Nie przepadam za cytowaniem przepojonych nacjonalizmem i zachwytem nad rosyjskim imperializmem wypowiedzi Władimira Putina. Ale słowa „Rosja nie ma granic” warto przypomnieć. A to w kontekście uchwalenia przez Dumę Państwową Federacji Rosyjskiej ustawy zezwalającej prezydentowi Rosji na wysyłanie sił zbrojnych tego kraju za granicę w celu obrony interesów mniejszości rosyjskich i rosyjskojęzycznych. Warto przypomnieć też inne przesłanie kierowane przez Moskwę do sąsiadów, ale i do własnego społeczeństwa: „Tam gdzie są Rosjanie, tam jest Rosja”.
Kto może się bać?
Nie w pełni jasne jest, kto ma określać, czy dana mniejszość jest rzeczywiście mniejszością rosyjską, czy może ukraińską lub białoruską, a nawet polską, ale posługującą się językiem rosyjskim. A mniejszości takie odnaleźć można właściwie we wszystkich państwach sąsiadujących z terytorium Federacji Rosyjskiej, a nawet w niesąsiadujących z Rosją Niemczech. Czy w krajach tych powinny zapalić się czerwone lampki ostrzegające przed kolejnym awanturnictwem Kremla? Przykład napaści na Ukrainę spowodowany rzekomymi atakami na zamieszkujących terytorium tego kraju Rosjan jest bardzo wymowny.
W przypadku jakich krajów Moskwa może uznać, iż trzeba i należy bronić swych rodaków, albo ludzi wykorzystujących w codziennym życiu język rosyjski?
Na czoło wysuwają się tu kraje położone nad Bałtykiem, czyli Estonia, Łotwa i Litwa. W dwóch pierwszych mniejszości rosyjskojęzyczne to około 25 procent społeczeństwa, na Litwie około 5 procent. Sygnały alarmowe powinny pojawić się również w Mołdawii, w której język rosyjski jest częsty w użyciu, a około 11 procent mieszkańców deklaruje go jako ojczysty. Tym bardziej, iż ostatni dekret Putina umożliwia mieszkańcom tego kraju przyjmowanie obywatelstwa rosyjskiego wedle znacznie uproszczonej procedury. To wyraźna próba powiększenia społeczności o poglądach prorosyjskich i antyeuropejskich.
Niepokój powinien pojawić się także w Azji Centralnej – przede wszystkim w Kazachstanie (15 procent), Kirgistanie (4 procent, ale obecność języka rosyjskiego jest znacznie większa), Tadżykistanie (1 procent, ale, język rosyjski wciąż odgrywa istotną rolę w edukacji i sferze publicznej). Poziom zrusyfikowania krajów Azji Centralnej zwiększają także narodowości słowiańskie, które trafiły do tego regionu w wyniku zsyłek dziewiętnasto- i dwudziestowiecznych, a poprzez bliskość językową z rosyjskim zbliżyły się do rosyjskiego modelu kulturowo-obyczajowego.
Polska też?
Z kolei Niemcy z Rosji i Kazachstanu, to grupa współczesnego społeczeństwa niemieckiego (około 5 procent), która przynajmniej w części nadal jest przekonana o doskonałości cywilizacji rosyjskiej, a i sowieckiej. To potomkowie dawnych niemieckich osadników oraz zesłańców, którzy przed laty trafiali do Rosji carskiej oraz na ziemie byłego ZSRR, a w ramach programów repatriacyjnych z lat dziewięćdziesiątych XX wieku znaleźli się na terytorium Niemiec.
Od obaw nie powinna być także wolna Polska, w której wzrosła znacząco liczba osób pochodzących z terenów byłego Związku Sowieckiego. I nie chodzi w tym wypadku o narodowość tych osób, ale o to, w jakim stopniu ludzie ci, mimo opuszczenia rodzinnych stron, zanurzeni są mentalnie w mocarstwowym myśleniu sowieckim czy wielkorosyjskim. W jakim stopniu ich mentalność jest pochodną idei tak zwanego „russkowo mira”.
Innymi słowy niedawno przegłosowana w Rosyjskiej Dumie ustawa powinna budzić niepokój, a w każdym razie skłaniać do zastanowienia, te społeczeństwa, w których istnieją grupy sympatyzujące z owym „russkim mirem”.
Są tacy ludzie
„Russkij mir” jest określeniem znanym od dziesięcioleci, jako świat, którego centrum jest Rosja, a sąsiedzi to „zagubione” i bezmyślnie odłączone cząstki wielkiego narodu. W myśl ideologów „russkowo mira” należy je, przy pomocy wszelkich możliwych sposobów, zgromadzić ponownie pod berłem Kremla. Naiwnością byłoby sądzić, iż w zbiorowej pamięci narodów, które wchodziły niegdyś w obręb Rosji carskiej, a potem Związku Sowieckiego, myślenie w kategoriach „russkowo mira” jest nieobecne.
Przykładami takiego właśnie myślenia, z którym stykałem się w podróżach zarówno po Azji Centralnej, po Estonii, Łotwie i Litwie, także po Mołdawii, a nawet po Niemczech mógłbym wypełnić niejeden felieton. Tu tylko kilka wspomnień.
Oto niemiecka osada w Bawarii, gdzieś pod Alpami. Mój rozmówca prosił, bym nie ujawniał dokładnie miejsca, w którym mieszka. A tym rozmówcą był Borys Reichtshuster, dziennikarz i publicysta, przez wiele lat korespondent niemieckich mediów w Moskwie. Człowiek doskonale obeznany z problematyką dotyczącą tak zwanych Niemców rosyjskich czy kazachstańskich. Podczas rozmowy z nim usłyszałem: „Z naszego punktu widzenia ci rosyjscy, sowieccy Niemcy nadal pozostają Rosjanami czy Sowietami z ich sowieckimi tradycjami. Ci, których znam osobiście, to dobrzy ludzie, ale mimo wszystko nadal pozostają bardziej w kręgu kultury rosyjskiej czy sowieckiej, aniżeli niemieckiej. To oczywiście jest dla Niemiec pewne wzbogacenie kulturowe, ale niektóre z tych tradycji bywają dla nas problemem”.
Zgłębiając problem rosyjskich, czy kazachstańskich Niemców, trafiłem do Augsburga. Od Adel Kaliniczenko, dziennikarki, która w Augsburgu redagowała rosyjskojęzyczny biuletyn usłyszałem: „W pokoleniach Niemców, którzy żyli w Rosji, a także w Kazachstanie […] zaszły daleko idące zmiany. W ich mentalności jest obecnie niestety wiele z mentalności Rosjan. Dlatego zarówno rosyjscy, jak i kazachstańscy Niemcy po przyjeździe do Niemiec nie czują się tu nadzwyczaj komfortowo”.
Dziennikarka dzieli się takim przykładem: „Kiedy spotykają się razem, by trochę wypić, śpiewają rosyjskie pieśni i piosenki. Na przykład [wyrażającą nostalgię za Rosją – przyp. red.] „Cziornyj Woron”, także inne… Nostalgia to rosyjska cecha. Są rosyjskimi Niemcami i ten przymiotnik «rosyjscy» jest ważniejszy. Nostalgia towarzyszy im nieustannie, a rosyjskość jest w ich duszy”. Podsumowując swoją wypowiedź, Kaliniczenko przyznaje: „Obywatele niemieccy, którzy wcześniej mieszkali w Rosji lub Kazachstanie, są swoistymi mutantami. To już nie są prawdziwi Niemcy. Jest w nich więcej rosyjskiej czy sowieckiej mentalności niż tradycji niemieckiej”.
Skutki? Poważne
Kiedy w roku 2022 Rosja napadła na Ukrainę, duże grupy rosyjskich Niemców otwarcie poparły agresję, widząc w niej przejaw obrony ludności rosyjskojęzycznej mieszkającej poza granicami Rosji. Tyle tylko, że zagrożenia, którym rzekomo miała stawić czoła interwencja rosyjskiej armii, były wykreowane przez moskiewską propagandę. I właśnie wpływ rosyjskiej propagandy sączonej za pośrednictwem kremlowskich mediów tworzy narrację, wedle której rosyjskojęzyczni są zagrożeni, mieszkając poza granicami Rosji. A skoro Rosja nie ma granic, to napaść zbrojna na sąsiadów nie jest łamaniem żadnych praw regulujących relacje międzynarodowe.
Wszak Rosja zawsze się broni, nigdy nie atakuje – powiadają rosyjscy politycy.
Z podobnymi sytuacjami stykają się władze Estonii, Łotwy czy Litwy. Trzeba przy tym pamiętać, że społeczności rosyjskie czy rosyjskojęzyczne w tych krajach to przede obywatele zrusyfikowani, a właściwie zsowietyzowani w czasach istnienia ZSRR. Istotne jest również i to, że etniczni Rosjanie trafiali na okupowane ziemie krajów bałtyckich jako reprezentanci państwa hegemona. To nie była naturalna migracja ludności, ale motywowana politycznie chęć zmiany struktury etnicznej podbitych terytoriów.
Po uzyskaniu przez kraje bałtyckie niepodległości spora część zamieszkujących tam Rosjan, czy także zsowietyzowanych Ukraińców, Białorusinów i Polaków nie mogła pogodzić się z tą zmianą. Stosunek do młodych państwowości manifestował się wrogością do języka urzędowego, do odradzającej się kultury autochtonów. Takie grupy wciąż stanowią dobry cel dla kremlowskiej propagandy. Celowo podsyca ona negatywne nastroje wobec kraju zamieszkania wśród mieszkających tam Rosjan. Przekonuje, że prawa ludności rosyjskojęzycznej są ograniczane, że mniejszości są szykanowane. Dzieje się to szczególnie w rejonach, w których społeczeństwo podzielone jest na dwie grupy posiadające paszporty dwóch różnych krajów. Jedni posiadają obywatelstwo kraju zamieszkania, inni Federacji Rosyjskiej.
Przykładem takiego miasta jest choćby estońska Narwa. Kiedy w połowie drugiej dekady XXI wieku rozmawiałem z merem tego miasta Edgarem Eastem, usłyszałem: „Jeżeli chodzi o obywatelstwo mieszkańców Narwy to statystyka mówi, iż 46,7 procent mieszkańców posiada obywatelstwo estońskie, natomiast 36,6 procent to obywatele Rosji”. Włodarz Narwy przyznawał, iż spośród osób posiadających obywatelstwo rosyjskie zdecydowana większość nie zna innego języka, aniżeli rosyjski. I to właśnie ci ludzie są wystawieni najbardziej na działanie rosyjskiej propagandy.
Chronić ich czołgami
Ustawa przegłosowana przez Dumę Państwową Federacji Rosyjskiej pokazuje, że Moskwa jest zdecydowana działać w przypadku, najczęściej sztucznie kreowanych problemów. Warto także pamiętać, iż wobec społeczności rosyjskojęzycznych mogą być podejmowane działania pod fałszywą flagą sugerujące represje wobec niej. Przykład separatyzmu, który rodził się z inspiracji Rosji w Donbasie w drugiej dekadzie lat dwutysięcznych jako rzekoma obrona gwałconych praw Rosjan, został wykorzystany przez Kreml dla wzniecenia wojennej awantury. Sytuacja w Donbasie pokazała, iż „ochrona” mniejszości rosyjskojęzycznych może być dla Moskwy pretekstem do ataku na sąsiadów.
Instrumentalne wykorzystywanie mniejszości rosyjskojęzycznych przez ideologów „russkowo mira” nie oznacza, że mniejszości te powinny być w jakiś sposób stygmatyzowane. Byłoby to rozwiązanie fatalne i sprzyjałoby rozwijaniu nastrojów antyzachodnich, i tak już obecnych w Rosji.
Sprzyjałoby także tworzeniu prowokacji, które otwierałyby Moskwie drogę do działania w „obronie” rodaków.
Jednocześnie jednak mniejszości rosyjskojęzyczne muszą mieć świadomość, że „opieka” Moskwy nie daje im prawa do budowania w krajach zamieszkania wspólnot o charakterze separatystycznym czy kontestującym porządek prawny. Suwerenne państwa muszą mieć i stosować mechanizmy, które wykryją i uniemożliwią takie działania. Nawet wtedy, gdy z Kremla będą płynęły sygnały, że prawa Rosjan są kwestionowane.
Każde państwo ma prawo chronić i wspierać rodaków mieszkających za granicą. Są do tego instrumenty dyplomatyczne, jest dialog i współpraca między krajami. Grożenie interwencjami zbrojnymi w „obronie” rodaków, to myślenie kategoriami nieprzystawalnymi do cywilizacji XXI wieku.