Jeśli ktoś nie zdążył jeszcze sięgnąć po wydaną kilka lat temu znakomitą książkę Piotra M. Majewskiego „Kiedy wybuchnie wojna? 1938. Studium kryzysu”, to warto nadrobić zaległości właśnie teraz. Nie jest to lektura krzepiąca, bo nasuwające się paralele powinny nas w najwyższym stopniu zaniepokoić.
Wstydliwa część polskiej historii
W tej napisanej z literackim rozmachem kronice upadku Czechosłowacji można bowiem rozpoznać zasadnicze słabości demokracji, które utrudniają – a niekiedy mogą nawet uniemożliwić – konsolidację polityki państwowej w momencie egzystencjalnego zagrożenia.
W polskiej pamięci tamtego okresu zachował się przede wszystkim obraz osieroconej po śmierci Józefa Piłsudskiego sanacyjnej elity, która utraciła zdolność trzeźwej geopolitycznej diagnozy. Zamiast tego uległa naiwnym mocarstwowym iluzjom, nacjonalistycznym instynktom, pustej patriotycznej tromtadracji.
Nasz udział w układzie monachijskim w 1938 roku dosyć szybko okazał się hańbą narodową, którą nawet dziś wspominamy rzadko i niechętnie. Przyjęło się jednak spychać to na karb autorytarnego charakteru tamtego państwa oraz postępującej alienacji jego kierownictwa.
Taka piękna demokracja…
Ale co innego przecież nasi południowi sąsiedzi. Im akurat udało się utrzymać aż do końca ostatnią w tej części Europy demokrację. Z nieźle działającymi instytucjami, w miarę ustabilizowaną sceną partyjną, koalicyjnymi rządami i wolną prasą.
A przy tym dużo lepiej od nas uporali się z problemem sukcesji władzy: po śmierci Tomáša Masaryka na czele państwa stanął Edvard Beneš, cieszący się porównywalnym autorytetem w kraju i szacunkiem (chociaż niekoniecznie sympatią) na europejskich salonach dyplomatycznych.
Już na wiele miesięcy przed Monachium decydenci znad Wełtawy zaczynali zdawać sobie sprawę z rozpaczliwego położenia republiki. Czechosłowacka elita w odróżnieniu od naszej była świadoma rosnącej potęgi oraz agresywnych zamiarów III Rzeszy. Nie mając również złudzeń co do faktycznej roli, jaką odgrywała w niemieckiej polityce paromilionowa mniejszość zradykalizowanych nazistowską propagandą sudeckich Niemców.
Z drugiej strony sceptycznie oceniano wiarygodność sowieckich oraz francuskich gwarancji bezpieczeństwa, próbując na własną rękę wciągnąć do dyplomatycznej gry niechętną angażowaniu się na kontynencie Wielką Brytanię. W miarę możliwości rozwijano też własne zdolności obronne, chociaż było oczywiste, że wielokrotnie mniejsze i fatalnie położone państwo samotnie nie będzie w stanie powstrzymać hitlerowskiej agresji.
…tylko ludzie jak zawsze
Wydawać by się zatem mogło, że w sytuacji ostatecznej, kiedy już nie ma nic do stracenia, realistyczna elita przywódcza demokratycznego państwa ma tylko jedno rozwiązanie –pogodzić partykularne perspektywy i podjąć wspólny wysiłek uratowania państwowości.
Ale tak się nie stało. W drobiazgowej rekonstrukcji pióra Majewskiego to nie liczne przykłady oportunizmu Zachodu, ogólnie zresztą znane, uderzają najmocniej. Dużo bardziej przygnębiające wydają się bowiem opisy degrengolady czechosłowackiej polityki wewnętrznej. Bez sensu toczonych małych koalicyjnych gierek, potajemnych spotkań z dyplomatami innych państw, słanych do obcych stolic donosów na konkurencyjne ośrodki krajowej władzy. Przeważnie zresztą w przekonaniu, że takie działania służą republice.
Koniec końców nie miały one większego znaczenia, gdyż jej los rozstrzygnął się w grze wielkich mocarstw. Mimo wszystko z czytanej tu i teraz książki Majewskiego płynie dla nas ponury morał. O kształcie polityki państwowej ostatecznie nie decydują procedury ustrojowe ani instytucje, lecz konkretni ludzie ze swoimi słabościami, destrukcyjnymi popędami, skłonnością do irracjonalnych działań.
W czasach spokojnych zazwyczaj przechodzimy nad trywialnością partyjnej polityki do porządku dziennego.
Chcemy wierzyć, że mężowie stanu dojrzewają dopiero w godzinach próby. Otóż nie wszędzie i nie zawsze.
Marne polityczne akrobacje
Szczególnie w dzisiejszej Polsce – z kruszejącą demokracją, połączoną z sarmacką kulturą polityczną i autorytarnymi pokusami. W której górnolotny frazes idzie pod rękę z ideologizacją konfliktu i upartyjnieniem wszystkich sfer życia publicznego. Nie wyłączając polityki zagranicznej, gdzie rodzący się dualizm już zdążył przybrać szkaradne formy. A przecież to dopiero początek.
Obozowi prezydenckiemu nie wystarczyło więc ogólnie dobre wrażenie, które zrobił w Waszyngtonie Karol Nawrocki. Sukces dyplomatyczny jest bowiem przede wszystkim walutą w rozgrywce wewnętrznej. Już wyciek notatki z MSZ do Roberta Mazurka, trefnisia z Kanału Zero, odsłonił prawdziwe intencje tej ekipy. Komentarze polityków towarzyszących głowie państwa w trakcie wizyty i po jej zakończeniu w pełni to potwierdziły.
Zasadniczym celem jest tutaj bowiem monopolizacja relacji ze Stanami Zjednoczonymi. Nie tylko wizerunkowa, ale jak najbardziej realna. Co byłoby jeszcze z trudem dopuszczalne w ramach szerszego podziału zadań z rządem, tyle że propozycja takiej harmonizacji przecież nie została sformułowana i nic nie wskazuje, żeby ktokolwiek w pałacu prezydenckim o tym pomyślał.
Rybka połknęła haczyk?
Nikogo to zresztą specjalnie nie zaskakuje.
Chociaż dawniej wykorzystywanie ideologicznej więzi z przywódcą sojuszniczego mocarstwa do osłabiania drugiego z ośrodków władzy wykonawczej w kraju zostałoby pewnie uznane za działania na granicy zdrady stanu.
Można więc doskonale zrozumieć oburzenie strony rządowej. Tylko czy nie wystarczyłoby Radosławowi Sikorskiemu poprzestać na próbach zbudowania własnych kanałów dyplomatycznych? Bez naddatku tandetnych popisów w mediach społecznościowych, a już zwłaszcza publicznych przepychanek z Adamem Bielanem, który nie wiadomo nawet w jakiej roli znalazł się w Gabinecie Owalnym. To przecież nie kategoria wagowa szefa polskiej dyplomacji.
I o co w ogóle ta walka? Czy Sikorski mimowolnie nie uwiarygadnia czasem patologicznej logiki, którą jak widać skutecznie narzucił ośrodek prezydencki? Wygląda na to, że rybka połknęła haczyk i chociaż od przybytku głowa podobno nie boli, dwie polityki zagraniczne w przyfrontowym państwie średniej wielkości to jednak stanowczo zbyt wiele.
Polityczny jazgot przysłania rzeczy ważne
A najgorsze, że tracimy w tej demagogicznej licytacji zdolność trzeźwej refleksji. Fakty i zdarzenia przestają być czymś obiektywnym, stają się wizerunkowymi awatarami. Trump obiecał nie wycofywać z Polski amerykańskich jednostek, a zatem: Nawrocki – Tusk 1:0. Tyle że nikt nie pyta o realną wartość takiej obietnicy, o jej pokrycie.
Z braku alternatywy operujemy pojęciami ze słownika klasycznej dyplomacji, który powstał przecież w zupełnie innej epoce i na gruncie wartości, których próżno dziś szukać. Bo cóż tak naprawdę w naszej targanej populistycznymi chimerami współczesnej polityce znaczą udzielane przez państwa gwarancje?
Pentagon podobno ma zresztą proponować głęboko izolacjonistyczny projekt nowej strategii bezpieczeństwa. To jednak nie jest w stanie przebić się przez nasz polityczny jazgot.
A jeśli już do tego dojdzie, to najpewniej ta narracja posłuży jako oręż, tym razem przeciwko Nawrockiemu. I tak w koło Macieju.
Czas zdyscyplinować elity
Mogłoby się wydawać, że zatraciliśmy w tych zabawach świadomość tragizmu historii. Ale przecież to nieprawda, nawet jeśli większość z nas nie odczuwa tego jeszcze jako kolejnego dziejowego fatum.
Problem w tym, że każda poważniejsza refleksja jest natychmiast zagłuszana w napędzanym algorytmami medialnym harmidrze, który dewastuje nasze hierarchie ważności i uważności.
Czy powinniśmy w związku z tym liczyć na opamiętanie się rządzących? Doświadczenie historyczne pokazuje, że byłoby to daleko posuniętą naiwnością. Ostatecznie w demokracji to lud jest przecież suwerenem i to na nim ciąży obowiązek dyscyplinowania swoich elit.
I byłoby dobrze zacząć to robić już teraz, kiedy wciąż jeszcze mamy względny luksus spekulowania, czy i w jakich okolicznościach wybuchnie wojna. Bo jeżeli któregoś dnia przejdziemy do etapu „kiedy”, będzie już na to za późno.
