Karaluchy są paskudne. A do tego niebezpieczne, bo mogą przenosić zarazę. Dobrze o tym wiedzą indyjskie władze, które postarały się o ograniczenie możliwości przenoszenia zarazy przez zorganizowane grupy karaluchów. Brzmi jak groteska? Niekoniecznie. Satyryczny i prześmiewczy projekt Abhijeeta Dipke dotyczący organizowania Cockroach Janta Party, w skrócie CJP, czyli Ludowej Partii Karaluchów, zdaje się poważnie przeraził indyjskich przywódców.
Sama nazwa Partii Karaluchów parodiuje bowiem nazwę rządzącego Indiami, pod przewodnictwem premiera Narendry Modiego, ugrupowania Bhartiya Janta Party (BJP), czyli Indyjskiej Partii Ludowej. Co gorsza, po kilku dniach funkcjonowania prześmiewczego ruchu zyskał on wielomilionowe poparcie w indyjskich i nie tylko indyjskich mediach społecznościowych.
W tej sytuacji władza uznała, iż karalusza zaraza może tak się rozszerzyć, iż będzie w stanie ją ośmieszyć, a może i faktycznie jej zagrozić. W efekcie media społecznościowe Ludowej Partii Karaluchów zostały w Indiach zablokowane.
Satyra i parodie są w porządku, ale nie wtedy, gdy kpią i szydzą z władzy
– zdają się mówić rządzący politycy Indyjskiej Partii Ludowej.
Młodzi mówią: dość
Aby wyjaśnić genezę powstania CJP, trzeba cofnąć się do wczesnowiosennych miesięcy tego roku. To wówczas prezes Sądu Najwyższego Indii Surya Kant wygłosił tyradę, która stała się paliwem dla ruchu zapoczątkowanego przez Dipke. Otóż najważniejszy sędzia Indii ogłosił: „Są młodzi ludzie tacy jak karaluchy, którzy nie mają żadnego zatrudnienia ani miejsca w zawodzie. Niektórzy z nich zwrócili się w stronę aktywizmu w mediach społecznościowych, dziennikarstwa lub kampanii interesu publicznego i zaczęli atakować wszystkich”. Było to jawne wyzwanie rzucone przedstawicielom dwóch pokoleń – millenialsów, czyli pokoleniu Y, oraz generacji Z.
W Indiach przedstawiciele obu tych pokoleń to ludzie najczęściej dobrze wykształceni, w pełni ogarniający nowe technologie i znakomicie poruszający się w cyfrowym świecie, a jednocześnie kontestujący konserwatywną indyjską codzienność. Przedstawiciele pokolenia Y i Z w sposób najbardziej bolesny doświadczają problemów wynikających z panującego wśród młodego pokolenia Indusów bezrobocia. Są to także pokolenia, które w zetknięciu z korupcją funkcjonującą na dużą skalę w codziennym życiu Indusów, żądają jej ograniczenia. Nie godzą się z dość powszechnym w Indiach nepotyzmem oraz łapówkarstwem, które bardzo często są przepustką do uzyskania pracy w sektorze państwowym i publicznym.
A otrzymanie miejsca pracy za łapówkę nie jest w Indiach niczym nowym. Pamiętam spotkanie sprzed lat z młodym małżeństwem w południowych Indiach. On był lokalnym biznesmenem, ona świeżo upieczoną nauczycielką w publicznej szkole. Przy tradycyjnej keralskiej masali dosie opowiadali mi, że za jej posadę nauczycielki musieli zapłacić dyrektorowi szkoły 100 tysięcy rupii. W tamtych czasach była to ogromna suma. Sprawiali wrażenie, iż opowiadają o sytuacji dość powszechnej, a co ciekawe – nie budziło to ich gniewu lub niezadowolenia. Tyle że oni nie należeli ani do pokolenia Y, ani Z. Nowe generacje patrzą już na indyjską codzienność inaczej.
Karaluchy są wszędzie
Jednocześnie przedstawiciele tych pokoleń bardzo często nie widzą możliwości zmiany wieloletnich obyczajów, które zdominowały indyjską codzienność. Są bezrobotni, dlatego angażują się w działania organizacji pozarządowych, w rozmaitego rodzaju aktywizm prospołeczny, proekologiczny. Często działania te są w kontrze do polityki industrialnej wielkich korporacji i władz państwowych. Z tego względu są przez władze postrzegani jako element społeczeństwa przypominający pasożyty.
I takiemu właśnie przekonaniu dał wyraz prezes Sądu Najwyższego Indii, nazywając tych młodych ludzi „karaluchami”.
Szczerze mówiąc, to w Indiach karaluchy, czyli karaczany wschodnie, te prawdziwie dokuczliwe owady są wszędzie. Zdarzało mi się widywać je nawet w dobrych hotelach, nie tylko w podrzędnych guesthousach. Są symbolem przetrwania, ukrywają się w zakamarkach mieszkań i tępione nie znikają. Odradzają się i wciąż uprzykrzają życie mieszkańcom. Są stałym elementem indyjskiej codzienności – paskudnym, wszechobecnym i z konieczności tolerowanym.
…a wiele – za granicą
Nic zatem zaskakującego, że porównanie przez sędziego Suryę Kanta niemałej grupy młodych ludzi do karaluchów wywołało ich wzburzenie i gniew. Został wyartykułowany w satyryczny sposób przez Abhijeeta Dipke, który przez pewien czas był związany z ruchem Aam Aadmi Party, czyli Partią Zwykłego Człowieka. Ugrupowanie to za cel stawiało sobie walkę z korupcją oraz inspirowało się działaniami Anny Hazare (Kisana Baburao Hazare), aktywisty społecznego nawiązującego do idei propagowanych przez Mahatmę Gandhiego.
Sam Abhijeet Dipke jest absolwentem Boston University i mieszka obecnie w Stanach Zjednoczonych. Jest reprezentantem tej grupy młodych Indusów, którzy po ukończeniu studiów nie wracają do Indii, właśnie z powodu wysokiego bezrobocia wśród wykształconej młodzieży indyjskiej. Szukają swej zawodowej szansy za granicą. Wielu z nich jej nie znajduje pracy i podejmuje się zajęć znacznie poniżej ich wykształcenia i kwalifikacji. Jestem przekonany, że wśród znanych nam już w Polsce dostawców zamówionych posiłków znaleźlibyśmy wielu Indusów z dobrym wykształceniem.
Ci, którzy zostali w Indiach lub do nich wracają, też nie widzą realnych szans na otrzymanie pracy zgodnej z ich kwalifikacjami. Udaje się to mniej niż 10 procent absolwentów indyjskich uczelni. Około 40 procent wykształconych młodych ludzi pozostaje bezrobotnych. Tworzą oni szeroką rzeszę osób niezadowolonych i sfrustrowanych. Jedni próbują jeszcze walczyć o swoją pozycję, inni kryją się gdzieś w cieniu i pragną jedynie przetrwać, podejmując jakiekolwiek prace lub działania.
Nazwanie tych ludzi „karaluchami” bez refleksji nad społeczno-gospodarczą sytuacją Indii, jest dla przedstawicieli pokolenia Y i Z obraźliwe i oburzające.
Indyjskie władze, reagując w przypadku Ludowej Partii Karaluchów tak ostro i brutalnie ingerując w wolność mediów społecznościowych, pokazały, iż w establishmencie politycznym Indii pojawiła się obawa przed rozwojem sytuacji, nad którą trudno już będzie zapanować. Mobilizacja obrażonych, ale i znajdujących się w złej sytuacji społeczno-ekonomicznej przedstawicieli pokoleń Y i Z może bowiem przerodzić się z prześmiewczej akcji w działania, które zagrożą dotychczasowym porządkom na scenie politycznej Indii.
Modi to przetrwa
Nie ulega wątpliwości, że władze w New Delhi wyciągnęły już dawno wnioski z wydarzeń, których sceną był w ubiegłym roku sąsiedni Nepal i Bangladesz. Protesty pokolenia Z przewróciły tam do góry nogami dotychczasowe układy polityczne i zmusiły władze do zasadniczych ustępstw. Powody protestów zarówno w Nepalu, jak i Bangladeszu było podobne – bezrobocie wśród wykształconych młodych ludzi, korupcja oraz cenzura polegająca na blokowaniu treści w sieci.
Jednocześnie ważnym elementem protestów było dążenie do radykalnej wymiany elit politycznych. Protestujący w Nepalu domagali się, by miejsce zdyskredytowanych polityków zajęli nowi ludzie. W Bangladeszu wieloletnie rządy Sheikh Hasiny stały się dla młodych demonstrantów symbolem stagnacji gospodarczej i brakiem perspektyw rozwojowych. Młode pokolenie zaczęło się domagać odsunięcia od władzy politycznych weteranów.
Trudno sądzić, iż w kraju takim jak Indie w wyniku buntu millenialsów i Gen Z może dojść do zawirowań politycznych, podobnych do tych z Nepalu i Bangladeszu. Poparcie dla obecnego rządu oraz premiera Narendry Modiego jest nadal wysokie. Sięga 73–74 procent. Poza tym ogromny elektorat wiejski, bardzo konserwatywny i przywiązany do idei Indii hinduistycznych, nie zaprzestanie w dającej się widzieć przyszłości wspierania partii Modiego. Polityk ten bowiem bardzo mocno, choć instrumentalnie, wykorzystuje hinduizm jako wehikuł utrzymujący Indyjską Partię Ludową przy władzy.
Trzeba jednocześnie przyznać, iż Indie Modiego nie są krajem jednowymiarowym, zakotwiczonym wyłącznie w konserwatyzmie i populizmie. To za rządów BJP następuje intensywna modernizacja kraju, wzrost gospodarczy, wprowadzane są nowoczesne technologie. Są to niewątpliwe osiągnięcia i dlatego trudno sądzić, by millenialsi i Gen Z wywrócili polityczny stolik. Tym bardziej że rząd Modiego zdaje się świadomy istniejącego wśród młodzieży bezrobocia i wprowadza programy mające ułatwić im start zawodowy. To między innymi programy, mające synchronizować programy i kierunki studiów z potrzeby modernizującego się indyjskiego społeczeństwa oraz gospodarki.