Któż nie chciałby uczcić swych 50. urodzin wielopiętrowym tortem, udekorowanym ogromnym, złotym stryczkiem? No dobrze – może nie wszyscy podzielają cukierniczy gust Itamara Ben Gvira, izraelskiego ministra bezpieczeństwa narodowego, ale on sam był szczerze tortem zachwycony. O czym świadczą zdjęcia z przyjęcia urodzinowego.

Stryczek to aluzja do ustawy, jaką mała faszystowska partyjka Ben Gvira przepchnęła przez Kneset, szantażując resztą rządowej koalicji, która bez głosów faszystów straciłaby większość. Nakłada ona obowiązek orzeczenia kary śmierci (wykonanej w historii Izraela jedynie dwukrotnie) w przypadku mordów popełnionych „z zamiarem zaprzeczenia istnienia Państwa Izraela” – a więc praktycznie, i intencjonalnie, jedynie wobec palestyńskich, ale już nie żydowskich terrorystów. Ben Gvir słusznie uważa, że bez niego ta barbarzyńska ustawa by nie przeszła.

Żydowski terror jest bezkarny

Minister jest więc zadowolony, a stryczek też może mieć niebawem powody do satysfakcji, gdy z tortu powędruje wprost na szubienicę. Ustawa stryczkowa może jeszcze zostać uznana przez Sąd Najwyższy za niekonstytucyjną i odrzucona. Gdyby jednak doszło do nowej fali palestyńskiego terroryzmu, to presja społeczna na jej zastosowanie byłaby zapewne nieodparta.

Tymczasem generał Avi Bluth, szef Dowództwa Centrum armii izraelskiej, odpowiedzialnego za Zachodni Brzeg, powiedział niedawno na zamkniętym spotkaniu, że „to prawie cud, iż Palestyńczycy są nadal obojętni” na „żydowski terror”, którego doświadczają – ale ostrzegł, że „nie pozostaną obojętni w nieskończoność”. Jego słowa przytoczył izraelski liberalny dziennik „Haaretz”, a Bluth nie zdementował tego doniesienia. Przed żydowskim terrorem przestrzegał też jego poprzednik, generał Jehuda Foks, który usiłował powstrzymać jego sprawców. Przestrzegają również byli wysocy urzędnicy, jak były dyrektor Mossadu Tamir Pardo.

Żydowski terror przeciw Palestyńczykom, częściowo w odpowiedzi na terror palestyński, nasila się wyraźnie w ostatnich latach. Podczas gdy siłom izraelskim udało się palestyński terror brutalnie stłumić, żydowski trwa w najlepsze, a raczej najgorsze. Od wybuchu wojny w Gazie jest całkowicie bezkarny.

Potwierdził to generał Bluth, mówiąc, że „ze względu na konsekwencje społeczne” wydał instrukcję, by nie strzelać do Żydów dopuszczających się przemocy, podczas gdy popełniającym podobne czyny Palestyńczykom należy strzelać w nogi.

Tyczy się to nawet sprawców naruszeń niskiego rzędu, jak prób nielegalnego przejścia z Zachodniego Brzegu do Izraela za pracą. „Tysiące «kulejących pomników» w wioskach palestyńskich” – ofiar tych praktyk – pełnią jego zdaniem funkcję odstraszającą.

„Lepsza kula w nogę niż w głowę”

Zdaniem generała, główna przyczyną tego, że Palestyńczycy nie zareagowali nową intifadą na „1500 Palestyńczyków zabitych [na Zachodnim Brzegu] w ciągu trzech lat”, jest to, że „96 procent [spośród zabitych] zaangażowanych było w terror”, a „70 procent [zginęło] z bronią w ręku”. Te dane wydają się równie wiarygodne, jak dane Hamasu z Gazy, gdzie wśród ofiar nie ma z kolei żadnych terrorystów.

Ale Bluth przekonuje, że jak się nie jest terrorystą, to się ryzykuje jedynie kulę w nogę, ale nie w głowę – a więc warto nie ryzykować zbrojnego oporu. Tymczasem pogromowe bandy napadają na palestyńskie wsie, palą samochody i domy, porywają bądź zarzynają zwierzęta, biją ludzi, a czasem ich zabijają. Tylko w tym roku osadnicy zabili już ośmiu Palestyńczyków; w poprzednim – trzynastu. Za te czyny nikt, jak dotąd, nie stanął przed sądem.

Zapewne ze względu na „konsekwencje społeczne” – czyli możliwy bunt osadników, wspieranych przez sojuszników w rodzaju ministra bezpieczeństwa narodowego. Bluth uważa to za błąd – i chętnie objąłby żydowskich terrorystów nakazami internowania, które od czasu objęcia stanowiska przez Ben Gvira stosuje się tylko wobec Palestyńczyków. Ostrzega, że w końcu Palestyńczycy na przemoc odpowiedzą przemocą.

Opór zostanie utopiony we krwi

Izraelskie represje wobec Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu zaczynają przypominać tureckie zdławienie kurdyjskiego powstania dziesięć lat temu, acz skala przemocy była w tamtym przypadku nieporównanie większa. W obu przypadkach jednak odpowiedzią na terror mniejszości była nie tylko państwowa przemoc, lecz i bezkarny terror ze strony większości.

Palestyński terror na Zachodnim Brzegu nie stanowił jednak zagrożenia porównywalnego do kurdyjskiego, a brutalne represje sterroryzowały palestyński opór, który ogranicza się obecnie, bardzo świadomie, tylko do form biernych i pokojowych. Palestyńczyków wspierają w tym stosunkowo nieliczni, ale zdeterminowani izraelscy obrońcy praw człowieka, od rabinów po kibucników. Wszyscy mają świadomość, że próba zbrojnego oporu przed terrorem utopiona by została we krwi – ale nie stanowi to żadnej gwarancji przed jej podjęciem.

Powodem może być dowolny kolejny bezkarny atak, wielokrotnie w przeszłości cierpiany w milczeniu, który niespodziewanie wywołać może odwet. A jeśli odwet taki, prawdopodobne, ugodziłby w cywilnych osadników – w końcu to spośród nich pochodzą bezpośredni sprawcy przemocy – a nie w wojsko, to jedną ze „społecznych konsekwencji” byłoby zastosowanie ustawy stryczkowej.

Cel jest jasny – usunięcie Palestyńczyków z większości Zachodniego Brzegu

Generał Bluth, w swym potępieniu terroru osadników, zachowuje się racjonalnie. Kieruje się wprawdzie nie jakąkolwiek sympatią dla palestyńskich ofiar tego terroru, lecz pragnieniem zachowania państwowego monopolu na przemoc. Kłopot w tym, że żydowscy terroryści będą twierdzili, że też reprezentują państwo. Jeśli nawet nie to, które jest, to to, które będzie, a przynajmniej być powinno. Państwo tylko dla Żydów, o czym Ben Gvir i jego kolega z rządu, Becalel Smotrycz, mówią wprost. Państwo, w którym Zachodni Brzeg stanie się integralną częścią Izraela, a jego palestyńskich mieszkańców zachęcać się będzie do emigracji.

Większość antypalestyńskich pogromów ma miejsce na obszarze C, stanowiącym 61 procent Zachodniego Brzegu, gdzie mieszka większość osadników, i gdzie Izrael sprawuje, na mocy porozumień z Oslo, pełnię władzy cywilnej i wojskowej. Mają one, jak się wydaje, na celu wypędzenie palestyńskich mieszkańców obszaru – od 5 do 10 procent całej ludności Zachodniego Brzegu – na kontrolowane przez władze Autonomii Palestyńskiej obszary A i B. Oznaczałoby to zamknięcie Palestyńczyków w „bantustanach”.

Nie ma bezpośrednich dowodów na taki zamiar, któremu Jerozolima zawsze zaprzeczała, ale wyraźne poparcie, jakim cieszy się żydowski terror ze strony władz państwowych trudno inaczej wytłumaczyć.

Smotrycz zapewnia, że celem jego polityki jest „zabicie możliwości powstania państwa palestyńskiego”. Usunięcie Palestyńczyków z większości Zachodniego Brzegu to jedyny wyobrażalny sposób realizacji tego celu.

Koniec demokracji?

Cena polityczna, jaką Izrael płaci za tolerowanie terroru osadników, w tym zagraniczne sankcje na najbrutalniejszych z nich, stałaby się w tej perspektywie opłacalna.

Rzecz jasna zagraniczne potępienie nie jest najważniejszą ceną, jaką Izraelowi przyszłoby za realizację takiego projektu zapłacić – choć oczywiście to Palestyńczycy byliby jego ofiarami. Projektu takiego nie dałoby się przecież zrealizować w warunkach demokratycznego państwa prawa. Dlatego Ben Gvir i Smotrycz, ale także ich koalicyjni sojusznicy z Likudu, systematycznie podważają je i niszczą.

Taki Izrael, który mógłby zrealizować zamiar wypędzenia Palestyńczyków z większości Zachodniego Brzegu, musiałby się też rozprawić z częścią własnego społeczeństwa, która temu projektowi stawia opór. Jego realizacja wymagałaby przekształcenia Izraela z państwa żydowskiego i demokratycznego, jakim jest obecne, w autorytarne państwo tych jedynie Żydów, którzy taki projekt akceptują.

Monopol na przemoc ma prawo, a nie państwo

Sondaże przed przewidzianymi na 27 października wyborami wróżą klęskę obecnej koalicji, ale nie ma żadnych gwarancji, że nowy rząd zerwie z polityką tolerowania bezprawia. I nie ma też pewności, że – gdyby żydowski terror sprowokował w końcu palestyński zbrojny opór – rezultat wyborów nie byłby inny. Mimo to w szeregach koalicji narasta zrozumiała panika. Smotrycz stwierdził, że rząd z udziałem partii arabskiej – a bez głosów arabskich posłów w Knesecie koalicji przeciwników Netanjahu zapewne zabraknie głosów – byłby „tysiąckrotnie gorszy” od rzezi z 7 października.

Podstawowy problem polityczny współczesnego Izraela polega na tym, że nie wystarczy, jak chciałby generał Bluth, przywrócić monopolu państwa na przemoc. Monopol ten bowiem, w warunkach praworządności, przysługuje nie państwo, a prawu.

Jeżeli państwo może arbitralnie, jak na Zachodnim Brzegu, decydować, których terrorystów ścigać, a których chronić, oznacza to, że prawo obowiązuje jedynie o tyle, o ile państwo chce, by obowiązywało. Nieuchronną tego konsekwencja jest to, że funkcjonariusze państwa, w tym wojskowi i policjanci, zaczną sami sobie przyznawać takie same prerogatywy. Widać to na przykładzie zbrodni wojennych, do jakich dochodziło podczas wojny w Gazie.

Nie wydaje się, żeby były one pożądane przez dowódców i ich cywilnych zwierzchników, choćby ze względu na nieuchronne i przewidywalne koszty polityczne, jakie za sobą pociągały. Ale państwo też nie zamierzało karać ich sprawców: z 78 postepowań z podejrzenia o zbrodnie wojenne, wszczętych podczas tej wojny przez prokuraturę wojskową, żadne nie doczekało się finału na sali sądowej. Państwo, które łamie prawo na Zachodnim Brzegu, nie może karać swych funkcjonariuszy za to, że robią to samo w Gazie – czy w Libanie.

Faszystom należy wierzyć na słowo

Zniszczenie figury Jezusa w libańskim kościele przez izraelskiego żołnierza było absolutnie sprzeczne z wszystkimi celami i wartościami polityki państwa; jego potępienie przez rząd było jak najbardziej szczere.

Ale sprawca kierował się zasadą, że o tym, co wolno, a co nie, decyduję ja – bo mogę, gdyż mam broń, i kto mi zabroni? Ta zasada zaś jest fundamentem polityki rządu izraelskiego na Zachodnim Brzegu.

Zapytany, co by zrobił z palestyńskim dzieciakiem, który rzuca kamieniami, Smotrycz powiedział: „Albo bym go zastrzelił, albo bym go uwięził, albo bym go wygnał”. W odpowiedzi na sprzeciw prezesa Sądu Najwyższego Icchaka Amita, przeciwko rządowym zamachom na praworządność, Smotrycz oznajmił, że Amita „należy rozdeptać”. Faszystom należy wierzyć na słowo: z reguły realizują to, co zapowiadają.

Lekceważenie deklaracji Hamasu o konieczności likwidacji Izraela kosztowało państwo żydowskie największą rzeź Żydów od Zagłady. Plany Smotrycza i Ben Gvira stanowią dlań zagrożenie niemniejsze.