W czasach zagrożeń, niepewności, prymitywizmu polityki, skrajnych podziałów i nienawiści, wojny wiszącej na włosku – szukamy nadziei. Często u przywódców – wierząc w ich siłę i moc sprawczą. Oddajemy im swoją wolność za poczucie bezpieczeństwa. A oni w populistycznych czasach cynicznie obiecują nam, że są murem obronnym. A nie są.
Poszukajmy nadziei gdzie indziej – w sobie. Ale odnajdujmy ją w znakach zmian, w mądrości i odwadze wspaniałych decyzji innych. W wolności, o jaką się inni upominają.
Znak pierwszy – czy to czas Europy?
Kiedy porównuję komentarze na temat prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa sprzed roku i obecne, widzę zasadniczą różnicę. Wówczas szukano skomplikowanych wyjaśnień jego decyzji, analizowano przyczyny. Szukano języka dostosowania się do jego tonacji i stylu – robił tak na przykład szef NATO, Mark Rutte. Robili tak komentatorzy i politycy – trwała zabawa w rozszyfrowanie, co Trump miał na myśli i wyjaśnianie, że mogłoby to również mieć skutki pozytywne.
Dzisiaj, niewielu już działa w tym schemacie poznawczym. Dominujący ton poważnych opinii mówi o cynicznym facecie z chorym, narcystycznym ego, plotącym trzy po trzy, byle tylko zaspokoić własne potrzeby emocjonalne, niszcząc przy tym świat. Zniszczył powojenny porządek Zachodu. Powagę mocarstwa szukającego dialogu mimo wszystkich błędów i pomagającego światu w rozwoju. Sprowincjalizował Amerykę. Ośmieszył siebie, krzykiem i łokciami domagając się uwagi. Sinusoida emocjonalnych komentarzy Trumpa podczas wojny z Iranem i kłamstwa ładowane kłamstwami przelały czarę. W tym klimacie nawet sondażowa wyprawa dookoła Księżyca jawi się właściwie trochę jak podróż do Pipidówka.
I dostrzega to coraz więcej z nas. Wyzwalamy się z okowów mentalnych Ameryki.
A dlaczego ten proces nazywam ścieżką nadziei? Bo wymusza na nas nowe myślenie, porusza wyobraźnię, jak mamy rządzić światem, kiedy cesarz runie.
Jaka jest rola małych i średnich państw, i czy, jak mówił premier Kanady Mark Carney, w Davos, mogą one stworzyć nowy kompas dla świata. Bo na pewno może istnieć świat z mniejszą ilością Ameryki. Dlatego Kanadyjczycy, Włosi i Japończycy pracują nad zupełnie nowej generacji myśliwcem. Dlatego dyskusja o suwerenności technologicznej w Europie też nabiera nowych kształtów – wystarczy spojrzeć na decyzje rządów niemieckiego i francuskiego dotyczące oprogramowania, narzędzi i rozwiązań chmurowych dla administracji – to odejście od zależności od Microsofta.
I jeszcze jedno – jak pisze Anne Applebaum: to czas Europy, Europy jako kontynentu, nie tylko Unii Europejskiej. Czy jest nadzieja, że sprostamy temu wyzwaniu?
Znak drugi – postawimy granice bigtechom?
Po latach gadania, wreszcie pojawiają się pomysły na konkretne działania chroniące nas (a szczególnie dzieci i nieletnich) przed zagrożeniami internetu. Rośnie skala uzależnień, zmieniają się nasze życie i nawyki, redukują ludzkie kontakty z innymi. Żywimy się szotami dopaminowymi na niebywałą skalę. W Polsce przeszło jedna trzecia dzieciaków dostaje treści suicydalne na swoje konta – wcale ich nie szukając. Bo tak decydują algorytmy, bo na przeprogramowaniu dzieciństwa oraz wywróceniu rozumienia racji politycznych się zarabia. Z internetem jest tak, jak z historią z „Ziemi Obiecanej” – wspaniałe marzenia o korzyściach i krew ludzka wypływająca z maszyn tkackich. Tak jak dzisiaj płyną bez kontroli nasze dane.
A Elon Musk walczy ze stanem Colorado, który wprowadza wyważone, racjonalne prawo chroniące użytkowników przed systemami AI bazującymi na skrajnych uprzedzeniach i niedbających o dane wrażliwe. Ochrona oznacza tyle, że w systemach z wysokimi ryzykami powinno się mitygować zagrożenia i prowadzić lepszy trening, nadzorować przejrzyście funkcjonujące algorytmy. Dla Muska i jego Groka (AI generującego obrazy) – to jednak podważanie innowacji i „bla bla bla”, którym ludzie biznesu w USA i w Polsce posługują się, gdy nie mają nic rozumnego do powiedzenia.
W tym kontekście opór władz Colorado jest godny podziwu. A orzeczenie Sądu Najwyższego Kalifornii w Los Angeles przyznające rację dorosłej już osobie, która wniosła skargę na Facebooka (Metę) za zniszczenie jej dzieciństwa, za uzależnienie od treści i wzorców internetowych, za zakłócenia równowagi psychicznej przez doświadczenia w mediach społecznościowych – nakazujące wypłatę odszkodowania w milionach dolarów – jest przełomem. Tak jak dyskusja o europejskim prawie (skuteczność digital identity) oraz aplikacji umożliwiającej realną weryfikację wieku dzieci szukających pewnych treści w sieci. Wreszcie tak jak polska debata o tym, co czyni internet dzieciom w wieku szkolnym.
Zaczyna się naprawdę konkretna rozmowa o tym, jak przeciwdziałać zagrożeniom i przynieść nadzieję, że wspaniałe nowe technologie będą służyły dobru człowieka, a nie tylko efektywności biznesowej i profitom firm.
I nawet kiedy mój kolega z Mety mówi, że ten wyrok sądowy z Los Angeles odzwierciedla vox populi, a nie realną ocenę prawniczą – to jednak z nadzieją na to, że prawo stanie się wreszcie w sferze cyfrowej prawem, przyznaję rację sądowi w Los Angeles. I cieszę się, gdy znany influencer wspiera nieustanną kilkudniową transmisją zbiórkę na pomoc w walce z rakiem – kilka dni i przeszło 130 milionów złotych – dobro w sieci…
Znak trzeci – czy Kościół stanie się lepszy?
Sześćdziesiąt lat temu nadzieja związana z wiarą przychodziła z dorobku Soboru Watykańskiego II – na nowy Kościół w nowym świecie. Ważna dla katolików, ale i dla całego świata. Kiedy w ostatni Wielki Piątek oglądałem Drogę Krzyżową z Rzymu i słuchałem komentarzy do jej poszczególnych stacji, miałem poczucie, że mówi się z prawdziwą troską o migrantach, uchodźcach, o wojnie, o ofiarach, o niesprawiedliwości, o przemocy, o poniewieranych kobietach, o groźbie autokratów widzących tylko samych siebie, a nie dostrzegających żadnego człowieka, żadnej istoty ludzkiej.
To była poważna próba opowiedzenia współczesnego świata.
A kiedy wieczorem odtworzyłem sobie wcześniejszą rozmowę w TVP z kardynałem Rysiem, przeprowadzoną na Wawelu, i następnego dnia, w sobotnim wydaniu „Wyborczej” przeczytałem rozmowę z nim, to poczułem, że zaczyna się coś, co może stać się odnową. Jak posoborowe próby zmiany Kościoła.
Kardynał Ryś mówi zrozumiale nawet o trudnych sprawach. Delikatnie przedstawił, z szacunkiem dla dawnego wzorca kulturowego, historyczną, polityczną i kulturową rolę małżeństwa kilkunastoletniej Jadwigi z Jagiełłą. Mówił o jagiellońskiej Polsce wielu narodów i kultur, wielu religii. Brzmiało to arcypolsko, choć nie w duchu myślenia o polskości tych, którzy przedstawiają się jako najwięksi patrioci, a są zaprzańcami patriotyzmu. Tak jak ci, którzy zaatakowali niewybrednie kardynała Rysia. Kardynał widzi błędy Kościoła w Polsce, i sam daje przykład, że trzeba je naprawiać. Robi to z całą mocą ducha – i odważnie.
Jest nadzieja, że zacznie wracać, choć trudną i bolesną drogą, Kościół Prawdy i Odpowiedzialności. I że list episkopatu o antysemityzmie był pierwszym dobrym sygnałem.
Choć w wielu kościołach księża go nie odczytali.
W oczach i słowach kardynała Rysia czuję silną wolę i determinację zmiany. Dla duchowości Polaków, także tych niewierzących, to ważne. Bo może wróci w ogóle temat duchowości…
Znak czwarty – wygrana Magyara nadzieją dla Europy?
Mimo obaw o manipulacyjne tańce Orbána i wpływy rosyjskiej dezinformacji – Węgrzy odzyskali wolność. Atmosfera jak w 1956 roku („Ruscy do domu!”) czy w 1989 roku, kiedy w połowie października łagodnie władzę przejęli demokraci. Wtedy, na przełomie września i października byłem w Budapeszcie, na prywatce w pięknym mieszkaniu poznałem młodego działacza Fideszu – Viktora Orbána. Gospodarz, właściciel tego mieszkania, Geza Jaszensky, dwa tygodnie później został ministrem spraw zagranicznych.
Wygrana Magyara – i to absolutna – jest nadzieją i przełomem dla Europy.
Podziwiam siłę tego lidera. Podziwiam twardą wolę, by mimo braku pieniędzy na kampanię zmobilizować kilkadziesiąt tysięcy wolontariuszy z nadzieją niosących informacje, ulotki. By organizować po kilka wieców dziennie, głównie w małych – kilku, kilkunastotysięcznych miejscowościach. Mieszkańcy nie bali się przychodzić, chociaż Orbán straszył – był od lat mistrzem polityki lęku i nienawiści. A ludzie poczuli potrzebę zmiany dlatego, że Magyar im to obiecał.
Wygrał nie z algorytmami nienawiści i podziału (pieczenie psa w mikrofalówce), ale mimo tych algorytmów. Zrobił rzecz niebywałą – demokratycznym wysiłkiem akcji door to door, bliskością z ludźmi i ich sprawami, pokonał maszynerię dezinformacji. Fałszowanym i fałszywym emocjom przeciwstawił wiarygodność ludzkiego lidera. Orbána zniszczyła pycha. Magyara wyniosła nadzieja ludzi na lepszy, inny świat, bo kampania mówiła o przyszłości i marzeniach, i zbudowała własną, samodzielną siłę narracji.
Nie była uwikłana w nieustanne odpowiadanie na zaczepki Orbána – tak, jak u nas zaplątani jesteśmy w ciągłe odpowiadanie na ton narzucany przez wiadomo kogo.
Lekcja z tych wyborów. Jest Europa i warto w nią wierzyć. Jest uczciwość i trzeba jej słuchać. Jest potrzebna odwaga i należy ją w sobie rozwijać.
Magyar miał odwagę.
Tak jak polscy sędziowie Trybunału Konstytucyjnego zaprzysiężeni w Sejmie, bo prezydentowi Karolowi Nawrockiemu nie chciało się tego zrobić, a uzasadniał to tak mętnie, jak Trump wojnę Iranie. Weszli do Trybunału, przewodniczący Święczkowski ich nie uznał, nie mówiąc o okrzykach w obronie demokracji, jakie wznosił Kaczyński, człowiek o osobowości tyrana. Ale właśnie dlatego – broniąc fundamentów państwa, trzeba niekiedy odważnie pokazać własną postawę. Nie wstydzić się opowiedzenia po właściwej stronie.
Ściskałem w niedzielę 12 kwietnia kciuki, żeby się udało. I udało się!
Znak piąty – Ukraina wciąż jest nadzieją na wolność
Jest jeszcze jedna nadzieja. Wydawać by się mogło, że w natłoku światowych napięć i przetasowań powoli tracimy z oczu Ukrainę. Myślę jednak że Ukraina wciąż jest nadzieją – na wolny świat, na szacunek dla tych, którzy bronią Ojczyzny, na sprawiedliwość.
W czasie wojny z Iranem, przy stratach, jakie ponieśli Amerykanie, zniszczeniach, jakich doświadczyły Iran czy Liban, cały czas okazywało się, jak sprawni w walce są Ukraińcy.
Ze swoimi dronami, etosem walki i prezydentem, który mówi o ojczyźnie, a nie o biznesie, jak jego amerykański odpowiednik.
Ukraina podtrzymuje naszą nadzieję, że i wojnę można prowadzić zgodnie z regułami. Nie jak niszczący cywili ruscy; nie jak Trump mający za nic prawa międzynarodowe lub jak Hitler grożący apokalipsą.
Świat jest w granicznym momencie. Tylko nadzieja może nam pomóc rozejrzeć się za kompasami, których dzisiaj potrzebujemy.
I na samo zakończenie.
Andrzej Seweryn na swoje osiemdziesiąte urodziny pokazał w Teatrze Polskim dwie rzeczy. To, że wystawiając „Horacjusza” Corneille’a, można odsłonić przed nami teatr słowa, teatr dialogów podawanych przez aktorów z genialną prostotą i rytmem, teatr ważnych spraw, o których się mówi, a nie krzyczy. I druga rzecz – kiedy jubileuszowo rozmawiał z widzami mówił o demokracji, prawdzie, wolności, patriotyzmie i wadze tego, co znaczy być obywatelem.
I sztuka niesie nadzieję.