Rok 2025 okazał się najbardziej śmiercionośny dla dziennikarzy od ponad trzech dekad. Oprócz zabójstw, miejsce miały także aresztowania czy porwania na niewyobrażalną dotąd skalę. To, co widzimy w pierwszych miesiącach 2026 roku, wskazuje, że trwający rok nie przyniesie poprawy.

W październiku 2025 roku trzech ukraińskich pracowników mediów zginęło w rosyjskich atakach w obwodzie donieckim. Francuski fotoreporter Antoni Lallican został zabity 3 października w ataku przeprowadzonym przy użyciu drona FPV, a ukraińska dziennikarka Aliona Hubanova oraz operator kamery Yevhen Karmazin zginęli 23 października w kolejnym rosyjskim ataku dronowym.

W grudniu 2025 roku rosyjskie służby bezpieczeństwa zatrzymały badaczkę i dziennikarkę Lenorę Dyulber po przeszukaniu jej domu na okupowanym przez Rosję Krymie.

W środę 21 stycznia 2026 roku, podczas trwającego „zawieszenia broni”, kolejnych trzech dziennikarzy zginęło w wyniku ataku izraelskiego drona w Gazie. W celowym ataku na pojazd, którym jechali, aby filmować namioty wysiedlonych Palestyńczyków, zginęli Abed Shaata, Mohammad Qeshae i Anasa Ghnain.

18 marca powiązany z Hezbollahem kanał telewizyjny Al Manar poinformował, że jego prezenter Mohammad Sherri oraz jego żona zostali zabici, a ich syn zraniony w izraelskim ataku w Bejrucie, gdy spali. W wyniku ataku zginęło dziesięć osób, a Izrael jako uzasadnienie podał ofensywę na cele Hezbollahu.

28 marca 2026 roku troje libańskich dziennikarzy zginęło w celowym izraelskim ataku na południu Libanu. Ali Shoeib, reporter Al Manar, oraz reporterka Fatima Ftouni i jej brat operator kamery – Mohamed Ftouni, ze stacji Al Mayadeen, zginęli w mieście Jezzine. Siły Obronne Izraela (IDF) potwierdziły, że zabiły Shoeiba i Ftouniego, określając ich „terrorystami” z wojskowego skrzydła Hezbollahu. Stwierdzono, że obaj działali „pod przykrywką” dziennikarzy.

W Bagdadzie, w marcu 2026 roku, uzbrojeni mężczyźni porwali amerykańską dziennikarkę Shelly Kittleson, która pracowała na Bliskim Wschodzie jako korespondentka freelancerka dla kilku mediów. Do porwania doszło na ulicy, w biały dzień. Porywacze wciągnęli ją do samochodu i odjechali. Irackie siły bezpieczeństwa zatrzymały jednego podejrzanego i ostatecznie uwolniły dziennikarkę. Dochodzenie wskazuje, że sprawa może mieć związek z szyicką milicją Kataib Hezbollah (nie mylić z libańskim Hezbollahem).

W drugiej połowie kwietnia 2026 roku Amal Khalil została zabita podczas relacjonowania izraelskiego nalotu w południowym Libanie w trakcie dziesięciodniowego zawieszenia broni. Była dziewiątą dziennikarką zabitą w Libanie w tym roku.

Czym jest mediobójstwo?

W ostatnich latach coraz częściej pojawia się określenie: mediobójstwo [mediacide]. Sięgają po nie organizacje zrzeszające dziennikarzy, środowiska naukowe czy autorzy piszący o atakach na niezależne media. Mediobójstwo jest czymś więcej niż ograniczaniem wolności słowa czy czasowym limitowaniem mediów. To szereg działań, które mają wyłączyć przepływ informacji z danego miejsca czy sektora, przez konsekwentne uderzanie w fundamenty dziennikarstwa.

O mediobójstwie pisze się najczęściej w kontekście zabijania dziennikarzy i pracowników mediów. Właśnie dlatego, gdy widzimy ten termin w mainstreamowych mediach zachodnich, jego autorzy odnoszą się głównie do Palestyny lub, rzadziej, do zabitych dziennikarzy ukraińskich. Jednak podmiotem zabijanym podczas mediobójstwa nie jest dziennikarz rozumiany jako osoba fizyczna, ale media, wolność słowa i przekaz informacji jako takie. Mediobójstwo może dotyczyć zabójstwa osoby, ale też ataków na instytucję czy samą ideę wolnych mediów. Dziennikarz zabity w trakcie swojej pracy lub z jej powodu, jest ofiarą mediobójstwa, a atak na niego jest naruszeniem wolności słowa.

Sytuacje takie jak izraelski dron w Gazie, uderzający w namiot z zespołem prasowym, czy zabójstwo meksykańskiego dziennikarza śledczego Carlosa Castro, który zginął zastrzelony w restauracji, gdy jadł kolację, nie budzą wątpliwości. A co z dziennikarzami, którzy giną wraz ze swoimi sąsiadami podczas bombardowania osiedla mieszkaniowego? Zabicie ich – jak wszystkich cywili – jest zbrodnią, ale czy jest też mediobójstwem? A co z zabójstwem dziennikarzy, którzy porzucili swoją pracę i aktywnie biorą udział w konfliktach?

Przywiązywanie się wyłącznie do zabójstw, w kontekście mediobójstwa, bywa pułapką: państwa i aktorzy niepaństwowi często przedstawiają takie zagadnienia zgodnie z logiką umniejszania znaczenia zabójstw, za które sami są odpowiedzialni.

Zgodnie z międzynarodowym prawem humanitarnym dziennikarze są chronieni jako cywile w konfliktach zbrojnych, nawet jeśli publikują propagandę. Są dwa warunki: nie mogą brać bezpośredniego udziału w działaniach wojennych ani nawoływać do zbrodni wojennych.

Ochrona ta znika tylko wtedy, gdy ich działalność staje się integralnie powiązana z prowadzeniem ataków lub wspieraniem zbrodni, na przykład poprzez instrukcje dla stron konfliktu. Jednak zdarza się, że stronniczość czy luźne powiązanie ze stroną konfliktu, stają się przesłanką dla przeciwnika do uzasadniania ataku na dziennikarza jako cel wojskowy.

Takie mechanizmy widzimy w trakcie wojen i ludobójstwa prowadzonych przez Izrael, który notorycznie przypisuje zabitym przez siebie dziennikarzom relacje z organizacjami terrorystycznymi. Z raportów opublikowanych między innymi przez „+972 Magazine” oraz „Local Call” wiemy o utworzeniu w izraelskim wywiadzie wojskowym AMAN zespołu o nazwie „Komórka Legitymizacji”, który zajmuje się zbieraniem (i jak mówi się od niedawna, także tworzeniem i fałszowaniem) materiałów, mających powiązać dziennikarzy w Libanie, Zachodnim Brzegu czy Gazie z organizacjami terrorystycznymi. Ma to pozwolić na traktowanie dziennikarza jako legalnego celu. W 2025 roku, podobnie jak w 2024, Izrael był odpowiedzialny za najwięcej ofiar wśród dziennikarzy – dwóch trzecich wszystkich, którzy zginęli.

I chociaż zabójstwo jest najbardziej widoczną formą mediobójstwa, często nie do końca wiemy, kto powinien być zaliczany do tej kategorii. Libańskie media do zabitych przez Izrael dziennikarzy wliczają też osoby, które zginęły w swoich domach, w wyniku masowych bombardowań, kiedy trudno jednoznacznie określić, czy ta śmierć była efektem ich pracy.

Z kolei media ukraińskie z uporem wliczają do grona zabitych dziennikarzy osoby, które faktycznie były wcześniej dziennikarzami (często szeroko rozumianymi, w tym na przykład pracowników marketingowych koncernów medialnych), ale wstąpiły do ZSU i zginęły na linii frontu. Ukraiński PEN Club odnotowuje na przykład osoby zabite podczas misji bojowych jako „straty sektora medialnego”. Sięga po narracje o zabijaniu dziennikarzy, chociaż dana osoba w momencie śmierci była pilotem drona i uczestnikiem działań wojennych, czyli legalnym celem, a nie dziennikarzem.

Rosjanie za dziennikarzy zabitych przez Ukraińców uznają osoby takie jak Maksim Fomin, znany szerzej jako Wladlen Tatarski czy Darja Dugina – propagandystów powiązanych bezpośrednio z władzą i mających udział w rządowych działaniach, takich jak farmy trolli czy sianie dezinformacji. I chociaż takie osoby można uznać za dziennikarzy łatwiej niż wcześniej opisanych ukraińskich żołnierzy, wciąż są to kontrowersyjne przypadki.

Mediobójstwo ustawowe

Równie mordercze dla wolności słowa może być wprowadzenie kneblującej usta ustawy, nałożenie wysokiej grzywny czy administracyjne prześladowanie pracowników. Obejmuje to też cenzurę – zarówno tę państwową, wprowadzoną jawnie, jak i cichą, często wdrażaną na poziomie redakcji czy koncernu gotowego zwolnić dziennikarza czy zablokować tekst pod wpływem presji ze strony osób publicznych lub prywatnych.

Mniej oczywistą, bo wychodzącą poza łatwo identyfikowalne formy przemocy państwowej czy korporacyjnej, ale spełniającą pewne przesłanki mediobójstwa, jest stosowanie SLAPP-ów, czyli pozwów (głównie o zniesławienie lub naruszenie dóbr osobistych). Najczęściej wytaczają je politycy, korporacje lub instytucje, w celu uciszenia krytyków i dziennikarzy.

Podobną funkcję pełni również celowe, przewlekłe utrudnianie dostępu do informacji publicznej. Każdy dziennikarz, który kiedykolwiek próbował dostać odpowiedź na niewygodne pytania od polskich formacji mundurowych czy ministerstw, zna tę rzeczywistość. Zwykle ma się kilka dni na opracowanie materiału, a instytucje najpierw tygodniami ignorują zapytanie, a następnie udzielają lakonicznej lub celowo rozwlekłej odpowiedzi, niezwiązanej z istotą sprawy.

Globalne zjawisko

Mediobójstwo jest globalnym problemem i to, że tak niewiele o nim słyszymy, świadczy o tym, jak skutecznie przebiega ten proces. Gruzja czy Azerbejdżan to państwa, w których procesy ograniczania wolności mediów przez masowe aresztowania, grzywny czy nawet przemoc fizyczną, osiągają nowe rekordy. W 2025 roku Gruzja spadła na 114. miejsce w obejmującym 180 państw Światowym Indeksie Wolności Prasy (zaledwie cztery lata wcześniej zajmowała miejsce 60). Azerbejdżan zajmuje miejsce 167.

Z kolei bardziej oddalone kulturowo miejsca, takie jak Mjanma, Meksyk czy Erytrea, mogą z kolei zaskoczyć nie tylko skalą, ale też formą mediobójstwa. W Meksyku, tak jak w wielu innych państwach Ameryki Południowej i Łacińskiej, przemoc wobec dziennikarzy stosują nie tylko władze państwowe, ale i zorganizowane grupy przestępcze: kartele czy bojówki polityczne.

W Erytrei niezależne media od lat po prostu nie istnieją. Przepływu informacji z i do kraju, poza rządowymi kanałami propagandowymi, nie ma. Dziennikarze są tam przetrzymywani w więzieniach, bez kontaktu z rodziną czy prawnikiem, przez lata.

W Mjanmie, po puczu z 2021 roku i obaleniu demokratycznego rządu, wojsko (Tatmadaw) unieważniło licencje wielu niezależnych redakcji, zmusiło je do działalności w podziemiu lub na wygnaniu. Pracownicy mediów są tam oskarżani o „szerzenie strachu” lub „podżeganie”, aresztowani i skazywani na długoletnie więzienie.

Proces, o którym mówimy, jest globalny. I to także nasz problem.

Dlaczego to ważne?

Dzięki niezależnym dziennikarzom wiemy o tym, co działo się na wyspie Epsteina, o naruszeniach prawa na granicy polsko-białoruskiej, o horrorze dziejącym się w Gazie. O tym wszystkim wiedzieli krajowi i globalni decydenci – w mniejszym lub większym stopniu – zanim przeczytaliśmy o tym w gazetach. Mieli oni bowiem dostęp do raportów instytucji państwowych, danych niejawnych, współpracy wywiadowczej. Zwykle nie podejmowali działań, dopóki opinia publiczna się o nich nie dowiedziała, a wzburzenie odbiorców przekroczyło krytyczny próg.

Media są potrzebne zwykłym ludziom, takim jak ja czy ty – Czytelniku – aby dowiedzieć się, że coś miało miejsce lub zrozumieć konsekwencje i powiązania między wydarzeniami. Bez tej wiedzy nie jesteśmy w stanie podejmować logicznych decyzji, głosować, a nawet planować wakacji. Dlatego ataki przeciwko mediom nie są atakami wymierzonymi w „zepsute elity”, ale zbrodniami przeciwko istocie demokracji i obywatelom.

Koncerny medialne i redakcje mogą być w tym procesie zarówno ofiarami, jak i współsprawcami. Wiele redakcji na świecie i w Polsce represjonowało swoich pracowników za pisanie i mówienie o ludobójstwie w Gazie w pierwszych dwóch latach masakry. Teraz te same media – zgodnie z tytułem książki Omara El Akkada – udają, że „od zawsze były przeciwko”. Kariery, często budowane latami, zostały złamane, a konkretne osoby, pisząc prawdę, zapłaciły realną cenę w swoim życiu zawodowym, osobistym czy ekonomicznym.

Przykładem z „polskiego podwórka” może być niedawne nagłośnienie przez Piotra Czabana sprawy brutalnie pobitego przez funkcjonariusza Straży Granicznej Afgańczyka. W tym wypadku duże media celowo ignorowały sprawę (wraz z instytucjami publicznymi), mimo posiadanych dowodów. Tylko dzięki determinacji Czabana o wydarzeniu dowiedziała się opinia publiczna.

Oczy społeczeństwa

Zagrożeni przemocą i represjami są przede wszystkim korespondenci wojenni, piszący bezpośrednio z miejsca zagrożenia, dziennikarze śledczy ujawniający nieprawidłowości potężnych ludzi i instytucji oraz freelancerzy, którzy działają na własny rachunek, często bez wsparcia redakcji. Mimo wciąż powracającego w prawicowych narracjach utożsamienia dziennikarzy z systemem „zepsutych elit”, to dzięki ich pracy mamy możliwość dowiedzenia się, że publiczne instytucje łamią prawo, że wciąż mamy do czynienia z ludobójstwem, że zbliża się kryzys ekonomiczny, a nawet, że wakacje w Dubaju to nienajlepszy pomysł.

Etyczni i profesjonalni dziennikarze pełnią rolę oczu społeczeństwa. Bez tych oczu hasła takie jak Erytrea, Bucza, Epstein byłyby dla większości czytelników nadal jedynie zbitką nic nieznaczących głosek.