Czy ktoś jeszcze pamięta o Kazimierzu Mijalu? W czasach stalinowskich był sekretarzem Bolesława Bieruta i jednym z największych partyjnych dogmatyków. Zasłynął atakami na Władysława Gomułkę na „czujnościowym” plenum KC PZPR. W 1956 roku karta się jednak odwróciła, bo towarzysz „Wiesław” stanął na czele partii, a jego niedawny oponent popadł w niełaskę. 

Jako szczery komunista przeszedł więc do opozycji, patronując tajnej organizacji, a następnie na papierach albańskiego dyplomaty czmychnął do Tirany. Na zaproszenie skłóconego z sowieckim blokiem i opierającego się wszelkim odwilżom reżimu Hodży wiódł żywot politycznego emigranta w luksusowej willi, nie zaniedbując jednakże przez cały ten czas roboty politycznej. 

Jego odezwy wzywające do rozprawy z „kontrrewolucją” można było usłyszeć w polskich audycjach Radia Tirana. Oskarżał w nich Gomułkę o burżuazyjny rewizjonizm i plan wymordowania prawdziwych komunistów w obozach koncentracyjnych. Były tak bardzo odklejone od rzeczywistości w swoim ideologicznym skostnieniu i zacietrzewieniu, że słuchano ich w Polsce głównie dla śmiechu.

Ale w latach siedemdziesiątych wikt się nagle urwał. Albania postanowiła naprawić stosunki z Moskwą i towarzysz Mijal przestał być potrzebny. Musiał więc sobie poszukać nowej miejscówki, nie mając w sumie wielkiego wyboru, bo komunizm już tracił swoją doktrynalną werwę. Na szczęście w Chinach po rewolucji kulturalnej unosiły się jeszcze opary dogmatyzmu i to właśnie tam los rzucił na kilka kolejnych lat naszego bohatera. 

W stanie wojennym potajemnie wrócił wreszcie do kraju. Ówczesna władza dała spokój mocno już wiekowemu komuniście, którego nigdy nie traktowała zresztą poważnie. On jednak dożywszy niemal stu lat, do samego końca wytrwał w swoim umysłowym skansenie, z niezachwianą wiarą w nieuchronność rewolucji proletariatu.

Po drugiej stronie lustra

O podobną żarliwość Zbigniewa Ziobrę zapewne trudno byłoby podejrzewać, ale też czasy idealistów dawno minęły. Poza tym jednak los uciekiniera z państwa Donalda Tuska w jakiś zagadkowy sposób zaczyna się pokrywać z losem ostatniego polskiego komunisty. Wystarczy podmienić parę kluczowych pojęć i polityczny schemat odysei zostanie zachowany. 

Nasz współczesny Odyseusz tak samo zabiera nas bowiem w podróż na drugą stronę lustra, gdzie każda teza okazuje się antytezą. Oto, lądując więc na amerykańskiej ziemi, owej mitycznej krainie prawdziwej wolności, uroczyście ślubuje kontynuować swą niestrudzoną walkę o przywrócenie w Polsce ładu, porządku i praworządności. 

Jak powinniśmy się domyślać – takiej, jaka rozkwitała wcześniej pod jego pieczą, zanim w wyniku nielegalnego przewrotu doszła do władzy kontrrewolucja Tuska i zniosła rządy prawa. Upolityczniając na powrót wymiar sprawiedliwości, żeby można było bez przeszkód represjonować demokratyczną opozycję, czyli głównie Ziobrę.

A wszystko pod szyldem i z aprobatą partii Prawo i Sprawiedliwość, w okienku telewizji nazywającej się dumnie Republiką. Dziennikarka słuchała tych wynurzeń z niezmąconą powagą i akceptacją. Sprawiała wręcz wrażenie uświęconej rozmową z prześladowanym bojownikiem o wolność, a od teraz również redakcyjnym kolegą. To państwo, które postawiło Ziobrze konkretne i bardzo poważne zarzuty, też już nie jest jej państwem, tylko odbierającą wolność zewnętrzną kliką. 

Ucieczka przed wymiarem sprawiedliwości do ziemi obiecanej współczesnego populizmu z czynu haniebnego staje się zatem czymś wysoce chwalebnym. Pozbawiony honoru tchórz po wywróceniu podszewki na drugą stronę awansuje na patriotę i bohatera.

Żyjąc wśród nosorożców

Tutaj się jednak kończą podobieństwa do towarzysza Mijala, który, będąc przypadkiem egzotycznym, co najwyżej dostarczał na falach albańskiej rozgłośni specyficznej rozrywki. Był karykaturalny w swojej krucjacie przeciwko ideologicznym wiatrakom, ale świat jego wartości przynajmniej w polskich realiach od dawna był martwy. Zaklęcia dogmatycznego komunisty mogły więc budzić rozbawienie nawet w ogólnie ponurych czasach realnego socjalizmu. 

Z bredniami Ziobry i jego obrońców jest niestety inaczej. Ich fałsz może być dostrzegalny również dla właściwych adresatów, ale tylko jako dopuszczalne przejaskrawienie. Populistyczny dyskurs pozostawia bowiem dużo swobody w obchodzeniu się z faktami. Można je naginać do woli i nawet wywrócić na drugą stronę, jeśli zajdzie taka potrzeba. Jest to przyjmowane ze zrozumieniem jako element pejzażu, komunikat rytualny. 

Kategorie dobra i zła nie mają już znaczenia. Dla odbiorców opowieści o niewinnie represjonowanym uchodźcy nie jest istotne, czy Ziobro naprawdę coś zdefraudował albo czy inwigilował przeciwników politycznych. Jeśli nawet, to widać taka była konieczność. Nie trzeba go za to lubić ani szanować, ale dopóki jest „nasz”, trzymamy jego stronę.

Co gorsza, również po drugiej stronie absurd wynikający z odwrócenia pojęć chyba już został oswojony. Jak w miasteczku ze słynnej sztuki Ionesco, w którym pojawiły się nosorożce, ale nikt się temu nie dziwi i życie normalnie dalej się toczy. Bo jakoś zaakceptowaliśmy nasze polskie dwójmyślenie. To, że mamy alternatywne wersje demokracji, praworządności, obywatelstwa, patriotyzmu, kultury politycznej, etyki życia publicznego. Osobne Prawo, osobną Sprawiedliwość i osobną Republikę.

Przywróćmy powszechność

Tylko że te pojęcia coś konkretnego mimo wszystko znaczą i mają wspólny mianownik: zakładają powszechność. Prawo to określone przez państwo normy postępowania, których obowiązek przestrzegania obejmuje wszystkich. Sprawiedliwość w klasycznej definicji Tomasza z Akwinu oznacza „stałą i trwałą wolę oddania każdemu tego, do czego ma prawo”. Z kolei republika to po prostu rzecz wspólna.

I bez przywrócenia owej powszechności wszystko nam się w rękach w końcu rozejdzie. Każda zmiana w jedną albo drugą stronę będzie zaczynaniem od początku, mozolnym przestawianiem zwrotnic. Bez możliwości pójścia naprzód, w wiecznym chaosie i tymczasowości.

Toteż w sprawie Ziobry on sam jest stosunkowo mało istotny. Być może uda się go kiedyś sprowadzić do kraju i postawić przed sądem, ale to w sumie nie ma większego znaczenia. Niechby więc zamiast tego sam w jakiejś odległej przyszłości ukradkiem powrócił do odzyskanej wreszcie republiki, przez nikogo już wówczas nie niepokojony i potraktowany z obojętnością.

Będąc już tylko przypadkiem anegdotycznym, podobnie jak jego poprzednik, towarzysz Mijal.