Straszne wypowiedzi, do których przyzwyczaił nas Czarnek jako jeszcze wojewoda lubelski, potem poseł, minister edukacji, wiceprezes PiS-u i wreszcie kandydat partii na przyszłego premiera, zazwyczaj traktuje się jako oburzające prowokacje. Trudno przecież dosłownie przyjmować oświadczenia, że osoby LGBT nie są równe „ludziom normalnym”, czy że należy przywrócić „cnoty niewieście” wypowiadane przez polityka funkcjonującego w mainstreamie.
Czarnek znany jest ze skandalicznych wypowiedzi i wiecowych przemówień, których celem jest rozgrzewanie emocji, polaryzacja. Mają wywołać potępienie u jednych i zadowolenie u drugich. Burza ma konsolidować zwolenników PiS-u. Bo raczej trudno spodziewać się, że minister edukacji rzeczywiście zamierza przywracać jakieś cnoty niewieście i zastanawiać się co to właściwie znaczy i jak chce to robić. Porównania do dystopii Margaret Atwood dokonywane w reakcji na tę wypowiedź też były figurami retorycznymi – przecież nikt serio nie spodziewał się, że kobiety zostaną pozbawione podmiotowości i jakichkolwiek praw i zmuszone do tego, by wyłącznie rodzić dzieci.
Zapędził się, czy ma cel?
Dlatego teraz, kiedy Czarnek wypowiada się coraz bardziej radykalnie antyukraińsko, naturalnym odruchem jest interpretowanie tego, jako gry politycznej. Zadaniem „kandydata na premiera” jest przecież przejęcie zwolenników Konfederacji Grzegorza Brauna. Dostał je właśnie Czarnek, bo potrafi być tak bezczelnie radykalny. Zwolennicy Brauna mają znaleźć w PiS-ie coś dla siebie i to coś ma im zapewnić nieugięty przed poprawnością polityczną, patriotyczny, pobożny i jednocześnie silny Czarnek.
W tym duchu najłatwiej interpretować jego słowa o tym, że Polska powinna przyłączyć się do tych, którzy chcą zwalczać nazizm w Ukrainie i przymusić Unię Europejską do tego, by przestała „w jakikolwiek sposób” finansować pomoc temu państwu.
Nieoczekiwanie jednak prezes PiS-u Jarosław Kaczyński zareagował na ostatnie słowa Czarnka. Napisał, że pomoc Ukrainie to „kluczowa sprawa z punktu widzenia polskiej racji stanu i naszego bezpieczeństwa”.
A to wszystko przeanalizował w swoim tekście dla tygodnika „Sieci” Jan Rokita. Magazyn odmówił publikacji tekstu uznając go za niezgodny z linią pisma, zrobiła to jednak Rzeczpospolita. A sam Rokita omówił szczegółowo swoje tezy w programie, który prowadzi na kanale Zero.
Tekst i opowieść Rokity ma kilka wątków. Autor zastanawia się między innymi, jak polityk, który według prezesa partii wypowiada się niezgodnie z polską racją stanu, może być jej kandydatem na premiera.
Najważniejsze jednak jest to, że Rokita potraktował radykalne wypowiedzi Czarnka śmiertelnie poważnie i wywnioskował, że ten działa przeciw żywotnym interesom Polski.
Przekonuje, że Czarnek mówiąc o Ukrainie jako państwie nazistowskim i walcząc o wstrzymanie pomocy dla niej, próbuje przeciągnąć wielką konserwatywną polską partię na stronę wrogów zachodu. Na stronę nie tylko Rosji, ale całej „osi zła”, do której zalicza Chiny, Iran i Koreę Północną – oś mającą wspólny cel zniszczenie Zachodu.
– Czarnek jest niebezpieczny – uważa Rokita. Nie Braun, bo ten jest ekstremistą i funkcjonuje na marginesie polityki, ale właśnie Czarnek, polityk największej partii prawicowej. Adam Traczyk pisał w ostatnim tekście w Kulturze Liberalnej, że to nie społeczeństwo jest antyukraińskie, tylko politycy wywołują takie nastroje. „Ksenofobia napędzana jest odgórnie – przez polityków i media” – pisze powołując się na badania opinii.
W kontekście tego, co pisze Rokita wybrzmiewa to jeszcze silniej. Nawet, jeśli nie podążymy za argumentami Rokity i uznamy, że wypowiedzi wiceprezesa PiS-u są cynicznym sposobem na odebranie zwolenników Braunowi, to ich efekt pozostanie ten sam. Nie ma znaczenia, czy prominentny, inteligentny i charyzmatyczny polityk gra jadąc po bandzie, czy rzeczywiście chce przeciągnąć nas na stronę „osi zła”. On i tak robi to drugie. Efekt jest ten sam.
W tym kontekście Czarnek jest rzeczywiście znacznie bardziej niebezpieczny. Nie jest dziwaczny i niszowy tylko charyzmatyczny. I jego upiorne słowa mogą odnieść skutek, bo zaczną funkcjonować jako jeden z argumentów w mainstreamie. A przez to nagle mogą okazać się opłacalne dla innych polityków. A więc – powtarzane. Postulaty wstrzymania pomocy dla Ukrainy dlatego, że to „państwo nazistowskie” mogą nieoczekiwanie okazać się równoprawne z innymi, jeśli politycy także innych partii niż PiS zorientują się, że to działa.
Prawica w stronę Rosji?
Dlatego bardzo ciekawe są dwie sprawy. Pierwsza – czym kierował się Kaczyński chcąc uciszyć Czarnka. Czy ożył w nim etos polskiego konserwatysty, dorobek intelektualny anty PRL-owskiego pokolenia, o którym pisze Rokita? Czy przyśnił mu się brat realizujący w praktyce doktrynę Giedroycia i Mieroszewskiego tak, że po przebudzeniu postanowił postawić granice?
To ważne pytanie, bo chociaż PiS jest coraz słabsze, a sam prezes ma coraz mniejszy wpływa na partię, to kierunek, w którym idzie ona jeszcze teraz, dopóki jest jednością, jest ważny.
Drugie pytanie brzmi – dlaczego tuba PiS-u, czyli Sieci, wolała zrezygnować ze współpracy z wyrazistym, wieloletnim felietonistą, niż opublikować jego tekst? Nie tyle antypisowski, przecież, co antyczarnkowy.
Przestrzegający przed historycznym, zaprzeczającym tradycji polskiej myśli politycznej zwrotem. Ostrzegający przed zwycięstwem w partii siły, która przeniesie Polskę z zachodu na wschód. Kontrowersyjny z punktu widzenia redakcji, oczywiście, ale jednak Rokity, a nie Karnowskiego. Odmowa publikacji nadała temu tekstowi znacznie większe znaczenie, wypromowała go.
Pytanie o powód tej odmowy jest ważny z punktu widzenia kierunku, w jakim przeobraża się największa polska partia prawicowa.
Trwa proces prowadzący do możliwego potężnego rozłamu w PiS. Czy w jego efekcie może nastąpić istotna zmiana w postrzeganiu polskich interesów na wschodzie? Polskich sojuszy i przynależności? Z kim będzie stać część polskiej prawicy? Z Ukrainą, czy z Rosją? Czy antyrosyjskość przestanie być w Polsce tak oczywista? Czy część polskiej prawicy da wiatr w żagle innym antyeuropejskim ugrupowaniom na Zachodzie posuwając się dalej niż one w postrzeganiu Ukrainy i Rosji?
To uzasadnione pytania w czasie walk w PiS – zarówno wewnętrznych, jak i tych o pozycję lidera z innymi ugrupowaniami prawicowymi. Rokita pisze o tym dosadniej. Jednak ostrożne stawianie tych pytań też pokazuje, jak przesunęła się granica postrzegania naszych żywotnych interesów od 2022 roku.
W swoim programie w kanale Zero Rokita mówi jeszcze jedną ważną rzecz – partia musi być jakaś, musi mieć jasno określoną linię. To ważne słowa nie tylko pod adresem PiS-u. Może nawet bardziej pod adresem koalicji liberalno-demokratycznej, jeśli chce odróżnić się od przeciwników politycznych. Linia jednoznacznie antyrosyjska i proukraińska, bez odbierania praw socjalnych uchodźcom, bez angażowania się w konflikty dotyczące pamięci. Bez rozwadniania licząc na przejęcie wyborców obu Konfederacji.
Tę koalicję też traktujmy poważnie.