Ważą się losy konfliktu Stanów Zjednoczonych z Iranem. Prezydent Donald Trump odrzucił propozycję Teheranu zakończenia wojny, zawierającą między innymi nieakceptowalne dla Waszyngtonu żądania uznania irańskiej suwerenności nad cieśniną Hormuz, zniesienia sankcji USA i wypłatę odszkodowań wojennych.
Iran żąda także, by zawarcie pokoju obejmowało także Liban, gdzie Izrael nadal walczy z Hezbollahem. Ten postulat mógłby być dla Trumpa do przyjęcia. Amerykańsko-irańskie zawieszenie broni z kwietnia obejmowało także walki w Libanie, choć Jerozolima była temu przeciwna. Władze libańskie uzależniają rozpoczęcie formalnych negocjacji pokojowych z Izraelem od zawarcia zawieszenia broni. Obecne negocjacje w Waszyngtonie, na szczeblu ambasadorów, choć politycznie przełomowe, mają więc jedynie charakter wstępny. Trump bardzo naciska na spotkanie na szczycie między prezydentem Josephem Aounem a premierem Benjaminem Netanjahu, także z udziałem jego samego. Miałoby to zaowocować traktatem pokojowym – i tak upragnionym przez amerykańskiego prezydenta Noblem.
Pokój egzystencjonalną koniecznością?
Wydaje się, że są na to szanse. Izrael i Liban nie mają sporów terytorialnych, w wyjątkiem maleńkiego (22 km2) terytorium Szebaa, zdobytego przez Izrael na Syrii w wojnie 1967 roku, lecz który Liban uważa za swój. Ten spór jest rozwiązywalny, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę, że oba kraje uzgodniły już kilka lat temu swą granicę morską, której przebieg ma zasadnicze znaczenie, gdyż reguluje dostęp do podmorskich złóż gazu.
Dla Bejrutu pokój z Izraelem jest egzystencjalną koniecznością. Jerozolimie zaś miałby przynieść wreszcie bezpieczeństwo na północnej granicy, znajdującej się od wybuchu wojny w Gazie pod ostrzałem Hezbollahu. Co więcej, doświadczenia pokoju z Egiptem w 1979 roku i z Jordanią piętnaście lat później pokazują, że traktaty pokojowe z państwami arabskimi są trwałe i znacznie zwiększają bezpieczeństwo Izraela.
Rzecz w tym jednak, że Izrael ma zawrzeć pokój z Libanem, ale wojnę toczy z Hezbollahem. Ta szyicka organizacja terrorystyczna, wyposażona i sfinansowana przez Iran, głosi konieczność zniszczenia Izraela i kategorycznie odrzuca żądanie, wysuwane tak przez Izrael, jak i przez władze Libanu, by się rozbroiła.
Czy Hezbollah złoży broń
Dla Izraela pokój z Bejrutem, w którym Hezbollah zachowałby swoje uzbrojenie, oznaczałby, że terroryści mogą w każdej chwili go zerwać. Tak było po wojnie libańskiej 2006 roku, zakończonej rezolucją 1701 Rady Bezpieczeństwa, nakazującą szyickiej organizacji wycofania się na północ od rzeki Litani, 20 kilometrów od granicy z Izraelem. Hezbollah zignorował rezolucję, choć władze libańskie, pod jego presją, twierdziły, że jest inaczej.
Efektem były kolejne ataki na Izrael, zakończone zmasowanym ostrzałem po wybuchu wojny w Gazie, który doprowadził do obecnego konfliktu. Dlatego też tym razem władze w Bejrucie publicznie żądają, by Hezbollah złożył broń, co popiera część libańskiej opinii publicznej, która płaci cenę za wojnę z Izraelem, toczoną przez Hezbollah w interesie Iranu.
Rząd jednak nie ma sposobu, by to żądanie wyegzekwować: armia libańska jest słabsza od Hezbollahu, a część jej żołnierzy to szyici, którzy w wypadku konfliktu opowiedzieli by się zapewne po stronie Hezbollahu. Bejrut, całkiem rozsądnie, nie chce płacić za rozbrojenie Hezbollahu ryzykiem nowej wojny domowej. Pozostaje więc jedynie rozbrojenie terrorystów siłą przez Izrael – a więc kontynuacja wojny.
Izrael zapewnia, że jest w stanie militarnie rozwiązać problem – lecz niemal na pewno się myli. Dwa lata wojny w Gazie, prowadzonej dużo bardziej bezwzględnie niż ta w Libanie, i przeciwko słabszemu przeciwnikowi, nie doprowadziły wszak do likwidacji Hamasu. Zwolennicy rozwiązania militarnego przekonują, że to jedynie dlatego, że nie uderzono w przeciwnika jeszcze mocniej i dłużej, aż do skutku. Czy rzeczywiście doprowadziłoby to do zwycięstwa – jest kwestią dyskusyjną, ale wydaje się czymś oczywistym, że przedłużająca się brutalna wojna, nawet jeśli osłabiła Hamas militarnie, to wzmocniła go politycznie.
Liban ma alternatywę
Dla większości mieszkańców Gazy Hamas to nie terroryści, których kolejne ataki na Izrael wywołały tę wojnę, lecz raczej obrońcy Gazy przed nieustającym i niezrozumiałym izraelskim atakiem. Połowa mieszkańców Strefy ma poniżej 18 lat, i nie pamiętają oni czasów sprzed wycofania się Izraela w 2005 roku i objęcia władzy przez Hamas w rok później. Są przekonani, że dla Hamasu nie ma alternatywy – a Izrael, w swej katastrofalnej odmowie wsparcia władzy Autonomii Palestyńskiej w Gazie, ich w tym jedynie utwierdza.
Ale w Libanie alternatywa jest, w postaci rządu, który także pragnie rozbrojenia Hezbollahu, choć nie jest w stanie tego sam dokonać. Zwolennicy opcji militarnej uznają, że rząd ten jest wobec tego bez znaczenia, a każdy dzień działań zbrojnych przeciwko Hezbollahowi przybliża moment klęski szyickich terrorystów.
To może jest, a może nie jest prawdą – ale wydaje się nie ulegać wątpliwości, że każdy dzień izraelskiej wojny w Libanie przeciwko Hezbollahowi nasila zrozumiałą wrogość jej ofiar i wobec Hezbollahu, i wobec Izraela, winnych ich cierpień. Zaś żołnierze izraelscy, bezczeszczący figury Jezusa i Matki Boskiej, co widzieliśmy na zdjęciach przez nich samych zrobionych, sprawiają, że nawet libańscy maronici będą Izrael postrzegać jako wroga. Innymi słowy kontynuacja wojny może nie przynieść zwycięstwa, ale na pewno sieje ziarna kolejnego konfliktu.
Tym bardziej, że obserwatorzy, jak się wydaje, mylnie rozumieją źródła nadal silnego poparcia dla Hezbollahu w Libanie. Pionierskie badania przeprowadzone przez londyński zespół z King’s College wykazały, że sprzeciw wobec postulatu rozbrojenia Hezbollahu niekoniecznie wiąże się z przynależnością religijną czy cierpieniem wojennym, a bardziej z poczuciem krzywdy doznanej ze strony słabego i skrajnie dysfunkcjonalnego libańskiego państwa.
Dla wielu Libańczyków państwo, zbierające podatki, lecz niezdolne do zapewnienia podstawowych świadczeń i usług, jest postrzegane jako twór wrogi – a Hezbollah uosabia tych, którzy temu państwu wypowiadają posłuszeństwo. Ci, którzy tak postrzegają państwo, niezależnie od tożsamości religijnej czy politycznej, byli o 29 procent bardziej skłonni odrzucać rozbrojenie Hezbollahu. Jeżeli tak, to droga do pozbawienia Hezbollahu poparcia wiedzie przez wzmocnienie państwa, a więc na przykład zawarcie z nim zawieszenia broni – nawet jeśli byłoby to sprzeczne z nadzieją na militarne rozwiązanie kwestii.
Izrael zmarnował już swoją szansę w Syrii
Dość podobna jest sytuacja w sąsiedniej Syrii, która za czasów dyktatury Assadów była nieubłaganym, choć przewidywalnym wrogiem, a wszystkie próby negocjacji kończyły się niczym. Obalenie dyktatury przez byłych dżihadystów Ahmada asz-Szary wzbudziło jednak w Jerozolimie zrozumiały niepokój, ze względu na ich deklarowaną wrogość do Izraela.
Stąd izraelskie prewencyjne zajęcie pasa ziemi niczyjej przy linii zawieszenia ognia z 1973 roku i bombardowanie zasobów wojskowych pozostałych po ramii syryjskiej. Zarazem jednak asz-Szara mnożył pojednawcze deklaracje pod adresem Jerozolimy, niekoniecznie z głębokiej sympatii dla państwa żydowskiego, ale ze świadomości konieczności stabilizacji sytuacji na granicy, a także nadziei, że poprawa stosunków z Izraelem ułatwi mu normalizację z państwami Zachodu. W obliczu jednak wrogości Jerozolimy chęć ułożenia z nią stosunków – co zrozumiałe – osłabła. Izrael zmarnował potencjalne korzyści, jakie wynikałyby z poparcia normalizacji międzynarodowej nowych władz.
Nawet odmowa, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, poparcia syryjskich Kurdów, kiedy Damaszek podporządkowywał ich sobie siłą, wynikała bardziej z chęci uniknięcia dalszego pogorszenia stosunków z patronującą nowym władzom Ankarą niż z dążenia do ułożenia sobie z tymi władzami sensownych relacji. Podjęto wprawdzie rozmowy, ale w obliczu braku izraelskiej gotowości wycofania się do linii zawieszenia broni spełzły one na niczym.
Dziś asz-Szara już znacznie mniej potrzebuje Jerozolimy, a antyizraelskie głosy w jego otoczeniu są coraz silniejsze. To niemal klasyczny przykład doprowadzenia do pogorszenia sytuacji poprzez działania mające na celu uniknięcie takiego pogorszenia.
Samospełniająca się przepowiednia
Zwolennicy rozwiązań siłowych wskazują, że nie ma co się łudzić, iż można zawrzeć pokój z tymi, którzy dążą do twojego zniszczenia i łamią zawarte porozumienia, kiedy jest to dla nich korzystne. Tyle tylko, że teza ta jest prawdziwa w odniesieniu do obu stron opisywanych tu konfliktów. Zarazem żadna z nich nie może mieć wiarygodnej nadziei na to, że środkami siłowymi zlikwiduje tę drugą.
W tej sytuacji negocjacje i próba zawarcia pokoju to nie pościg za złudzeniami, lecz realistyczne sprawdzanie alternatywnych możliwości. Im bardziej się je sprawdza, tym bardziej stają się realistyczne; tak było podczas negocjacji izraelsko-egipskich po wojnie Jom Kipur.
I odwrotnie – im bardziej się je odrzuca, tym mniej realistyczne się stają; tak było podczas negocjacji izraelsko-syryjskich po upadku dyktatury. Zasada samospełniającej się przepowiedni działa w obie strony.