W ostatnich dniach coraz częściej czytam, że milczenie wobec przemocy irańskiego reżimu obnaża prawdziwe motywacje tych, którzy jeszcze niedawno wychodzili na ulice w obronie Palestyny. Pisali o tym Konstanty Gebert w „Kulturze Liberalnej”, Adam Szostkiewicz w „Polityce” czy Marek Kęskrawiec w „Tygodniku Powszechnym”.
Wśród części liberalnych i konserwatywnych komentatorów zdaje się dominować proste i wygodne wyjaśnienie: utożsamiana przez nich z propalestyńskimi protestami lewica jest zwyczajnie pełna hipokryzji. A może wręcz antysemicka. No bo skoro tak głośno krzyczała w obronie Palestyńczyków, a teraz milczy, gdy w Iranie giną ludzie walczący o wolność, to znaczy, że nigdy nie chodziło o prawa człowieka. Chodziło o niechęć do Izraela i Żydów.
Tylko czy to naprawdę najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie? A może, zanim sięgnie się po oskarżenia o hipokryzję, warto odpowiedzieć sobie na pytanie, jak w ogóle działają protesty i co sprawia, że jedne mobilizują tłumy, a inne nie?
Po pierwsze — logika protestu
Propalestyńskie demonstracje odbywały się pod ambasadami i konsulatami Izraela, a także pod budynkami ministerstw spraw zagranicznych. Celem protestujących było wywarcie presji na własne rządy, aby te zaczęły naciskać na Izrael. Charakter tej relacji ma tu kluczowe znaczenie. Izrael jest sojusznikiem państw zachodnich, co oznacza, że rządy te dysponowały realnymi narzędziami nacisku i, przynajmniej w teorii, mogły z nich skorzystać.
To, czy narzędzia te faktycznie zostały użyte, w jakim zakresie i z jakim skutkiem — to osobna kwestia. Protestujący żywili jednak realną nadzieję na to, że presja ze strony sojuszników zmusi Izrael do ustępstw.
Sytuacja wygląda zupełnie inaczej, gdy mówimy o Iranie. Dla tego państwa świat zachodni nie jest ani sojusznikiem, ani istotnym partnerem gospodarczym.
Możliwości oddziaływania europejskich rządów na irański reżim są więc dużo mocniej ograniczone. Nawet najbardziej zaangażowani emocjonalnie aktywiści i aktywistki mają tego świadomość.
A uczestnictwo w protestach i ruchach społecznych rzadko bywa czysto afektywne. Można tego dowieść nawet na tak zwany chłopski rozum, ale takiemu podejściu hołdowali też niemal wszyscy badacze i badaczki ruchów społecznych i struktur politycznych.
Peter K. Eisinger zwracał uwagę na znaczenie momentów, w których system polityczny staje się częściowo otwarty na nacisk, tworząc przestrzeń do realnej szansy wywołania zmiany przez protestujących. Teoretycy mobilizacji zasobów (RMT) przyglądali się temu, jak ruchy społeczne analizują dostępne zasoby i szacują szanse na sukces akcji czy protestu. Nawet badacze, którzy akcentowali większą rolę emocji niż racjonalności, nie odżegnywali się całkowicie od założenia, że każdy z nas dokonuje pewnej oceny możliwości i zasobów.
James M. Jasper, badacz emocji w ruchach społecznych i autor słynnej książki „The Art of Moral Protest”, podkreślał, że angażujemy się, gdy odczuwamy silne emocje, czasem nawet nagle, w wyniku „szoku moralnego”. Emocje są paliwem każdego działania zbiorowego, ale sam Jasper wprowadził też termin feeling-thinking-processes, aby pokazać, że emocje i racjonalne myślenie w działaniu społecznym wzajemnie się przenikają.
To, jak daleko zaprowadzą nas emocje – czy skończy się na kliknięciu „udostępnij”, czy na rozbiciu namiotu pod ambasadą – zależy więc zarówno od siły naszych emocji, jak i od postrzeganej możliwości wywarcia wpływu na obiekt protestu.
A empatia i „solidarnościowanie się” nie dają poczucia sprawczości i niestety nie mobilizują tak jak stary, dobry gniew. Szczególnie gdy na dworze mróz.
Po drugie — społeczna kondycja emocjonalna
Ostatnie lata, a może cała ostatnia dekada, to niekończące się pasmo „bezprecedensowych czasów”. Wszystkie zdarzenia wydawały się w jakimś momencie niemożliwe do przebicia. Dojście populizmu do głosu między innymi w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i w Polsce. Pandemia i piętno, jakie odcisnęła na rodzinach, edukacji i gospodarce. Pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę. Powrót Trumpa na fotel prezydenta i utrata przez Polskę stabilnego wsparcia USA.
Obserwujemy rosnące napięcia i powroty starć, wojen i inwazji na całym świecie.
Według prowadzonego przez Uniwersytet w Uppsali programu gromadzenia danych związanych z przemocą zorganizowaną, od 2010 roku liczba konfliktów międzypaństwowych niemal się podwoiła, a łączna liczba ofiar śmiertelnych wzrosła pięciokrotnie.
Na dodatek wszystkie te procesy śledzimy, scrollując media społecznościowe. Kilkunastosekundowe filmik, na którym rosyjska rakieta uderza w budynek mieszkalny, zabijając całą rodzinę, albo nagranie lekarki relacjonującej dramatyczne warunki w gazańskich szpitalach przeplatają się z nagraniami słodkich piesków, memami, reklamą kremu na zmarszczki czy noworocznych wyprzedaży. I tak przez sporą część każdego dnia, w pokoleniu Z nawet przez 3,5 godziny dziennie.
Do tego dochodzi galopujący rozwój sztucznej inteligencji. Generowanie deepfake’ów stało się jeszcze tańsze, szybsze i prostsze niż nawet pół roku temu, gdy intensywnie trwały propalestyńskie protesty – a wygenerowane filmiki są dużo trudniejsze do zweryfikowania.
Coraz częściej docieramy do granic możliwości swojego zaangażowania również dlatego, że nagraniom nie można już ufać (tym bardziej, że w Iranie od 8 stycznia trwa internetowy blackout). Potwierdzają to badania: przeciążenie informacyjne [media fatigue] deklaruje w Polsce 49 procent badanych. W Europie rośnie też odsetek osób, które świadomie unikają sprawdzania wiadomości. W Polsce jest to 44 procent badanych, przy czym generalnie młodzi ludzie są bardziej skłonni unikać wiadomości niż osoby po 35. roku życia.
To zmęczenie widać też w trendach kulturowych, które odzwierciedlają nastroje społeczne. Nie bez powodu największym trendem w social mediach jest teraz challenge, w którym ludzie wrzucają zdjęcia swojego życia z 2016 roku, przez wielu uważanego za ostatni „normalny”. Wtedy można było jeszcze się łudzić, że dotarliśmy do „końca historii”, a brexit czy zwycięstwo Trumpa nad Hillary Clinton to jedynie wyjątki potwierdzające regułę, drobne błędy w matrixie.
Szerzej — na przestrzeni ostatnich dwóch lat obserwujemy też w modzie i kulturze popularnej powrót do ery indie sleaze, która na Zachodzie królowała do 2012, a w Polsce z lekkim przesunięciem mniej więcej do 2014 roku. To styl kojarzony z autentycznością, chaosem i wolnością. Jednocześnie wraca też moda na analogowe aparaty, winyle, iPody i odtwarzacze MP3.
Spada liczba użytkowników aplikacji randkowych oraz średni czas korzystania z mediów społecznościowych. Ludzie zakładają kluby książki, biegania, umawiają się na planszówki czy wyklejanie kolaży, bo są zmęczeni, przebodźcowani, wystraszeni.
To właśnie dlatego chcielibyśmy cofnąć się o dekadę, do czasów, które wydają się prostsze. I tak, trendy bywają sztucznie kreowane, ale w wielu przypadkach nieźle odzwierciedlają nastroje społeczne i mogą nam pomóc zrozumieć pewne zjawiska. By to dostrzec, trzeba, po pierwsze – być otwartym na wyjaśnienia inne niż te pasujące do własnej tezy. Po drugie – współistnieć w tych samych przestrzeniach kulturowych i informacyjnych co osoby, o których się pisze.
Zanikające wśród dziennikarzy i publicystów łączenie analizy z pracą reporterską lub badawczą mogłoby uchronić autorów przed formułowaniem trudnych do obrony tez o antysemityzmie większości protestujących.
Wystarczyło pojawić się na którymś z propalestyńskich protestów w jednym z większych miast, by przekonać się, że po pierwsze, nie wszyscy protestujący utożsamiają się z lewicą, a po drugie — antysemickie hasła spotykały się tam ze zdecydowanym ostracyzmem.
Oczywiście, zawsze znajdzie się transparent o nieakceptowalnej treści lub zradykalizowana grupa, ale to dotyczy każdego protestu. Nie może to jednak usprawiedliwiać rytualnego już zarzutu o antysemityzm.
Do naprawy: apatia, nie antysemityzm
Należy przyznać, że część zachodniej lewicy idealizuje Iran, co jest błędem i przejawem politycznej naiwności. Nie powinno to jednak prowadzić do whataboutismu i w efekcie, odwracania uwagi od zbrodni Izraela. Można – i należy – jednocześnie potępiać izraelskie działania w Gazie oraz represyjny reżim w Iranie. I dokładnie to robi dziś wielu ludzi o poglądach progresywnych.
Sam problem, który słusznie dostrzegają Gebert, Szostkiewicz czy Kęskrawiec, polega jednak na czym innym. Nie można dłużej udawać, że żyjemy w normalnych czasach. Wyjaśnienie pozornej niekonsekwencji postaw moralnych wydaje się znacznie prostsze – a zarazem mniej atrakcyjne publicystycznie.
Jesteśmy zmęczeni, przeciążeni informacyjnie, przytłoczeni skalą kryzysów. W efekcie na kolejne wydarzenia wymagające naszej uwagi i zaangażowania coraz częściej reagujemy apatią.
Ostatnią rzeczą, której potrzebujemy, jest sztuczne podsycanie polaryzacji między liberałami a lewicą – zwłaszcza tam, gdzie naturalnie stoimy po tej samej stronie. Dla obu tych grup demokracja i prawa człowieka są fundamentem ich przekonań.
Dlatego zamiast moralnych licytacji i wytykania wzajemnej hipokryzji, warto, abyśmy przyjrzeli się kondycji emocjonalnej naszych społeczności. I wspólnie zastanowili się, jak zatrzymać narastające rozgoryczenie i poczucie bezsilności, zanim przerodzą się one w trwałą obojętność.
Obojętność, która nie tylko prowadzi środowisko liberalno-lewicowe do jałowych sporów, ale może je kosztować znacznie więcej: kolejne podziały i kolejne przegrane wybory.