Jaka jest przyczyna ogromnej popularności prawicy?

Peter Pomerantsev, podczas spotkania na Open Eyes Economy Summit, zauważył, że nacjonalistyczni populiści mają jedną szczególną cechę. Zarówno politycy poprzedniej generacji, w stylu Viktora Orbána czy Jarosława Kaczyńskiego, jak i dzisiejsza reakcyjna prawica budowana przez ruch MAGA, Steve’a Bannona czy J.D. Vance’a, wyróżniają się czymś, co Pomerantsev nazwał „mentalnością wojenną”.

Podczas gdy politycy lewicowi, liberalni, chadeccy nadal analizują i opowiadają świat za pomocą kategorii powojennego porządku demokratycznego, reakcjoniści uważają, że są na wojnie. I tak też się zachowują.

My w szachy, oni na wojnie

Po jednej stronie politycznej barykady stoją ci, którzy nadal chcą grać w szachy, pokornie uznając własne porażki. Za to po drugiej coraz więcej jest osób, które nie tylko nie są zainteresowane grą. Podchodzą do planszy, zrzucają pionki i rozstawiają pułapki na pustych polach. Demokraci oburzają się brakiem dekorum i złamaniem norm, a w tym czasie reakcjoniści szybko zdobywają kontrolę nad szachownicą.

Pomysły na reakcję najczęściej ograniczają się do przywrócenia docelowego, czyli pierwotnego ułożenia figur. Nie zauważając przy tym, że druga strona ani myśli grać zgodnie z zasadami, a demokracja została zaminowana.

Antydemokratyczna prawica od lat posługuje się językiem wojny, oblężenia i permanentnego konfliktu. Nie przez przypadek progam Steve’a Bannona nazywa się „The War Room”, a jedną z najbardziej toksycznych stron internetowych w amerykańskiej przestrzeni publicznej przez lata były „InfoWars” Alexa Jonesa. Zwłaszcza ta druga platforma stała się wehikułem dla teorii spiskowych i kłamstw podważających demokratyczny porządek.

Takich przykładów można wymieniać dziesiątki. Steve Bannon mówił o potrzebie działania z muzzle velocity – z prędkością wylotową pocisku. Chodziło o tak szybkie i agresywne wykonywanie ruchów w administracji publicznej, by przeciwnicy nie byli w stanie reagować na kolejne kryzysy. W efekcie obrońcy instytucji mieli zostać przeciążeni, zdezorientowani i stopniowo znieczuleni na skalę destrukcji.

Po ponad dekadzie sporów z populistyczną prawicą, eufemistycznie nazywającą siebie samą nieliberalną demokracją, w praktyce zmierzając ku zdemilitaryzowanej formie autorytaryzmu, trudno mieć jakiekolwiek wątpliwości co do prawdziwej natury sporu politycznego. Konsensus demokratyczny się skurczył, przez co redefinicji musi ulec sama demokracja.

Bezustanna mobilizacja

Zmarły niedawno Jürgen Habermas, intelektualny ojciec współzałożyciel powojennego europejskiego pluralizmu, zakładał, że demokracja przetrwa jedynie w warunkach dialogu. Nieustanne konfrontowanie się na płaszczyźnie idei, w pokojowych przestrzeniach publicznych, nie tyle pcha demokrację do przodu i rozwija, co w ogóle pozwala jej przetrwać. Tylko w ten sposób można bowiem zapewnić reprezentację polityczną wszystkim w społeczeństwie.

W podobnym tonie demokrację od wielu lat definiuje politolog Adam Przeworski, oferując jej tak zwaną minimalistyczną definicję. Dla Przeworskiego demokracja to po prostu ustrój, w którym partie przegrywają wybory. Innymi słowy – musi istnieć możliwość, by ten, kto władzę sprawuje, stracił ją w ramach mechanizmu wyborczego. A powinien on działać w taki sposób, żeby nie można było zbyt wiele wygrać ani zbyt wiele przegrać. Ta teoria ma jednak coraz mniej wspólnego z rzeczywistością. Wydają się tego nie zauważać tradycyjne partie polityczne – socjaliści, socjaldemokraci, liberałowie czy chadecy.

Tymczasem reakcyjna prawica jest w trybie wojennym. W stanie nieustannego napięcia, ale też pełnej, nieustannej mobilizacji. Swoim zwolennikom cały czas powtarza, że żyją oni w czasach końca, ale koniec ten, choć bliski, jest jeszcze możliwy do anulowania. Wystarczy pełne oddanie sprawie, a złą tendencję uda się odwrócić. Jednak najmniejsze uśpienie czujności doprowadzi do apokalipsy. To wyjaśnia między innymi, dlaczego reakcyjna, antydemokratyczna prawicą tak skutecznie mobilizuje swój elektorat. Oraz po co jej te wszystkie mity o walce dobra ze złem, kolejne reinterpretacje „Władcy Pierścieni”, tak uwielbianego przez Petera Thiela czy Giorgię Meloni.

Kiedy zawsze starasz się na sto procent, czasem uda ci się coś, co teoretycznie nie miało się prawa udać. To wbrew pozorom nie tylko opowieść o Frodo Bagginsie, małym hobbicie przeciwstawiającemu się wielkiemu złu, ale też o brexicie czy drugiej kadencji Trumpa. Jego pierwsze zwycięstwo, z 2016 roku, da się wytłumaczyć negatywnymi skutkami globalizacji i rozczarowaniem wyborców starymi elitami. Ale jego drugi triumf był w większym stopniu rezultatem mobilizacji wyborczej, ostrej kampanii i słabości rywali, którzy nie rozumieli ani nowej gry, ani jej stawki.

Wojna z demokracją

Ktoś, kto został skazany prawomocnym wyrokiem, miał za sobą katastrofalną poprzednią kadencję oraz próbę puczu, nie powinien mieć szans na ponowną prezydenturę. Podobnie brexit, gospodarczo nieracjonalny, społecznie niebezpieczny i politycznie absurdalny, był projektem, który można było skutecznie zatrzymać jeszcze na wstępnym etapie. Tak się nie stało, bo jedni prowadzili wojnę o przetrwanie, a inni powtarzali frazesy z poprzedniej epoki.

Im większa mobilizacja, tym więcej niespodziewanych triumfów. Nie ma wątpliwości, że przez ostatnie lata populiści osiągali wyniki ponad stan. Porażka Orbána na Węgrzech, rozłamy w MAGA, kryzys popularności Trumpa pokazują, że ten model się wyczerpuje, bo po triumfach rzeczywistość w ogóle nie ulega zmianie. Tylko co z tego, że strona demokratyczna jest lepsza w rządzeniu, skoro często nie jest w stanie wygrać żadnych wyborów.

Kilka lat temu Ashley Parker, dziś reporterka magazynu „The Atlantic”, wcześniej związana z „The Washington Post”, wspominała, jak Marty Baron, legendarny dyrektor wydawniczy dziennika, przypominał swoim autorom w trakcie pierwszej kadencji Trumpa: we are at work, not at war. Nasza praca to nie wojna. Niemal dekadę później te słowa są już całkowicie nieaktualne.

Im szybciej demokratyczni politycy zrozumieją, że walczą o przetrwanie – swoje, swoich partii, technokratycznych karier, ale też porządku świata, w którym żyli i nadal chcą żyć – tym większe będą mieli szanse na triumf. Wówczas można mówić o wznowieniu dialogu, jeśli druga strona zaakceptuje jego zasady.

Reakcyjna prawica wypowiedziała demokracji wojnę. Demokracja jej nie wygra, jeśli będzie udawać, że wojny toczyć nie musi.