmieszenia podstawowej emocji, którą powinna wyrażać ta scena „ekshumacji”. „W końcu to tylko horror” – wyciąganie czaszek ociekających wodą ma w sobie coś przerysowanego, groteskowego, do czego zbyt łatwo zdystansować się i odnieść z ironią, zapominając o właściwym sensie tego odsłonięcia. W tym wypadku – tanią ironią, lecz jak wiadomo ironia jest w ogóle najtańszą ze wszystkich form patrzenia z góry. „Film Pasikowskiego o Jedwabnem” nie powinien dawać swoim widzom sposobności po temu, by czuli się mądrzejsi od tego, co widzą (to sprawdza się w zwykłych horrorach, ale może położyć prawdziwą historię rodem z horroru, taką jak Jedwabne). Niestety, twórca „Reichu” pokazał, że i takie błędy zdarza mu się popełniać. Z drugiej jednak strony, także ten zgrzyt daje się jakoś usprawiedliwić i wpisać w przesłanie filmu jako dość sarkastyczne pytanie pod adresem polskości jako sztuki i pasji ekshumowania oraz taplania się w błocie.

Święty w krainie sensacji

Z napięcia między sensacyjną formą a wzniosłą treścią filmu wynika jeszcze jeden zgrzyt, być może największy. Jeden z dwóch głównych bohaterów tej „sensacyjnej” historii, młodszy brat Kalina, to kiepsko pasująca do niej postać „świętego”. Grany przez Macieja Stuhra Franciszek to wręcz święty-idiota. Zamiast parać się, jak Pan Bóg przykazał, obowiązkami gospodarza i męża, skupuje od miejscowych ludzi macewy i zwozi je na zaaranżowany na własnym polu cmentarz. Tym samym na tyle odbiega od reszty bohaterów i od wszelkiej w ogóle psychologicznej i moralnej przeciętności, że wyłamuje się nie tylko z ram społecznych, ale i z dominującej konwencji filmu.

Bohater taki, kierujący się własnymi, bardzo niepowszednimi motywacjami, zaburza logikę świata przedstawionego, którego ma być rzekomo nieodrodną częścią. Zamiast podstawiać nam lustro, w którym moglibyśmy dostrzec samych siebie, raczej rzuca nas na pastwę wyobcowania, niezrozumienia, niedowierzania. Choć więc intencje i motywacje Kaliny są „po prostu ludzkie”, to jednak na tle zdemoralizowanej i podłej społeczności sprawia on wrażenie aż „zbyt ludzkiego”, a więc i jakoś irytującego, dziwaka: koniec końców nie dziwimy się, że żona od niego uciekła…

Może jest tak, że Maciej Stuhr nie był w stanie udźwignąć metafizyki postaci i uprawdopodobnić jej niesamowitości, przez co jej głębia w ogóle się nie zaznacza. Wszelako temat „świętego idioty” – mimo, że ma swe zwieńczenie w finałowym męczeństwie bohatera – nie zostaje przeprowadzony konsekwentnie. Załamuje się, gdy młody Kalina po ujawnieniu prawdy na temat ojca przez starszego brata woli ją zataić: naraz już nie jest świętym, tylko znów małym człowiekiem, jak pozostali. To prawda, że postać ta, której działania do tego stopnia odbiegają od „normy”, niesie w sobie przesłanie cudu, boskiej interwencji – ale idea ta nie zostaje w filmie konsekwentnie opracowana.

Mimo wszystkich tych zastrzeżeń i wątpliwości skłaniam się jednak do zdania, że wskazane zgrzyty nie muszą być argumentem przeciw filmowi. Ostatecznie bowiem nie szkodzą mu, a może nawet dodają dziwnego uroku… Każą bowiem zadawać pytania, na które film w jakiś sposób też odpowiada – i to przeważnie obronną ręką.

Kino religijne?

„Pokłosie” nie pozwala o sobie zapomnieć. Podjęte przez twórców ryzyko (moralne i polityczne) jest tak wielkie, film jest tak straceńczo odważny, że wspomniane powyżej ryzykowne rozwiązania, pochodzące z rejestru konceptualnego raczej niż politycznego czy etycznego, stanowią chyba pomniejszy kłopot. Zwłaszcza w porównaniu do wielkości moralnego wyzwania i edukacyjno-ekspiacyjnej ambicji, jakie bez wątpienia leżą w najgłębszym zamiarze twórców.

Wydaje mi się, że postać „świętego” Franciszka Kaliny, którego działania, pozbawione standardowych motywacji, urastają do poziomu cudu, sugerować może religijną czy parareligijną interpretację tego filmu – nawet jeśli nie została ona do końca konsekwentnie zarysowana. Być może jest on w pierwszym rzędzie bardziej aktem wyznania grzechów i pokuty niż przedsięwzięciem artystycznym. Narodową spowiedzią, modlitwą za pomordowane przez nas ofiary, prośbą o przebaczenie. Tym samym jest to film w najgłębszym i dobrym, jak rzadko kiedy, sensie katolicki. Nawet jeśli ambicje te są niejako ponad stan – Władysław Pasikowski nierzadko w wywiadach i wypowiedziach dawał wyraz swej daleko idącej pogardy dla idei kina jako przeżycia duchowego – to wobec takich intencji nawet potknięcia i porażki scenariuszowe czy koncepcyjne można, a może nawet trzeba wziąć za dobrą monetę. Może warto popatrzeć na rzeczy kontrowersyjne spojrzeniem rozstrzygającym wątpliwości na korzyść oskarżonego i potraktować ten film tak poważnie, jak na to zasługuje doniosłość jego wydarzenia, a nie na miarę – nieco już mniejszą – jego artystycznej i intelektualnej rangi. Bywają potknięcia, które popełnia się na takim pułapie wzniosłości (a właśnie wzniosłość jest w tym filmie docelowym nastrojem), do jakiego nawet nie sięgają inne produkcje, skądinąd doskonałe i bezbłędne w swoim rodzaju.

Film:

Pokłosie

reż. Władysław Pasikowski

prod. Polska 2012

*Jacek Dobrowolski – Filozof, pisarz, redaktor Orgii Myśli, adiunkt w IF UW.

„Kultura Liberalna” nr 204 (49/2012) z 4 grudnia 2012 r.


...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ
(49/2012)
4 grudnia 2012

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj