Nie wydaje się, by amerykański atak na irańskie pozycje przybrzeżne, przeprowadzony rzekomo w odpowiedzi na zagrożenie dla okrętów US Navy, wykoleił trwające negocjacje o przedłużenie zawieszenia broni. Teheran odpowiedział jak dotąd umiarkowanie, więc może nawet amerykańskie uzasadnienie jest zasadne: na tej wojnie, jak na każdej innej, stronom niekoniecznie należy wierzyć na słowo. Zwłaszcza kiedy te słowa zamieniają się w retoryczny potop, jak w przypadku niekończących się i często sprzecznych, wypowiedzi prezydenta Donalda Trumpa dla mediów, a zwłaszcza jego postów internetowych. Tu strona irańska zachowuje jednak zbawienną, choć nie bardziej wiarygodną wstrzemięźliwość. Zaś przywódcom ośmiu krajów islamskich, z którymi Trump rozmawiał zbiorowo w połączeniu konferencyjnym, odebrało mowę, gdy amerykański prezydent oznajmił, że warunkiem bliżej nieokreślonego ich udziału w irańskim dealu będzie przyłączenie się ich do porozumień abrahamowych, zawartych w 2020 roku z Izraelem. Dosłownie: według opublikowanego zapisu rozmowy Trump dopytywał: „Halo? Jesteście tam?”.

Równie dobrze to jego rozmówcy mogli zapytać, czy Trump jest na tej samej planecie, co oni.

Wszak spośród jego rozmówców to Emiraty i Bahrajn były oryginalnymi sygnatariuszami porozumień, Egipt i Jordania zawarły porozumienia pokojowe i nawiązały stosunki dyplomatyczne z Izraelem już ponad trzydzieści lat temu, Turcja, choć obecnie relacje z Jerozolimą ma fatalne, stosunki te nawiązała wiosną 1949 roku, zaraz po USA, zaś Arabia Saudyjska i Katar jasno stwierdziły, że gotowe są je nawiązać po powstaniu państwa palestyńskiego. Choć Rijad po rozmowie złagodził stanowisko i stwierdził, że wystarczy „nieodwracalna perspektywa” jego powstania, to i tak z obecnym rządem izraelskim, a zapewne i z następnym, wyłonionym po wrześniowych wyborach przyspieszonych, perspektywy tej całkowicie brak. Pakistanowi zresztą nawet i to zapewne by nie wystarczyło, ze względu na zbliżenie między Izraelem a jego arcywrogiem – Indiami. Kogo więc mógł Trump mieć na myśli? Może Iran – wszak zapowiedział, że jego zdaniem jest możliwe, że „Republika Islamska też się przyłączy”.

Słowem toniemy w zalewie Trumpowskiego pustosłowia, ale wydaje się jednak pewne, że Iran będzie musiał wyrzec się aspiracji do kontroli cieśniny Ormuz.

W zamian za to Amerykanie zniosą swoją własną blokadę na irańską żeglugę w cieśninie. Irańskie roszczenia do suwerenności nad Ormuzem były bezprawne, bo przez cieśninę płyną wody terytorialne także i Omanu. A przede wszystkim ze względu na prawa ZEA, Kataru, Bahrajnu, Kuwejtu i Iraku, dla których jest to jedyne morskie wyjście na świat. Na mocy Międzynarodowej Konwencji Praw Morza wody takie mają status międzynarodowych i gwarantuje się na nich swobodę żeglugi. Iran wprawdzie nie podpisał konwencji, ale zasada swobodnej żeglugi jest uznawana za powszechnie obowiązującą. Dlatego też Teheran będzie się musiał wyrzec myta – ale negocjuje już z Omanem wprowadzenie dobrowolnych opłat tranzytowych.

Statki, które ich nie zechcą płacić, narazić się mogą, na przykład, na wylecenie w powietrze na jednej z min morskich, które rozstawił Iran – bo przecież może mu się nie udać wszystkich zebrać z powrotem. Wystarczy jeden taki wypadek, by wszyscy opłatę tranzytową, od pół miliona dolarów wzwyż, chętnie płacili. Nie inaczej będzie zapewne z irańskim programem atomowym. Teheran może oświadczyć, że – zgodnie z fatwą ajatollaha Chomeiniego – wyrzeka się broni nuklearnej, której i tak zgodnie z Układem o Nierozprzestrzenianiu nie wolno mu wyprodukować. Zarazem – zgodnie z fatwą ajatollaha Chameneiego młodszego – zapewne odmówi wydania swych 440 kilogramów wysoko wzbogaconego uranu, z którego można by wyprodukować tuzin głowic atomowych. W atomowym pokerze legalne „mogę mieć” jest politycznie niemal tak samo skuteczne jak nielegalne „mam”, a legalne opłaty tranzytowe są finansowo równie korzystne, jak nielegalne myta. Wszystko zależy od interpretacji. Ważne, że prezydent Trump będzie mógł oznajmić, że nie pozwolił Iranowi ani zabrać Ormuzu, ani mieć broni atomowej – i otrąbić zwycięstwo.

Jakie piękne porozumienie

Trump już raz tak postąpił, kiedy rok temu, po dwóch miesiącach intensywnego ostrzału obiektów wojskowych jemeńskich Hutich Amerykanie zawarli z nimi porozumienie. Huti obiecali wtedy, że nie będą atakować amerykańskich jednostek, zaś USA wstrzymają swój ostrzał odwetowy. Amerykański atak na Jemen był reakcją na hutyjski ostrzał statków rozmaitych bander przepływających wzdłuż ich wybrzeży oraz na odpalanie rakiet na Izrael, wszystko w ramach solidarności z Hamasem. Jedyne co Trump uzyskał wówczas, to gwarancje bezpieczeństwa dla okrętów USA, których, gdyby nie decyzja o zaatakowaniu Hutich, w ogóle by na wodach Morza Czerwonego nie było – mimo że deklarowanym celem interwencji było powstrzymanie zagrożenia dla swobody żeglugi i dla Izraela. Na zatopienie przez Hutich, w miesiąc po zawarciu porozumienia, liberyjskiego frachtowca, Amerykanie już nie zareagowali, podobnie jak na powtarzający się ostrzał Izraela. Huti osłabili ataki dopiero po intensywnej izraelskiej kampanii rakietowej, choć nadal są zdolni do sporadycznych ostrzałów. Mimo że Trump otrąbił zwycięstwo, żegluga przez Bab al-Mandab nadal nie wróciła do normy.

Konflikty wielopiętrowe

I zapewne nieprędko wróci, bo jemeńska wojna domowa, której Huti są stroną i w której zginęło ponad trzysta tysięcy ludzi, to tylko jeden z kilku konfliktów rozgrywających się na wybrzeżach Morza Czerwonego.

Po wizycie w Asmarze egipski wiceminister spraw zagranicznych niedawno oświadczył, że kwestie bezpieczeństwa tego akwenu regulować będą jedynie państwa przybrzeżne. To stwierdzenie jest na pozór zdroworozsądkowe – ale wymierzone jest ono w Etiopię, która, od secesji Erytrei w 1993 roku pozbawiona jest dostępu do morza – Czerwonego właśnie. Dla 120-milionowego państwa stanowi to coraz większy problem.

Teraz niemal całość etiopskiego handlu morskiego przechodzi przez Dżibuti, które za tranzyt pobiera horrendalne opłaty. Dlatego w 2024 roku Addis Abeba zawarła porozumienie z Somalilandem, który dokonał secesji od Somalii na dwa lata przed secesją Erytrei. Ale jako że Mogadiszu, inaczej niż Addis Abeba, secesji dawnej prowincji nigdy nie uznała, Somaliland pozostaje międzynarodowo nieuznany. Porozumienie – uznanie przez Etiopię w zamian za prawa portowe w somalilandzkiej Berberze – wzbudziło jednak ogromny sprzeciw sojuszników Somalii, od Erytrei przez Sudan i Egipt po Turcję.

Zapachniało niemal wojną – którą Egipt i tak grozi Etiopii w związku z jej zaporą na Nilu w górnym, etiopskim biegu tej rzeki. Sudan z kolei rości sobie pretensje do granicznego obszaru al-Faszer, Erytrea zaś walczyła z Etiopią przez lata przed i po udanej secesji.

Etiopski premier Ahmed Abiy, musiał się cofnąć, ale z dostępu do morza nie zrezygnował – i skierował wzrok na erytrejski Assab, który od końca XIX wieku był ważnym portem etiopskiego handlu zamorskiego. Erytrea w odpowiedzi zacieśniła więzi z Egiptem i wzmogła współpracę z rządzącą nadal w tigrajskiej stolicy Mekelle częścią Tigrajskiego Frontu Wyzwolenia Narodowego. Podczas zakończonej w 2022 roku dwuletniej wojny, która pociągnęła za sobą do sześciuset tysięcy ofiar, Etiopia, sprzymierzona wówczas z Erytreą, stłumiła dążenia do autonomii tej kolejnej swej prowincji. Po klęsce Front rozpadł się na dwie frakcje, które związały się każda z jednym ze swych dawnych, a obecnie skłóconych wrogów. Daje to Asmarze, której wojska nadal stacjonują w Tigraju, możliwość kontrowania działań Addis Abeby. A Etiopia z kolei wsparła, w trwającej nadal krwawej sudańskiej wojnie domowej, bojówki Sił Szybkiego Wsparcia przeciwko Sudańskim Siłom Zbrojnym. Niedawny atak na lotnisko w Chartumie, ostrzelane przez drony, które wystartowały z bazy Sił Wsparcia w Etiopii, sprawił, że Sudan podciągnął wojska do etiopskiej granicy. Zaś Sudan Południowy, który oderwał się od Sudanu w 2003 roku po kolejnej wojnie (ponad milion zabitych) i natychmiast pogrążył się we własnej (pół miliona ofiar), w sposób naturalny ciąży ku Etiopii. Rząd w Dżubie nakazał właśnie likwidację egipskiej bazy wojskowej przy granicy z Etiopią, z której Egipcjanie prowadzili działania wywiadowcze.

Somaliland znalazł nieoczekiwanego sojusznika w Izraelu, który ma na Morzu Czerwonym własny żywotny interes bezpieczeństwa ze względy na port w Ejlacie. Wcześniejsze izraelsko-sudańskie porozumienie w ramach Porozumień Abrahamowych pozostało ze względu na wojnę domową martwą literą, ale nawiązanie w ubiegłym roku stosunków z Hargeisą daje Izraelczykom dostęp do Berbery i możliwość obserwacji kontrolowanego przez Hutich wybrzeża Jemenu po północnej stronie Morza Czerwonego. W Berberze Izraelczycy spotykają się z Emiratczykami, którzy od lat utrzymują tam bazę dronową, co kosztowało ich stosunki z Somalią, lecz ułatwia aktywność militarną w innych częściach regionu. A ZEA wspierały i secesjonistów adeńskich w Jemenie (póki Saudyjczycy, wspierający rząd centralny, nie zareagowali zbrojnie), i sudańskie Siły Wsparcia. W tej wielopiętrowej plątaninie wrogości i sojuszy uczestniczy też Turcja, z baz w Somalii i Libii. Chiny, które zainwestowały w Rogu Afryki miliardy dolarów. I Rosja – choć ta ciężar swej aktywności wojskowej przeniosła na zachodnią część Sahelu. Ale od obecnej sudańskiej wojny domowej zachodnie granice Sudanu właściwie nie istnieją i od Chartumu do Bamako rozpościera się ogromna strefa niestabilności, w której krzyżują się szlaki handlowe, narkotykowe i przemytu broni. Wędrują przez nią, w warunkach nasilającej się suszy i głodu, miliony uchodźców uciekających przed jedną wojną, i niemal nieuchronnie padający ofiara następnej. Egipsko-erytrejskie przeświadczenie, że o bezpieczeństwie Morza Czerwonego decydować będą jedynie państwa przybrzeżne, jest nie tylko wymierzone w Etiopię, ale przede wszystkim rozpaczliwie krótkowzroczne.

Ameryka to tylko element

Amerykańska wojna z Iranem także na to bezpieczeństwo bezpośrednio wpływa. Wzrosło na przykład zagrożenie dla żeglugi ze strony somalijskich piratów. Zamknięcie Ormuzu skierowało część frachtu do Afryki Wschodniej, zwiększając dostępność łupu, zaś państwa zachodnie, które wcześniej patrolowały te wody, mają teraz uwagę zwróconą gdzie indziej. Ale Amerykanie, jak widać, są tylko jednym z czynników destabilizacji regionu. Krytycy amerykańskiej polityki zauważają przy tym złośliwie, że USA – jak socjalizm – znakomicie rozwiązują problemy, których, gdyby nie oni, w ogóle by nie było.

Porozumienie z Huti czy rysujące się porozumienie z Iranem są tego znakomitymi przykładami.

Ale oprócz takich importowanych problemów pozostają strukturalne, na które USA mają wpływ niewielki – jak historyczny konflikt arabsko-perski lub abisyński imperializm.

Nie wspominając już o spuściźnie europejskiego, czy wcześniej arabskiego i tureckiego, kolonializmu. To nie są zlokalizowane konflikty, z których zaoceaniczne mocarstwo może się wycofać, ponosząc co najwyżej pewien reputacyjny uszczerbek. To są długotrwałe procesy historyczne, rozgrywające jedynie współczesne polityczne mapy i strategiczne współzależności. Zaś ci z zewnątrz, którzy w nich uczestniczą, nieuchronnie w którymś momencie orientują się, że oni też są rozgrywani.