Wilk stoi za szybą.
Nie rusza się. Nie oddycha. Nie mruga. Oczy ma szeroko otwarte. Został ustawiony na sztucznym mchu. W tle jest wydrukowany las: trochę zbyt zielony, zbyt równy, zbyt spokojny. Taki, w którym nic naprawdę złego nie może się wydarzyć.
Na tabliczce w Muzeum Ziemi Wieluńskiej przeczytamy: „Wilki. Zwierzęta przeklęte”.
– Ładny – mówi chłopiec.
– Groźny – odpowiada jego ojciec.
Pod ścianą stoi starsza kobieta w jasnym płaszczu i czyta planszę półgłosem.
– Całe życie myślałam, że wilk to po prostu zło – mówi do nikogo konkretnego. – Taki z bajek.
– Bo z bajek się go bierze – odzywa się ktoś z tyłu.
– A z czego brać?
Po lewej stronie dzieci robią maski. Filcowe wilki z dużymi oczami i przyklejanymi zębami.
– Zrób większe – mówi chłopiec do dziewczynki. – Będzie straszniejszy.
– A ja nie chcę strasznego.
– Ale wilk ma być straszny.
– Nie musi.
Nauczycielka nie rozstrzyga sporu. Spór jest starszy od tej wystawy, od muzeum, a nawet od samego Wielunia. Spór o to, czy wilk ma być tym, czym jest, czy tym, czym potrzebujemy, żeby był.
Wilk wrócił
Jeszcze trzydzieści lat temu był w Polsce zwierzęciem niemal nieobecnym. Po dekadach tępienia przetrwał głównie w Karpatach i na wschodzie kraju. W 2001 roku jego liczebność szacowano na około 500 osobników. Po objęciu gatunku ścisłą ochroną populacja zaczęła się odbudowywać. Dziś szacunki są różne: od około dwóch tysięcy osobników według części oficjalnych danych do ponad czterech tysięcy według niektórych opracowań naukowych. Według Stowarzyszenia dla Natury „Wilk” jedyną instytucją ustawowo odpowiedzialną za prowadzenie Państwowego Monitoringu Środowiska, w tym monitoringu gatunków chronionych, jest Główny Inspektorat Ochrony Środowiska (GIOŚ). To właśnie GIOŚ dysponuje środkami finansowymi i narzędziami przeznaczonymi do prowadzenia takich badań oraz przygotowywania danych wykorzystywanych między innymi w raportach dla Komisji Europejskiej. Stowarzyszenie zwraca uwagę, że szacowanie liczebności dużych drapieżników, takich jak wilki, rysie czy niedźwiedzie, jest zadaniem wyjątkowo trudnym. Ze względu na ich skryty tryb życia pełne inwentaryzacje realizowane są co kilka lat, a nie corocznie.
Jedno nie budzi sporu: wilków jest znacznie więcej niż pod koniec XX wieku i pojawiają się w miejscach, z których dawno zniknęły.
Powrót wilka uznawany jest przez wielu biologów za jeden z największych sukcesów ochrony przyrody w Polsce. Ale ten sam proces wywołuje coraz większe napięcia.
Hodowcy mówią o szkodach w stadach. Myśliwi o konkurencji dla zwierzyny łownej. Samorządowcy dostają kolejne zgłoszenia od mieszkańców, którzy są przekonani, że widzieli wilka pod domem. Tylko w ostatnich latach wilki zaczęły regularnie pojawiać się w miejscach, w których przez dekady ich nie było. Fotopułapki rejestrują je na Dolnym Śląsku, Pomorzu czy w zachodniej Polsce. W mediach lokalnych co kilka miesięcy wracają nagrania zwierząt przebiegających przez drogi albo pojawiających się na obrzeżach miejscowości.
W tym samym czasie Europa zaczęła debatować nad osłabieniem ochrony wilka. W grudniu 2024 roku państwa, które przyjęły Konwencję berneńską zgodziły się zmienić status wilka ze „ściśle chronionego” do „chronionego”. We wrześniu 2024 roku rząd Donalda Tuska również poparł tę unijną propozycję. Organizacje zajmujące się ochroną przyrody przypominały, że odbudowa populacji wilka jest jednym z największych sukcesów ochrony gatunkowej w Europie. A planowane zmiany nie wynikają z przełomowych nowych badań naukowych, lecz przede wszystkim z presji politycznej związanej z konfliktami wokół dużych drapieżników.
Z czego robi się wilka
Jeśli chcesz zobaczyć wilka, jedź na Podkarpacie. Na spotkaniu zorganizowanym dla mieszkańców regionu, w sali wiejskiego domu kultury siedzą: rolnicy, nauczyciele, emeryci i ludzie, którzy po prostu chcą wiedzieć, co dzieje się w okolicznych lasach. Spotkanie prowadzi dr hab. Robert Mysłajek, biolog z Uniwersytetu Warszawskiego, od lat badający duże drapieżniki i współzałożyciel Stowarzyszenia dla Natury „Wilk”. To właśnie z nim przyjechałam porozmawiać o zwierzęciu, które od kilku lat wraca do tej części Polski.
W sali są ludzie ze wsi i z miast – ci, którzy pamiętają wilka z opowieści rodzinnych i ci, którzy znają go z tekstów kultury. Mysłajek opowiada o zwierzęciu, które ma rodzinę, pamięć, umie postępować strategicznie, ma ulubione ścieżki, a czasem nawet coś, co człowiek najchętniej nazwałby charakterem.
– Wilki żyją w rodzinach – mówi spokojnie.
Ktoś z sali pyta:
– A czy są niebezpieczne?
– Dla człowieka? W praktyce bardzo rzadko.
Jednak w polskiej kulturze wilk nie jest po prostu zwierzęciem. Jest figurą.
W baśniach pożerał babcie, w religijnych wyobrażeniach stał po stronie mroku, w opowieściach ludowych bywał karą, próbą albo znakiem, że las ma własny porządek, który nie podlega gminnej uchwale. A jednocześnie ten sam wilk trafiał do wierszy, legend i pieśni, w których nie tyle zagrażał światu, ile pilnował jego granic. Nawet tutaj był dwoisty: raz zły, raz sprawiedliwy, raz przeklęty, raz niemal święty. Ale zawsze silny i tajemniczy.
W opowieści Mysłajka jest miejsce i na stare zdjęcie dziewczyny trzymającej wilcze szczenię i na współczesną biologię, która tłumaczy, że wilk nigdy nie chciał być psem, chociaż człowiek nieraz próbował go oswoić.
Uderza mnie zdanie, że wilki mają osobowości. Jedne są odważniejsze, inne bardziej nieśmiałe. Jedne sprawniej polują grupowo, inne szukają własnych sposobów przetrwania. Mają ulubione ścieżki, zwyczaje, własny rytm. Pamiętają miejsca, w których było bezpiecznie i miejsca, w których pachniało człowiekiem. To po prostu żywe zwierzę, które nie mieści się w naszych potrzebach narracyjnych.
Granica cienka jak pajęczyna
Kilka miesięcy później jadę do Broumova w Czechach. Ludzie wiedzą, że przebiega tu granica między państwami, ale wilk – nie. On wie, że jest las, dół, droga, łąka, zapach sarny, cień człowieka. I miejsce, przez które trzeba przejść nocą, żeby nie wejść w światło.
W Broumovie wilczy powrót można obserwować niemal na żywo. Pogranicze polsko-czeskie stało się w ostatnich latach korytarzem, którym zwierzęta wracające z Karpat i innych ostoi zasiedlają dawne tereny. To tutaj naukowcy monitorują jedne z najlepiej poznanych transgranicznych grup wilczych w Europie Środkowej. To tu spotykam się też z Miro Kutalą – biologiem z Uniwersytetu Mendla w Brnie, doradcą naukowym Friends of the Earth. Kiedy przychodzę, klęczy przy drzewie i sprawdza fotopułapkę.
– Ludzie ciągle mnie pytają, dlaczego nie boję się wilków, a ja pytam, dlaczego nie boją się samochodów.
Miro opowiada, że zainteresował się wilkami na studiach. Mógł robić doktorat w lepiej opisanej dziedzinie, miał zajmować się zwierzętami hodowlanymi, ale wybrał inny temat.
– Zwierzętami hodowlanymi zajmowało się wtedy mnóstwo ludzi. A wilki zaczynały wracać. Temat był ważny i o wiele słabiej rozpoznany.
Na początku jeździł na Słowację, w Karpaty, gdzie uczył się tropić. Kiedy później wilki pojawiły się po czeskiej stronie, był już do tego przygotowany.
W regionie broumovskim żyją dziś trzy rodziny wilków. Badacze czescy wspólnie z polskimi szacują, że zimą przebywa tu około trzydziestu wilków. To więcej niż w poprzednich latach, ale głównie dlatego, że ubiegłe lato przyniosło udany rozród na wszystkich trzech terytoriach.
– Na każdym terytorium jest teraz co najmniej osiem, dziewięć wilków – mówi Kutala. – Dwadzieścia siedem to minimum, trzydzieści jest realne. Ale nie sądzę, żeby ta liczba miała nagle eksplodować. Wilki są bardzo terytorialne. Trzymają przestrzeń i nie wpuszczają obcych.
Człowiek boi się, że wilki „zaleją” las, pola, kraj. A one skutecznie pilnują własnych granic.
– Najciekawsze jest to, jak bardzo ich struktura przypomina ludzką. Niektóre młode odchodzą wcześniej, inne zostają dłużej. Zależy to od charakteru, miejsca, jedzenia. Dokładnie jak u ludzi.
Przy drugiej kamerze przeglądamy nocne zdjęcia. Wilki pojawiają się o czwartej nad ranem. Szare, smukłe.
– Widzisz? Chodzą tędy często. To ich ulubiona ścieżka.
Najbardziej zaskakujące w tej scenie nie jest to, że wilki są. Tylko to, że człowiek nie jest zwykle tego świadomy. Wilki są obecne, tylko ich nie widać. Idą wtedy, gdy śpimy. Mijają wsie, miasteczka, skraje pól. A potem rano w internecie pojawia się filmik, na którym wilk przebiega przez drogę. I nagłówek sugerujący oblężenie.
Miro mówi, że prawdopodobieństwo spotkania wilka jest naprawdę małe.
Chociaż je tropi, widział je kilka razy, zawsze przypadkiem i z daleka. Krótkie chwile: cień, ruch, zniknięcie.
I dodaje, że wyjątki pojawiają się wtedy, gdy człowiek popsuje naturalny porządek: dokarmia, zostawia łatwy pokarm, przyzwyczaja zwierzę do swojej obecności.
– Wtedy kończy się źle – mówi. – Prawie zawsze dla wilka.
To kolejny paradoks. Wilk, którego człowiek oskarża o utratę naturalnego dystansu, zwykle traci go właśnie przez człowieka.
Normalnie
Po polskiej stronie w kawiarni w Kudowie-Zdroju o podobnych kwestiach opowiada dr Jadwiga Jakubiec z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu, która od lat zajmuje się monitoringiem wilków na Dolnym Śląsku.
– Mieszkańcy zgłaszają, że widzieli wilki, ale większość z nich, po weryfikacji, okazuje się błędna albo niejednoznaczna – mówi. – Często chodzi o duże psy albo źle zinterpretowane tropy.
Jej opowieść ma inną temperaturę niż internetowy alarm. Monitoring po polskiej stronie to fotopułapki, badania genetyczne, kontrole terenowe, telemetria GPS, ślady żerowania, miejsca znakowania, współpraca transgraniczna.
– Wilk wykazuje wyraźną skłonność do unikania człowieka – dodaje.
Opowiada, co wynika z badań: na terenach o silnej antropopresji wilki przesuwają aktywność na noc, utrzymują dystans od osad ludzkich i unikają człowieka, który jest dla nich realnym zagrożeniem. Człowiek natomiast zwykle postrzega wilka nie przez własne doświadczenie, tylko przez obrazy, opowieści i kulturowe klisze.
Mówiąc prościej: wilk ma powody, żeby bać się człowieka. A człowiek myśli, że powinien bać się wilka.
Kilka stolików dalej kobieta pokazuje w telefonie zdjęcie.
– Tu. Widzisz? Przy drodze.
– I co zrobił? – pyta jej znajoma.
– Nic. Przebiegł.
– No widzisz. A już pisali, że podchodzą pod domy.
Strach dobrze się sprzedaje
W ostatnich latach podobne alarmy powracają regularnie. Ktoś publikuje zdjęcie dużego psa i podpisuje je: wilk. W innym miejscu pojawia się informacja o rzekomym ataku wilka na człowieka, która po kilku dniach okazuje się znacznie bardziej skomplikowana niż pierwszy nagłówek.
Kilka tygodni wcześniej, we Wrocławiu, rozmawiam z dr Robertem Maślakiem, zoologiem, adiunktem na Wydziale Nauk Biologicznych Uniwersytetu Wrocławskiego.
– Wilk to idealny obiekt do instrumentalizacji – mówi Maślak. – Bo wywołuje strach. W wilku siedzą wszystkie stare opowieści: Czerwony Kapturek, wilkołaki, demoniczny las, zagrożenie dla dzieci, samotna droga do domu. Wystarczy to lekko potrącić, a współczesna polityka robi resztę. Można na tym budować podział „miasto kontra wieś”, opowieść o tym, że „miastowi chcą chronić, bo nie mają problemu”, a „wieś wie lepiej”.
Można użyć wilka jako dowodu na oderwanie elit od rzeczywistości.
Można nim wywołać klikalny strach albo bardzo wygodnie przykryć własny brak pomysłu na realną politykę współistnienia.
– Fakty działają głównie na rozum – podsumowuje Maślak. – A strach na ciało.
W styczniu 2025 roku media lokalne i media społecznościowe obiegła historia spod Pobiedzisk. Według pierwszych relacji wilk miał wejść na prywatną posesję i porwać niewielkiego psa. Sprawa szybko zaczęła żyć własnym życiem. Myśliwi ostrzegali mieszkańców przed obecnością wilków, pojawiły się nagrania i alarmujące komentarze. Jednak część mieszkańców kwestionowała przebieg zdarzenia, zwracając uwagę, że psy z tej okolicy często biegały samopas po pobliskich zagajnikach, gdzie wilki występowały od lat. Jeszcze zanim pojawiły się szczegółowe ustalenia, strach zdążył już wykonać swoją pracę.
A jak mi zagryzie owcę?
Dla wielu hodowców spór o wilki zaczyna się dużo wcześniej niż w mediach społecznościowych, gabinetach polityków czy organizacjach ekologicznych. Zaczyna się rano przy ogrodzeniu, kiedy trzeba policzyć zwierzęta. Dla rolnika wilk nie jest symbolem ani elementem kulturowej debaty. Jest kolejnym ryzykiem związanym z prowadzeniem gospodarstwa.
Na Podkarpaciu i w innych regionach, gdzie wilków jest najwięcej, regularnie dochodzi do szkód w stadach. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Rzeszowie informowała, że w 2024 roku odnotowano ponad 190 szkód przypisywanych wilkom, głównie wśród owiec, bydła, koni i jeleniowatych. Wartość odszkodowań przekroczyła 600 tysięcy złotych.
Hodowcy przyznają, że państwo oferuje pomoc: można otrzymać wsparcie na ogrodzenia, psy pasterskie czy odszkodowania za straty. Jednocześnie zwracają uwagę, że pieniądze nie rozwiązują wszystkiego. Zagryzione zwierzę to nie tylko wartość rynkowa. To także czas poświęcony na opiekę nad stadem, koszty leczenia rannych zwierząt i niepewność, czy sytuacja nie powtórzy się kolejnej nocy.
Wielu rolników nie domaga się całkowitego usunięcia wilków z krajobrazu. Chcą raczej potwierdzenia, że ich problemy są traktowane poważnie.
Z ich perspektywy pytanie nie brzmi, czy wilk jest potrzebny przyrodzie. Brzmi raczej: kto poniesie koszty jego powrotu? I właśnie dlatego dla wielu mieszkańców terenów wiejskich dyskusja o wilkach jest przede wszystkim rozmową o bezpieczeństwie gospodarstwa, stabilności dochodów i odpowiedzialności państwa za skutki prowadzonej polityki ochrony przyrody
– A jak mi zagryzie owcę? – pyta hodowca.
W Czechach są dofinansowania do ogrodzeń, psów obronnych, utrzymania zabezpieczeń. Zapobieganie jest lepsze niż odszkodowania, bo szkoda to nie tylko pieniądz, ale też praca, stres, bezradność.
– Nie da się osiągnąć zera konfliktów, nie zabijając wszystkich wilków w okolicy. A to nie ma sensu – dodaje Miro Kotula.
Dla naukowców i organizacji zajmujących się ochroną przyrody najciekawsze w sporze o wilki jest to, że rozwiązania są znane od lat. Problem polega nie na ich braku, lecz na tym, że wymagają pracy, pieniędzy i cierpliwości.
Jednym z najskuteczniejszych narzędzi ochrony stad są psy pasterskie i obronne, wykorzystywane od stuleci wszędzie tam, gdzie ludzie żyli obok dużych drapieżników. W Polsce wraz z powrotem wilków wróciło również zainteresowanie tymi metodami. Hodowcy coraz częściej korzystają z owczarków podhalańskich, owczarków maremma czy innych ras wyhodowanych właśnie do pilnowania stad. Rola takich psów nie polega na walce z wilkami. Ich zadaniem jest przede wszystkim odstraszanie. Zwierzęta stale przebywają wśród owiec lub kóz, reagują na obcy zapach, szczekają, patrolują teren i sygnalizują obecność potencjalnego zagrożenia. Wilki, które z natury unikają ryzyka, wybierają wtedy łatwiejszą zdobycz. W efekcie do ataku często w ogóle nie dochodzi.
Przyroda jako karta przetargowa
W debacie o wilkach chodzi zresztą nie tylko o same wilki. Po jednej stronie stoją przyrodnicy i organizacje zajmujące się ochroną przyrody, które przekonują, że głównym zadaniem powinno być zapobieganie szkodom: ogrodzenia, psy pasterskie, szybkie odszkodowania, monitoring. Po drugiej coraz częściej pojawiają się politycy, samorządowcy, przedstawiciele części środowisk łowieckich i rolniczych, którzy domagają się większej swobody odstrzału.
W 2025 roku w Europie zmienia się status ochrony wilka. Najpierw w Konwencji berneńskiej przesuwa się go z kategorii gatunków „ściśle chronionych” do „chronionych”, potem Unia Europejska przyjmuje dyrektywę przenoszącą wpis dotyczący wilka z załącznika IV do załącznika V dyrektywy siedliskowej. Dla zwykłego człowieka brzmi to jak księgowa korekta przyrody. Dla ludzi zajmujących się ochroną, rolnictwem, łowiectwem i polityką to sygnał, że zmienia się europejski język opowiadania o dużych drapieżnikach.
Formalnie państwa członkowskie nadal mogą utrzymywać bardziej restrykcyjną ochronę krajową. Polska deklaruje, że ścisłej ochrony wilka nie obniży. Ale symboliczny ciężar tej zmiany jest ogromny. Jedni czytają ją jako przyznanie, że populacja wilka się odbudowała i potrzebna jest większa elastyczność zarządzania. Inni widzą uchylone drzwi do politycznej presji, odstrzałów i dalszej degradacji debaty. Jeszcze inni używają jej jak pałki na przeciwnika.
Komisja Europejska uzasadniała zmiany rosnącą liczebnością populacji i potrzebą większej elastyczności dla państw członkowskich. Organizacje przyrodnicze odpowiadały, że presja polityczna wyprzedziła naukę. WWF ostrzegał, że obniżenie ochrony może doprowadzić do odstrzału setek wilków w Europie mimo braku jednoznacznych przesłanek naukowych.
W Polsce spór ma jeszcze jeden wymiar. Wilk stał się wygodnym symbolem w opowieści o konflikcie między miastem a prowincją.
„Elity chcą chronić drapieżniki, bo mieszkają daleko od nich” – brzmi jedna z najczęściej powtarzanych narracji. W takiej historii wilk przestaje być zwierzęciem. Staje się argumentem. Spór nie toczy się wyłącznie między naukowcami a internautami. W styczniu 2025 roku politycy Konfederacji żądali zajęcia się problemem wilków przez sejmową komisję ochrony środowiska. Argumentowali, że rośnie liczba szkód i zgłoszeń od mieszkańców Podkarpacia, a wilki coraz częściej widywane są w pobliżu zabudowań. Wśród proponowanych rozwiązań pojawił się postulat odławiania i przenoszenia części zwierząt na słabiej zaludnione tereny.
Jesienią 2024 roku, gdy po raz kolejny w mediach społecznościowych zaczęły krążyć zdjęcia i nagrania wilków widzianych w pobliżu ludzkich osiedli, Adam Wajrak opublikował wpis, który dobrze pokazywał dwa całkowicie odmienne sposoby myślenia o tym samym zwierzęciu. Pokazał miejsce odwiedzane przez wilki i przypomniał, że ich obecność nie jest niczym nadzwyczajnym ani nowym. „Tam, gdzie są drapieżniki, musimy nauczyć się z nimi żyć, a nie je zabijać” – pisał.
W tym samym czasie część polityków i środowisk łowieckich przekonywała, że rosnąca liczba wilków wymaga większej możliwości ingerencji człowieka. Wajrak odpowiadał, że sam powrót drapieżników nie jest problemem, lecz naturalnym skutkiem ich odbudowującej się populacji.
Nie był to zresztą pojedynczy głos. W Polsce jednym z najgłośniejszych przeciwników osłabiania ochrony wilka jest Pracownia na rzecz Wszystkich Istot. Organizacja od lat zajmuje się ochroną dużych drapieżników i konsekwentnie sprzeciwia się postulatom szerszego odstrzału. Gdy jesienią 2024 roku państwa Unii Europejskiej, w tym Polska, poparły zmianę statusu ochronnego wilka, Pracownia znalazła się wśród organizacji protestujących przeciwko tej decyzji. Jej przedstawiciele argumentowali, że zmiana nie opiera się na nowych ustaleniach naukowych, lecz przede wszystkim na rosnącej presji politycznej związanej z konfliktami wokół dużych drapieżników.
Szczególnie ostro organizacja reagowała na argument, że większa możliwość odstrzału rozwiąże problemy hodowców. Według Pracowni badania wskazują coś odwrotnego: rozbijanie struktur rodzinnych wilków może prowadzić do większej liczby konfliktów, ponieważ młode pozbawione doświadczenia osobniki łatwiej sięgają po zwierzęta gospodarskie niż stabilne watahy polujące na dzikie kopytne. Dlatego zamiast koncentrować się na zabijaniu wilków, organizacja od lat postuluje rozwój działań prewencyjnych: ogrodzeń elektrycznych, psów pasterskich, szybkich rekompensat za szkody i edukacji mieszkańców terenów, gdzie wilki wróciły po dziesięcioleciach nieobecności.
W wypowiedziach przedstawicieli Pracowni powraca jeszcze jeden wątek: przekonanie, że wilk stał się narzędziem szerszej rozgrywki politycznej. Po decyzji Konwencji berneńskiej organizacja wskazywała, że politycy zignorowali apele organizacji społecznych i części środowiska naukowego, za to znacznie chętniej wsłuchali się w postulaty środowisk myśliwskich.
Dla działaczy był to nie tylko spór o jeden gatunek, ale test tego, czy europejska polityka ochrony przyrody nadal będzie opierała się na wiedzy naukowej, czy na doraźnych naciskach politycznych. Zdaniem organizacji prawdziwe pytanie nie brzmi więc, czy konflikty istnieją, ale jak je ograniczać, nie rezygnując z jednego z największych sukcesów ochrony przyrody w Europie, jakim był powrót wilka do miejsc, z których wcześniej niemal zniknął.
Wilk jest tylko przykładem. Podobne batalie toczy się o dziki, niedźwiedzie, żubry, Puszczę Białowieską, rzeki, kormorany. Mechanizm jest zawsze ten sam: wybiera się realne zjawisko przyrodnicze, odrywa od kontekstu, buduje prostą opowieść i robi z natury narzędzie do załatwiania spraw całkowicie ludzkich.
Wilk nadaje się do tego idealnie. Jest duży, inteligentny, praktycznie niewidzialny i ma tysiąc lat złej reputacji. Nie trzeba niczego wymyślać. Wystarczy uruchomić pamięć kultury. Na tym tle da się opowiedzieć wszystko: upadek wsi, zagrożenie dla dzieci, bezradność państwa, „zielone szaleństwo”, oderwanie elit od prowincji, brak bezpieczeństwa, „koniec normalnego świata”. Można odnieść wrażenie, że każdy wybiera to, co najbardziej pasuje do jego tezy. Jedni: „wreszcie można reagować”. Drudzy: „to koniec ochrony przyrody”. Jedni: „trzeba uwzględniać konflikty”. Drudzy: „nauka została wyrzucona za burtę”.
A wilk? Wilk nadal wychodzi z lasu o czwartej nad ranem.
Wilk, który zniknął z papieru
GUS co roku w Roczniku Statystycznym Ochrona Środowiska publikuje informacje o liczebności wilków, rysi i niedźwiedzi, wskazując jako źródło tych danych Generalną Dyrekcję Ochrony Środowiska (GDOŚ). Jednocześnie podkreślono, że zarówno GDOŚ, jak i podległe jej regionalne dyrekcje nie mają ustawowego obowiązku prowadzenia ocen liczebności gatunków chronionych. W związku z tym nie dysponują odpowiednimi metodami, personelem ani finansowaniem niezbędnym do realizacji takich zadań.
Z tego powodu uzyskiwane w ten sposób informacje są traktowane przez środowisko naukowe oraz Komisję Europejską jedynie jako estymacje, oparte bardziej na domysłach niż na wiarygodnych badaniach. Badacze wskazali, że jedynym organem ustawowo odpowiedzialnym za realizację Państwowego Monitoringu Środowiska jest Główny Inspektorat Ochrony Środowiska (GIOŚ). Instytucja ta otrzymuje środki publiczne i europejskie na prowadzenie monitoringu gatunków chronionych, a także ma obowiązek udostępniania zgromadzonych danych innym podmiotom, w tym GUS-owi.
Dla przyrodników znaczenie wilka nie kończy się jednak na samym fakcie jego istnienia. Zwracają uwagę, że jako duży drapieżnik pełni ważną rolę w ekosystemie. Poluje przede wszystkim na dzikie ssaki kopytne, takie jak jelenie, sarny czy dziki, wpływając na ich liczebność i zachowanie. W uzasadnieniu objęcia wilka ochroną już w latach dziewięćdziesiątych XX wieku podkreślano jego pozytywną rolę w utrzymywaniu równowagi ekologicznej w lasach.
Organizacje zajmujące się ochroną przyrody przypominają również, że obecność wilka jest jedną z usług ekosystemowych świadczonych przez naturę. Ich zdaniem odbudowa populacji tego gatunku oznacza nie tylko powrót samego drapieżnika, lecz także odtwarzanie procesów, które przez dziesięciolecia były zakłócane przez jego brak.
Z tej perspektywy wilk nie jest ani symbolem zagrożenia ani symbolem ochrony przyrody. Jest elementem większej całości. Dlatego wielu ekologów uważa, że oceniając jego obecność, warto patrzeć nie tylko na pojedyncze konflikty czy szkody, lecz także na rolę, jaką odgrywa w funkcjonowaniu całego ekosystemu.
Najgroźniejsze jest to, co mówimy
Miro Kutal powiedział jeszcze jedną ważną rzecz:
Najgroźniejszy nie jest sam wilk, lecz sposób, w jaki o nim opowiadamy. Wtedy widać, że prawdziwym drapieżnikiem tej debaty bywają narracje. Rozszarpują zaufanie, fakty i proporcje. Sprawiają, że zwierzę staje się argumentem wyborczym, figurą kulturową, projekcją lęku i politycznym memem.
Debata coraz rzadziej dotyczy samego zwierzęcia, a coraz częściej sporów między miastem i wsią, ochroną przyrody i gospodarką oraz nauką i polityką. Dlatego ekolodzy ostrzegają, że stawką nie jest wyłącznie los jednego gatunku. Ich zdaniem, od sposobu, w jaki Europa potraktuje wilka, zależy także przyszłość ochrony innych dużych drapieżników i całej polityki ochrony przyrody.
Wilk jest stworzeniem, które przypomina, że świat nie został urządzony wyłącznie dla człowieka. Może dlatego tak nas drażni. Nie dlatego, że jest szczególnie groźny, ale dlatego, że jest szczególnie niepodległy.
W czeskim mieście Broumova przysłuchuję się jeszcze jednej rozmowie. Kobieta mówi:
– Słyszałam, że są tu wilki.
Mężczyzna nie odrywa wzroku od telefonu.
– Wszędzie teraz są wilki.
This issue was published as part of PERSPECTIVES – the new label for independent, constructive and multi-perspective journalism. PERSPECTIVES is co-financed by the EU and implemented by a transnational editorial network from Central-Eastern Europe under the leadership of Goethe-Institut. Find out more about PERSPECTIVES: goethe.de/perspectives_eu.
Co-funded by the European Union. Views and opinions expressed are, however, those of the author(s) only and do not necessarily reflect those of the European Union or the European Commission. Neither the European Union nor the granting authority can be held responsible.

