Na pytanie, czy „zdradę” da się przeżyć na tyle, by w przyszłości możliwa była między nimi koalicja, odpowie dopiero czas. Tymczasem kluczowa jest kwestia bardziej podstawowa: czy rozłam pod wodzą Morawieckiego ma w ogóle wiarygodne perspektywy wyborcze.

Nieliczne dostępne sondaże dają wskazania sprzeczne — dwa badania zrealizowane 16 i 17 lipca przyniosły rozbieżne wyniki. W sondażu Pollster hipotetyczna partia Morawieckiego dostaje zaledwie 2,33 procent, co skazywałoby ją na byt nie tylko pozaparlamentarny, ale i pozbawiony subwencji. Według United Surveys zebrałaby natomiast 6,9 procent i dwadzieścia sześć mandatów, stając się potencjalnym języczkiem u wagi. Trzykrotna różnica między dwoma pomiarami tej samej rzeczy w tym samym momencie jest być może zrozumiała: pytani o partię, która jeszcze nie istnieje, respondenci są z natury rzeczy mniej pewni swoich odpowiedzi niż wtedy, gdy pytamy ich o wielkości znane.

Ostatecznie perspektywy nowej partii staną się jaśniejsze dopiero wtedy, gdy dysponować będziemy serią sondaży dotyczących konkretnej formacji — z nazwą i tożsamością.

Można jednak spróbować oszacować ogólne ramy jej możliwości na podstawie danych, którymi już dysponujemy. Zamiast zgadywać, ile taka partia dostanie, można oszacować, ilu wyborców jest dla niej w ogóle potencjalnie dostępnych — a następnie sprawdzić, co się dzieje w zależności od tego, jaką ich część zdoła pozyskać.

Wyborcy Morawieckiego to wyborcy PiS-u

Po pierwsze, przyjmując ostatnie wybory parlamentarne za punkt odniesienia, Polskie Generalne Studium Wyborcze pozwala zmierzyć osobistą pozycję Morawieckiego i zestawić ją z preferencjami partyjnymi wyborców. Morawieckiego lubi — sześć lub więcej punktów na skali od zera do dziesięciu — aż 87 procent wyborców PiS-u. To jednak miara sympatii wewnątrz obozu, nie gotowości do jego opuszczenia.

Bardziej wymagające kryterium spełnia ten, kto Morawieckiego lubi i zarazem stawia go wyżej niż Kaczyńskiego: w 2023 roku było to 21 procent elektoratu PiS-u.

Poza tym elektoratem Morawiecki praktycznie się nie liczy.

Wśród wyborców Koalicji Obywatelskiej ciepło ocenia go 2 procent; wśród wyborców nieistniejącej już Trzeciej Drogi 5 procent; wśród wyborców Lewicy 2 procent. Jedynym wyjątkiem jest Konfederacja z wynikiem 20 procent.

Partia to jednak nie tylko twarz. Druga miara pozwala określić w kategoriach ideowych, na jakich łowiskach partia Morawieckiego mogłaby łowić. W sondażu, który zrealizowałem w grudniu ubiegłego roku, pytaliśmy o poglądy gospodarcze i o stosunek do zwolenników poszczególnych partii.

Za potencjalnie dostępnego dla partii Morawieckiego uznaję tu każdego, kto spełnia dwa warunki naraz: deklaruje prawicowe poglądy gospodarcze i nie odnosi się negatywnie ani do zwolenników PiS-u, ani do zwolenników partii centrowych. Takich wyborców jest 12 procent w elektoracie PiS-u, 13 procent w elektoracie Konfederacji, 10 procent wśród wyborców PSL-u i Polski 2050, 3 procent w elektoracie Koalicji Obywatelskiej i praktycznie nikogo na lewicy.

Dlaczego akurat poglądy gospodarcze, skoro polska polityka toczy się przecież o coś zupełnie innego? Właśnie dlatego. W kwestiach, które tworzą główną oś konfliktu politycznego w Polsce — tożsamość, obyczaje, Kościół, stosunek do Unii Europejskiej — bycie prawicowym i bycie otwartym na drugą stronę niemal się wykluczają. Poglądy gospodarcze są natomiast od tego podziału w dużej mierze niezależne i tylko dlatego pozwalają wskazać ludzi, którzy mogliby siedzieć pomiędzy obozami.

Problem Morawieckiego polega na tym, że przestrzeń dla „umiarkowanej prawicy” jest w Polsce wąska nie dlatego, że brakuje umiarkowanych, lecz dlatego, że umiarkowanie w sprawach społeczno-kulturowych oznacza wyjście z własnego plemienia.

Razem wzięte, obie miary pozwalają oszacować elektorat dostępny dla hipotetycznej partii Morawieckiego: mniej więcej jedną szóstą obecnego elektoratu PiS-u, jedną ósmą elektoratu Konfederacji, jedną dziesiątą wyborców PSL i Polski 2050 oraz niemal nic po stronie Koalicji Obywatelskiej i Lewicy.

Rozkład tej puli przesądza o wszystkim, co dzieje się dalej.

Ponad dwie trzecie głosów, po które nowa partia mogłaby sięgnąć, leży dziś po prawej stronie: u PiS-u i u obu Konfederacji.

Koalicja Obywatelska oddałaby jej zaledwie ułamek punktu procentowego.

Przezwyciężyć lepkość

Dostępność to jednak nie to samo co głos. Biorąc pod uwagę rozpoznawalność Morawieckiego i skalę rozłamu, trudno przypuszczać, by jego partia nie pozyskała żadnej części dostępnego poparcia. Równie mało prawdopodobne jest jednak, że zgarnie całą dostępną sobie pulę.

Wyborcy są „lepcy”.

W badaniu panelowym, które prowadziłem — tych samych ludzi w maju 2023 roku pytano o oceny partii, a po wyborach o to, jak głosowali — na inną partię przeszła niespełna jedna czwarta tych, którzy oceniali ją wyżej niż własną. Jeśli partia Morawieckiego ma istotnie wpłynąć na system partyjny, będzie musiała tę „lepkość” pokonać, i to ze sporym zapasem.

Poniżej szacuję prawdopodobne konsekwencje wyborcze powstania partii Morawieckiego w zależności od tego, jaką część potencjalnych zwolenników zdoła ona oderwać od ich obecnych partii lub zmobilizować spośród niegłosujących. Dla każdego poziomu poparcia symuluję wyniki tysiąca hipotetycznych wyborów i podaję mediany uzyskanych w nich odsetków głosów oraz liczby mandatów.

Jeśli nowa partia pozyska jedynie ćwierć dostępnych jej dziś wyborców, zdobędzie zaledwie 2 procent głosów, a jej jedynym wymiernym skutkiem będzie nieznaczne uszczuplenie stanu posiadania prawicy — za sprawą głosów „zmarnowanych” na partię, która nie przekroczyła progu wyborczego.

Najgorszy dla prawicy jest scenariusz, w którym partia Morawieckiego pozyskuje połowę swoich potencjalnych wyborców.

W takiej sytuacji najprawdopodobniej nie przekroczyłaby progu, przy medianie poparcia na poziomie około 4,4 procent. PiS straciłoby wówczas sześć mandatów, a cała prawica — pięć. Powód jest czysto mechaniczny: partia zbiera dość głosów, by osłabić PiS, ale zbyt mało, by zamienić je na mandaty. Ponad cztery procent głosów wyparowuje z systemu, a korzystają na tym ci, którzy próg przekroczyli.

Dopiero przy pozyskaniu trzech czwartych potencjalnych wyborców partia Morawieckiego ma szansę stać się bytem parlamentarnym, z medianą 6,7 procent głosów. PiS spadłoby wtedy ze 143 do 130 mandatów, ale cała prawica straciłaby już tylko dwa — 23 mandaty partii Morawieckiego rekompensowałyby straty gdzie indziej. W tym scenariuszu rozłamowcy nie byliby jeszcze języczkiem u wagi, bo PiS mogłoby zbudować prawicową większość w koalicji z Konfederacją.

W mało prawdopodobnym scenariuszu, w którym nowa partia od razu pozyskuje wszystkich dostępnych sobie wyborców, zdobyłaby około 8,8 procent głosów i 39 mandatów. PiS spadłoby do 121 mandatów, tracąc ponad jedną trzecią stanu posiadania z 2023 roku. I dopiero tu bilans całej prawicy wychodzi na plus: obóz zyskuje dwa mandaty, bo nic już się nie marnuje.

Konsekwencje dla samego PiS-u byłyby jednak znacznie bardziej otrzeźwiające. Sukces nowej partii jest bowiem dla prawicy jako obozu korzystny arytmetycznie, a zarazem najbardziej dla niej niebezpieczny politycznie. Prawica bez rozłamowców miałaby większość już tylko w jednej trzeciej symulacji, podczas gdy koalicja rządząca wraz z partią Morawieckiego zdobywa ją w trzech piątych. Taki wynik pozwoliłby Koalicji Obywatelskiej odstawić PiS na boczny tor na dwa sposoby: budując koalicję prawicową z Konfederacją i rozłamowcami (265 mandatów) albo centrową — z rozłamowcami i Lewicą (235 mandatów).

Mandaty w Sejmie w zależności od tego, jaką część dostępnej sobie puli pozyskuje partia Morawieckiego. Mediany z symulacji, więc kolumny nie muszą sumować się do 460.

Partia Bez rozłamu 25% 50% 75% 100%
Koalicja Obywatelska 172 175 176 172 169
PiS 143 141 137 130 121
Konfederacja 68 66 63 60 57
Konfederacja Korony Polskiej 48 50 49 48 47
Partia Morawieckiego 0 0 23 39
Lewica 26 27 28 27 27
Mniejszość Niemiecka 1 1 1 1 1
Polska 2050 0 0 0 0 0
PSL 0 0 0 0 0
Razem 0 0 0 0 0

Tuskowi nie odbierze

Jak każde szacowanie, i to obarczone jest zastrzeżeniami. To nie jest prognoza, lecz symulacja: partii bez nazwy i programu nie da się prognozować, można jedynie policzyć, co się stanie przy określonych założeniach o przepływach głosów.

Na wyrost jest też oczywiście założenie, że reszta sceny politycznej będzie się temu wszystkiemu biernie przyglądać: PiS pod presją zaostrzyłoby przekaz, a Koalicja Obywatelska — w zależności od tego, jak rozłamowcom pójdzie na starcie — musiałaby zdecydować, czy nowej partii pomagać, czy ją zwalczać.

I wreszcie: historia polskich rozłamów prawicowych jest historią porażek. Polska Jest Najważniejsza, która odeszła z PiS-u w 2010 roku przy dwucyfrowych sondażach, ostatecznie dostała w wyborach 2,2 procent. Nowe partie, które w Polsce odnosiły sukcesy — Palikot, Kukiz, Nowoczesna — były debiutantami, nie odpryskami. A i wtedy sukces okazywał się ulotny. Rozłamowiec niesie ze sobą znaczną część bagażu macierzystej partii i niewiele z tego, co czyni nowość atrakcyjną.

Wniosek jest niewygodny dla obu stron sporu wewnątrz prawicy. Ograniczeniem nowej partii nie jest brak wyborców centroprawicowych w Polsce. Jest nim to, że jej atrakcyjność zamyka się w elektoracie, z którego się wyłamuje. Morawiecki może zabierać głosy Kaczyńskiemu, ale Tuskowi zabierze ich niewiele. Najbardziej prawdopodobnym skutkiem rozłamu jest osłabienie PiS-u bez zbudowania czegoś trwałego w zamian. A jedyna rzecz, jaką taka partia mogłaby naprawdę osiągnąć — odebranie Kaczyńskiemu monopolu na definiowanie prawicy — wymaga wyniku, przy którym prawica przestaje być w stanie rządzić bez zgody ludzi, których właśnie wyrzuciła.