W ciągu ostatnich trzech tygodni temat emerytur, wieku emerytalnego kobiet oraz momentu kończenia aktywności zawodowej, wrócił do publicznej debaty. Nie wiem, czy poprzedziła to aprobata premiera i jakakolwiek analiza, jakie skutki taka debata może przynieść. Minister Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz wskazała problem nierówności mężczyzn i kobiet w systemie emerytalnym i w imię sprawiedliwości społecznej uznała za konieczne wyrównanie wieku emerytalnego. W pierwszej chwili wydało się to interesujące i ważne, bo z logicznego i merytorycznego punktu widzenia oznaczałoby wydłużenie zawodowej aktywności kobiet do 65 lat – choć oczywista jest trudność wprowadzenia tego rozwiązania.

Kiedy w 2012 roku rząd Tuska wprowadził wydłużenie wieku przechodzenia na emeryturę (do 67 lat) i jego zrównanie, okres wdrażania zmian dla kobiet bardzo mocno rozłożono w czasie. Dopiero w 2042 roku kobiety miały przechodzić na emeryturę, osiągając próg 67 lat. Różne siły społeczne i polityczne rozpętały wtedy piekło, strasząc opinię publiczną wymyślonymi argumentami, że i mężczyźni, i kobiety nie dadzą rady tak długo pracować. Bo zdrowie, jakość życia, potrzeby rodzinne. PiS zlikwidowało to rozwiązanie w 2016 roku – właściwie zamykając drogę do dyskusji nawet nie o wieku emerytalnym, co o wydłużaniu aktywności zawodowej.

Ta skaza na myśleniu o sprawach emerytalnych utrwaliła się. Bo oto okazało się, w debacie pomiędzy minister Pełczyńską a minister pracy Agnieszką Dziemianowicz-Bąk, że aby sprawiedliwości społecznej stało się zadość, można po prostu wyrównać wiek emerytalny kobiet i mężczyzn na poziomie 62,5 roku. Czyli obniżyć wiek mężczyzn i trochę podwyższyć wiek kobiet.

Czy to wymaga komentarza?

Dzieje się to w obliczu starzenia się społeczeństwa i realnego zagrożenia braku rąk do pracy w gospodarce. W obliczu groźby skali wzrostu liczby niskich emerytur (wysokość emerytury w stosunku do płacy na poziomie około 20–30 procent). I w sytuacji, gdy dodatkowy filar, prywatne ubezpieczenia kapitałowe, został właściwie przez ministra finansów w pierwszym rządzie Platformy Obywatelskiej Jacka Rostowskiego zniszczony. A obecne pracownicze uzupełniające emerytury służą głównie do tego, by grać dochodami oraz zyskami z nich na bieżąco – a nie traktować jako długoterminową inwestycję.

To nie wszystko. Bo przecież, mimo ostrzeżeń Komisji Europejskiej, w dokumentach o stanie finansów publicznych różnych krajów, polskie ministerstwo pracy intensywnie działa, by wprowadzić PiS-owski jeszcze pomysł tak zwanych emerytur stażowych. Rośnie oczekiwanie społeczne, by tak naprawdę wracać do modelu wcześniejszych emerytur. Mężczyzna zaczynający pracę w wieku 19 lat albo po studiach licencjackich (22 lata) będzie mógł rozpocząć odpoczynek w wieku 59 lub 62 lat – przy średniej długości życia wynoszącą dzisiaj 74,9 lat. A kobieta – odpowiednio w wieku 54 oraz 57 lat – przy obecnej średniej długości życia około 82,2 lata. Przeraża, że te prace trwają i nie ma na ten temat żadnej merytorycznej debaty wewnątrz rządu – w imię trwałości koalicji, bo przecież nie w imię długookresowego dobra Polaków.

Komu to może służyć?

Ktoś powie, że to przecież wybór tych osób szukających każdej okazji, by już uciec na emeryturę – i nic nam do tego.

Ale czy tworzenie przez państwo zachęt do rozwiązań groźnych dla bezpieczeństwa finansowego kobiet i mężczyzn w ich przyszłym wieloletnim życiu emerytalnym jest odpowiedzialne? Tym bardziej, że według badań tylko około 10 procent populacji w wieku przedemerytalnym może mieć kłopoty z dalszą pracą ze względu na wymagania wysokiego wysiłku fizycznego, a około 50 procent może mieć ograniczenia w wykonywaniu tylko niektórych zadań. Poza tym rynek pracy zmienia się, a przechodzący na emeryturę za dwadzieścia lat mogą być w lepszej kondycji.

Czy państwo będzie więc gotowe przy radykalnych brakach na rynku pracy, otworzyć się dużo, dużo szerzej na pracę migrantów w Polsce? Z różnych prognoz wynika, że roczny deficyt pracowników przy obecnych tendencjach demograficznych, to około 150 tysięcy osób. A raporty Polskiego Instytutu Ekonomicznego pokazują, że gdyby w 2023 roku wiek emerytalny wynosił hipotetycznie dla kobiet 65 lat, to na rynku pracy nie byłoby deficytów. Byłoby o 160 tysięcy pracowników edukacji więcej, w opiece zdrowia pracowałoby o 154,5 tysiąca kobiet więcej, w przemyśle 147,3 tysiąca, a w handlu 84,9 tysiąca więcej.

Polityka w sprawach emerytalnych nie jest wynikiem analizy trendów, danych, realnych nastrojów społecznych. Już prawie milion osób, które przeszły na emeryturę, pracuje dalej. Badania pokazują, że w Polsce kobiety średnio przechodzą na emeryturę o 1,3 roku później, niż wynosi wiek emerytalny, a mężczyźni – o 1,2 roku wcześniej. To zastanawiające i odsłania narastanie życiowej potrzeby w zachowaniach kobiet: zadbać o wyższą emeryturę poprzez własną aktywność zawodową, bo to się opłaca. Zmorą natomiast w Polsce jest nastawienie pracodawców żyjących w staroświeckim wzorcu „ageizmu”, niechęci do utrzymywania w zatrudnieniu osób powyżej 55. roku życia.

Może lepiej, by panie ministry skupiły uwagę na programie zachęt do dłuższej aktywności zawodowej, niż tworzyły zachęty do krótszej pracy i brnęły w politykę pustych obietnic i emocji niszczących stabilność przyszłości. Starczy już.

Długa historia zmagań

Zmagania z polskim systemem emerytalnym mają od początku transformacji długą historię.

Kilka przykładów. W 1989 roku wprowadzono powszechność ubezpieczenia dla rolników (KRUS), zmieniając niesprawiedliwość z czasów Gierka, że rolnik może mieć emeryturę tylko wtedy, gdy odda ziemię państwu. Ale ten system, poza niewielkim zmianami kosmetycznymi, właściwie dotrwał do czasów dzisiejszych. I w jego obrębie istnieje absurd, że składka zdrowotna od rolników wynosi złotówkę od hektara, co często rozwściecza ludzi małego biznesu, pracujących na okrągło cały rok po 10–12 godzin dziennie, by jakoś utrzymać biznes i jako taki poziom życia. Rolnicy nie płacą też podatku od dochodów osobistych. To też absurd w 2026 roku, gdy dochody rolników oraz innych mieszkańców wsi, wedle GUS za rok 2024 poszybowały najwyżej. Ale to inna sprawa.

Podatki i świadczenia rolników, to od lat tabu – i każda grupa polityczna boi się temat podjąć, w związku z tym i eksperci wycofali swój glos.

W 1989 roku poszerzono dostępność do pracowniczego systemu emerytalnego (ZUS) dla wszystkich pracujących, w tym dla rzemieślników i prowadzących własną działalność gospodarczą. Dopiero jednak w 1991 roku, ze wsparciem ówczesnej wiceministry Aleksandry Wiktorow, zmieniono model (byłem wówczas ministrem pracy), czyniąc go racjonalnym i bardziej sprawiedliwym. Zlikwidowano rozwiązanie, że emerytura liczona jest jako określony procent ostatniego wynagrodzenia, co napędzało sztucznie pompowane w zakładach i instytucjach wynagrodzenia osób przechodzących na emeryturę, by ktoś miał świadczenie kilkunastokrotnie wyższe od normalnych (na przykład rzemieślnicy idący na emeryturę). Ten mechanizm pozostał do tej pory w służbach mundurowych, bo przez lata (w rządach Jerzego Buzka i Donalda Tuska w latach 2007–2014) nie udało się tego zmienić. W 1991 roku wprowadziłem też rozwiązanie, iż emerytura powinna się wiązać ze stażem pracy i wybranym, najlepszym dla pracownika okresem składkowym. To fundament zdrowych systemów, choć zabrało parę lat, żeby dojść do liczenia emerytury z całego okresu zawodowej aktywności.

To się stało w końcówce lat dziewięćdziesiątych. Wprowadzono wtedy zasadę, że w systemie emerytalnym w przeciwieństwie do przeszłości zdefiniowana ma być składka, a nie świadczenie. Bo świadczenie może i musi być określane przez kilka czynników, na pewno wynikać z długości pracy i wielkości dochodów, ale i przewidywalnej długości życia. W system jest wpisana reguła dystrybucyjna, czyli dbałość o to, by zmniejszać zagrożenia płynące z nieosiągania pracą odpowiedniego poziomu przyszłej emerytury. Obecnie gwarancje emerytury minimalnej obejmują przeszło pół miliona osób. Oczywiście model z okresu rządu Buzka zakładał też waloryzacje – ale nikomu wtedy nie przychodziło do głowy, by oprócz waloryzacji dodawać jeszcze trzynastki i czternastki. Z troski państwa o emerytów, a może z zimnej kalkulacji w grach wyborczych.

Zmorą systemu były dwie rzeczy na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Powszechność łatwego zdobywania renty inwalidzkiej, co zostało zmienione w końcówce lat dziewięćdziesiątych poprzez wprowadzenie nowoczesnego systemu orzekania. A drugą sprawą były wcześniejsze emerytury, wynikające z uprawnień jeszcze z PRL, w wielu wypadkach uzasadnionych, bo powiązanych z trudnymi warunkami pracy. W czasach najsilniejszego reformowania emerytur, w okresie rządów Buzka, przygotowano też zmiany bezpieczne dla ludzi, zdrowe dla systemu w modelu wcześniejszych emerytur – pracowałem nad tym. Ale, ponieważ w 2000 roku szły wybory prezydenckie, a szef AWS, Marian Krzaklewski startował w nich, negocjacje w tych sprawach zostały zamrożone. Temat wrócił w 2008 roku już w rządzie Tuska. Przez cały rok 2008 negocjowałem rozwiązania, także spierając się z ówczesną panią minister Jolantą Fedak, przy wielkim wsparciu Agnieszki Chłoń-Domińczak, wiceministry pracy. Nie były to w pełni doskonałe rozwiązania, ale w dużej mierze udało się cele projektu zrealizować.

W latach rządów Buzka, z wykorzystaniem dorobku Andrzeja Bączkowskiego i Jerzego Hausnera, wprowadzono też do całościowej zmiany modelu tak zwany drugi filar emerytalny. Dla starszych pokoleń uczestnictwo w nim było dobrowolne, dla młodszych obowiązkowe. Była wtedy w świecie moda na emerytury kapitałowe jako uzupełnienie pierwszego filara, publicznej, powszechnej emerytury pracującej wedle zasady pay as you go, gdzie składki bieżące przyszłych emerytów są wypłacane jako emerytury aktualnie odbierających świadczenia. Do tego rozwiązania jako opcjonalnego dla ludzi i firm wraca się dzisiaj w UE (Szwecja utrzymała je przez lata), bo to jedyna droga, by wzmocnić bezpieczeństwo przyszłych wypłat emerytalnych w starzejącym się społeczeństwie europejskim. Ale jest to również sposób na radykalny przyrost efektywnie pracujących oszczędności długoterminowych tak, by tworzyć fundusze wysokiego ryzyka, venture capital, niezbędne dla innowacyjnej konkurencyjności gospodarki Unii. Dzięki funduszom emerytalnym w latach siedemdziesiątych w USA, oraz zachętom rządowym do lokowania tych środków w innowacje, w Kalifornii, powstała Dolina Krzemowa.

Ten pomysł leżał u źródeł tworzenia polskiego modelu. Popełniono jednak kilka błędów. Codzienną skłonność do oszczędzania zmieniono w reklamach na obrazki wakacyjnych rozkoszy seniorów na Karaibach możliwych dzięki tym funduszom. Aspiracje konsumpcyjne wygrały z ambicjami dbania o przyszłość. Przyznano funduszom z myślą o rozwoju rynku, niesłychanie bogate możliwości zysków oraz opłat pobieranych od odkładanych i lokowanych pieniędzy. Mało elastycznie wymuszono dominację papierów skarbowych państwa w strukturze inwestycji, by chronić przed ryzykami, ale i ograniczać wieloletnią efektywność gry kapitałowej. I nie stworzono instytucjonalnego przełożenia dochodów funduszy na innowacyjne inwestycje w gospodarkę polską. Zapomniano też, że ubytki w składkach do ZUS (bo część składki szła na drugi filar) nie można w nieskończoność kompensować środkami z prywatyzacji, bo kończył się okres hossy prywatyzacyjnej. Na to nałożyły się turbulencje finansowe kryzysu lat 2008–2010.

W rezultacie zamrożono i zlikwidowano pomysł, bo Rostowskiemu nie chciało się iść drogą ostrych ograniczeń dla funduszy, ale zarazem budowania stabilnego, bezpiecznego i długofalowo efektywnego ich modelu – mimo różnych propozycji eksperckich. Szkoda.

Kampania „antyfunduszowa” miała czysto populistyczny charakter – nazywano ich poczynania „złodziejskimi”. Opinia publiczna w sporej części odwróciła się od projektu. A kompensatą troski o przyszłość systemu emerytalnego miało być nagle zgłoszone, podczas exposé premiera Tuska w 2011 roku, rozwiązanie wydłużenia wieku przechodzenia na emeryturę, źle wtedy zresztą wprowadzone.

Od tego czasu w sprawach emerytalnych żyjemy w chaosie.

Paradoksalnie można powiedzieć, że przez pierwszych 10 lat transformacji, mimo wielu publicystycznych narzekań na jej nieludzki charakter, udało się dla porządku i bezpieczeństwa systemu emerytalnego zrobić o wiele więcej niż przez ostatnich 10 lat. O których niektórzy mówią, że są pełne troski o człowieka.

Czy coś można z tym zrobić?

Czy coś pozytywnego dla bezpieczeństwa emerytur i stabilności rynku pracy w ogóle można zrobić?

Nie wracać do złych rozwiązań. Nie wprowadzać zachęt do zmniejszania aktywności zawodowej. Nie zaczynać debaty o wieku emerytalnym, stojąc na przegranej pozycji. Może trzeba połączyć model wieku przechodzenia na emeryturę (płynny wiek do wyboru, jak w Austrii: między 62 a 68 lat) z co najmniej czterdziestoletnim stażem pracy. Za tym idzie informacja, że każdy dodatkowy rok pracy, to określone korzyści związane z wyższym świadczeniem. Zdobyć się na odwagę debaty nad wyższym wiekiem emerytalnym kobiet (wśród krajów OECD już tylko Turcja i Kolumbia mają niższy niż w Polsce wiek emerytalny kobiet). I naprawdę wrócić do poważnej dyskusji o uzupełniających emeryturach kapitałowych – promować ich wybór i długotrwałość inwestowania, co przyniesie korzyści ludziom i innowacyjnej gospodarce.

Nie bać się też łączenia dyskusji o systemie emerytalnym z debatą o przyszłości rynku pracy.