Szanowni Państwo!
Przez ostatni tydzień Polacy w napięciu śledzili kolejne wypowiedzi najważniejszych polityków w Stanach Zjednoczonych dotyczące obecności amerykańskich wojsk w Polsce.
Zaczęło się od tego, iż żołnierzy miało być o 4 tysiące mniej niż do tej pory – a ostatecznie Donald Trump zapowiedział, że będzie ich o 5 tysięcy więcej. Nie podał szczegółów, więc nie wiadomo, co te 5 tysięcy oznacza. Czy że w ramach rotacji, która miała zostać wstrzymana, przyjedzie jednak 5 tysięcy żołnierzy, zamiast planowanych 4 tysięcy. Czy może ma to być o 5 tysięcy więcej, niż było do tej pory. Amerykański prezydent nie napisał też w mediach społecznościowych, poprzez które poinformował o swojej decyzji, kiedy i jacy amerykańscy żołnierze przyjadą do Polski. Ale napisał, że robi to, bo ma dobre relacje z polskim prezydentem, Karolem Nawrockim (o tym, co oznaczałoby ograniczenie obecności wojsk amerykańskich w Europie, Jakub Bodziony rozmawia z analitykiem Markiem Magierowskim w naszym podkaście).
Nawrocki, po utracie władzy przez węgierskiego premiera Viktora Orbána, jest jednym z ważniejszych europejskich polityków bezwarunkowo popierających Trumpa i opierających na Ameryce kwestię bezpieczeństwa swojego kraju – niechętnie jednocześnie szukając innych możliwości. Jest też głową państwa reprezentującą politycznie bliski Trumpowi obóz prawicowych populistów.
Raz zepsute, to zepsute
Nawrocki jako prezydent jest strażnikiem zmian, które w Polsce podczas ośmiu lat swoich rządów wprowadziło Prawo i Sprawiedliwość.
Zmian bardzo trudnych do odwrócenia, a być może nawet w niektórych sprawach już niemożliwych.
Trwale zmieniła się też kultura polityczna, w efekcie czego populizm stał się także udziałem strony liberalnej.
Premier Węgier Péter Magyar, który w ubiegłym tygodniu był w Polsce ze swoją pierwszą wizytą zagraniczną, również ma do czynienia z podobnym mechanizmem co polski premier Donald Tusk. Na Węgrzech zaszły tak wielkie zmiany, także w kulturze politycznej i przez zadomowienie się populizmu, że musi brać to pod uwagę w swojej polityce.
Raz zepsutego państwa nie sposób naprawić, po prostu cofając szkodliwe decyzje.
Jest to proces społeczny, w którym destrukcji ulega także to, co składa się na bycie obywatelem. Zmieniają się oczekiwania społeczne, akceptowalne zachowania polityków, przesuwają się granice tego, co dopuszczalne, skoro ktoś już to zrobił i nie poniósł konsekwencji.
Kolejne granice Trumpa
Ameryka Trumpa jest zupełnie inną Ameryką niż ta, którą znamy z ostatnich dziesięcioleci, nawet jeśli rządzili nią republikanie. To Ameryka z naruszonymi fundamentalnymi zasadami. Prezydent jawnie wykorzystuje swoją publiczną funkcję do zupełnie prywatnego bogacenia się. Przestępstwa obyczajowe najgrubszego kalibru nie zamknęły mu drogi do urzędu. Nadużywa władzy i konsoliduje ją, za nic mając demokratyczne reguły. Prowadzi przemocową i nieodpowiedzialną politykę wobec partnerów i sojuszników – czym wywołuje globalne konsekwencje. I, co najważniejsze z punktu widzenia Europy, wycofuje się z roli strażnika ładu, który od dekad daje Europie bezpieczeństwo i warunkuje jej rozwój.
Konsekwencje poniosą inni. Trump i tak już po raz kolejny nie zostanie prezydentem, ale dziś wciąż nim jest – i nie dzieje mu się nic złego, kiedy przekracza kolejne granice. Najgorsze jednak jest to, że – jak przewiduje amerykański historyk idei, profesor nauk humanistycznych na Uniwersytecie Columbia, Mark Lilla – zmiany, do których doprowadził, nie zostaną po prostu naprawione, gdy republikanie stracą władzę.
To jeden z wątków rozmowy Marka Lilli i Jarosława Kuisza, którą publikujemy w nowym numerze „Kultury Liberalnej”. „Głębszą kwestią jest zmiana kultury politycznej kraju, gniew, postawy antyelitarne. Zepsuło się znaczenie tego, co znaczy być obywatelem. A to nie jest coś, co można od razu zmienić” – mówi Lilla. „Zniknęło poczucie przyzwoitości, oczekiwanie uczciwej gry. Może będę mile zaskoczony, kiedy to wróci. Ale takie rzeczy nie goją się tak lekko. Nie da się tego tak łatwo wyleczyć, to nie zmiana czegoś w administracji”.
Przekonuje też, że Ameryka, do jakiej przyzwyczailiśmy się w ostatnich dekadach, wcale nie musi taka być. „Istnieją długie tradycje populizmu, demagogii, rasizmu, które wciąż krążą w amerykańskiej polityce. I Trump ostatecznie staje się medium, poprzez które one się wyrażają, ale sam nie wyznaje tych idei. Nie ma żadnych przekonań na żaden temat. Nie ma też żadnych wyobrażeń na temat przyszłości, poza najbliższym weekendem”.
Mark Lilla nie ma dla nas dobrych wieści, ale ma je kalendarz. Dziś jest Dzień Matki, a w najbliższy poniedziałek – gdy obecny numer będzie jeszcze aktualny – Dzień Dziecka. W związku z tym w dziale „KL dzieciom” publikujemy minirecenzje zestawu książek na zaczytany Dzień Dziecka. „Chyba nikogo nie trzeba już przekonywać, jak wiele dobrego może zdziałać obecność książek w życiu dzieci. Czytajmy im więc i podsuwajmy wartościowe, piękne książki, które będą jednocześnie znakomitą rozrywką i źródłem wiedzy. W tym zestawieniu znajdziecie kilka naszych podpowiedzi” – pisze Paulina Zaborek.
Mark Lilla przekonuje, że gdyby społeczeństwo amerykańskie było lepiej wykształcone, trudniej byłby w nim o sukces trupizmowi. Czytajmy więc dzieciom! Żeby w przyszłości oczekiwały od swoich przedstawicieli w państwie więcej, niż oferują populiści.
Życzę dobrej lektury,
Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, zastępczyni redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”